Piękna i Bestia

Recykling disneyowskich animacji budzi we mnie mieszane uczucia, spowodowane głównie przeświadczeniem, że niektóre historie wyglądają po prostu źle, gdy zostaną nieumiejętnie przedstawione w wersji aktorskiej. W końcu animacja postrzegana jest raczej jako coś skierowanego do dzieci, można więc wybaczyć jej nieścisłości, uproszczenia i pewną infantylność – czyli wszystko to, co nie przystoi produkcjom aktorskim, po których spodziewamy się pewnej głębi i to nie tylko historii, ale również samych postaci. Lęk budziło nie tylko to, jak na takim liftingu wyjdzie Piękna i Bestia, ale również to, ile z samej opowieści zostanie zmienione. Do tej pory różnie bywało z adaptacjami bajek Disneya – słaba Alicja w Krainie Czarów, niezła Maleficent oraz całkiem dobry Kopciuszek; rozstrzał jakościowy był naprawdę duży, dodatkowo wielką niewiadomą było to, jak wiele zostanie z oryginalnej historii. Zwłaszcza, że reżyserem został Bill Condon – człowiek, który obok Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany za film Bogowie i potwory postawił Złotą Malinę dla najgorszego reżysera za Saga „Zmierzch”: Przed świtem. Część 2. Wątpliwości miałam wiele, bo w końcu chodziło o jedną z moich ulubionych bajek – mogło skończyć się zrujnowanym dzieciństwem, toną papierków po przeróżnych słodyczach i stosem chusteczek. Czy efekt końcowy był aż tak straszny, a ja dopiero teraz wydostałam się spod gruzów?

Piękna i Bestia

Bądźmy szczerzy – remake, jak to zwykle bywa – podzielił fanów oryginału na dwa fronty i to jeszcze przed wejściem do kina. Jedni z niecierpliwością oczekiwali wersji aktorskiej, a inni wzdragali się na myśl o niej z odrazą. Ci drudzy mieli po swojej stronie sporo argumentów i zarzutów, z których najważniejszym było pytanie po co robić nową wersję czegoś, co już jako oryginał osiągnęło doskonałość? Nie mówiąc już o tym, że animowana Piękna i Bestia pojawiła się na ekranach w 1991 roku, więc wcale nie tak dawno temu, prawda? No cóż, na pewno zestarzała się mniej niż Kopciuszek z 1950 albo Śpiąca królewna z 1959. No i, w chwili gdy już wiadomo było, że historia filmu wcale nie będzie różnić się od tej z animacji, pojawił się kolejny problem – czy warto robić remake, w którym większość scen będzie przeniesiona bez żadnych znacznych zmian? Czy jednak aby na pewno jest to tylko tyle? Skąd w takim razie różnica w czasie trwania obu produkcji – przecież Piękna i Bestia z 2017 roku trwa sto dwadzieścia cztery minuty, podczas gdy animacja ledwie dziewięćdziesiąt.

Piękna i Bestia

Te nieco ponad pół godziny wykorzystano po to, by dodać opowieści i bohaterom nieco głębi, jednocześnie eliminując niektóre głupotki pojawiające się w oryginalnej historii – te wszystkie uproszczenia i przemilczenia, które nie psują odbioru dziecku, jednak dorosłemu zgrzytają w psychice jak piasek między zębami. Żeby daleko nie szukać, kilkoma prostymi słowami wyjaśnione zostało dlaczego okolicznym mieszkańcom wypadło z głowy, że w ich sąsiedztwie znajdował się całkiem pokaźny pałac, w którym żył nie tylko książę, ale i jego liczna służba – ot, rzucająca klątwę czarodziejka wymazuje ich wszystkich z pamięci tych, którzy byli im bliscy. Może nie jest to wytłumaczenie najwyższych lotów, jest jednak jak najbardziej akceptowalne i wystarczające, by ta nagła amnezja przestała drażnić. Kawa na ławę dostajemy też informacje czym dokładnie zawiniła służba, że zaklęcie dotknęło i ich, zamieniając w bibeloty i meble – dopuścili się grzechu zaniedbania, nie reagując, gdy zły ojciec robił z młodego księcia nieczułego potwora. Moje wewnętrzne dziecko odetchnęło w tym momencie z ulgą, bo to znaczy, że nie oberwało im się za niewinność. To wszystko kwestia drobnej kosmetyki, jednej sceny czy kilku słów i nagle te luki zostają dość zgrabnie zapełnione.

Piękna i Bestia

Oczywiście byłoby przesadą, gdybym stwierdziła, że to wszystko wystarczyło, że nie została już żadna dziura w fabule – pozostaje kwestia upływu czasu, która zgrzyta głównie w polskiej wersji. Wszystko przez to, że w naszym tłumaczeniu piosenki Gościem bądź Płomyk żali się na swój los śpiewając, że „dziesięć lat już rdzewiejemy”, co w angielskiej wersji zgrabnie zostało zastąpione przez najzwyklejsze „zbyt długo”. Drugie stwierdzenie jest na tyle nieostre, że nie gryzie się z faktem, że po finalnej przemianie w ludzi nasi bohaterowie nie wydają się wiele starsi niż w scenie, w której czarodziejka zmienia ich w mówiące przedmioty, a przynajmniej to właśnie sugeruje wygląd chłopca będącego wcześniej filiżanką. Zdecydowanie nie minęła dekada, no mówcie co chcecie. Powiedzmy sobie też szczerze, że potrafi to umknąć komuś, kto nie zagłębia się za bardzo i nie siedzi z kajecikiem, wypisując długie rzędy cyfr i liczb, by dojść do ładu i składu z chronologią. Sama zwróciłam na to uwagę, bo od dawna w wersji animowanej dręczył mnie pewien fakt – książę miał znaleźć miłość zanim róża straci wszystkie swoje płatki, co miało nastąpić w dniu jego dwudziestych pierwszych urodzin. W chwili zaś, gdy Bella pojawia się w zamku czas ten już niemal dobiegł końca, a Płomyk śpiewa o dekadzie rdzewienia. Nie trzeba doktoratu z matematyki, by odkryć, że książę przemieniony został mając jedenaście lat… no, niech pierwszy rzuci kamień ten, kto w tym wieku nie był rozpuszczonym gówniarzem. Na szczęście w wersji aktorskiej nie sugeruje się, że książę w chwili rzucania klątwy nie był dorosłym mężczyzną, który mógł odpowiadać za swoje czyny.

Piękna i Bestia

Fakt, że film uzupełnia pewne luki nie jest jego jedyną zaletą – znacznie ważniejsze jest to, że dodaje ona głębi postaciom. Dzięki temu przestają być tak jednowymiarowe jak były w animacji. Bella nie jest już wyłącznie piękną i mądrą dziewczyną, którą mieszkańcy miasteczka uważają za deko pomyloną, bo wszędzie chodzi z nosem w książkach i odrzuca zaloty Gastona – w 2017 roku jest również konstruktorką budującą prymitywną pralkę oraz kobietą chcącą nauczyć inne dziewczynki czytać, przez co zyskuje nieco feministycznego rysu. Emma Watson, w moim odczuciu, jest naprawdę świetnym wyborem castingowym do tej roli – jest nie tylko śliczną, ale do tego utalentowaną aktorką. Wielkim plusem jest też nadanie nieco bardziej wyraźnego charakteru Bestii – w animacji był raczej dzikim stworzeniem i dopiero przy Belli nabierał ogłady, tymczasem wersja aktorska wyciąga na wierzch to, że przecież był on kiedyś księciem, a zatem osobą, która odebrała gruntowne i kosztowne wykształcenie. To wszystko sprawia, że relacje między głównymi bohaterami przestają wyglądać ja podręcznikowy przykład syndromu sztokholmskiego, a zaczynają być budowane na nieco bardziej realistycznych fundamentach – miłości do książek, poczuciu wyobcowania, wspólnym spędzaniu czasu i rozmowach. Powoli kiełkujące uczucie nie jest tu kwestią umowną, a czymś, czego rozwój możemy obserwować w płynnie przechodzących scenach.

Piękna i Bestia

Postacie drugoplanowe również dostały nieco kolorów – w końcu ktoś zauważa, że Płomyk, Trybik i cała reszta… byli kiedyś ludźmi. Poważnie, na pierwszy rzut oka to naprawdę nic odkrywczego, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że jest to oczywista oczywistość, jednak nie wybrzmiewa to aż tak mocno z animacji – tam są wiernymi sługami swego pana i to głównie jemu pragną pomóc odczynić czar. Dopiero Piękna i Bestia z 2017 roku sprawiła, że jestem w stanie uwierzyć, że i oni marzą o powrocie do ludzkiej formy – przecież mają swoje rodziny i wolę życia sprawiającą, że nie chcą pogodzić się z losem zwykłych rupieci, czekającym ich jeśli Bestia nie pokocha kogoś ze wzajemnością. Oni naprawdę nie chcą skończyć jako pokryte kurzem szpargały, w których nie tli się ani krztyna życia – i to wybrzmiewa z ich zachowania i rozmów. Tutaj oczywiście wielkie oklaski dla aktorów, którzy grali jednak głównie głosem, pojawiając się na ekranie raptem na kilka minut – świetnie wcielili się w swoje postacie. Czy jest to jednak wielkie zaskoczenie w chwili, gdy na ekranie mamy crème de la crème spośród aktorów? Fenomenalny Evan McGregor grający Płomyka, świetna Emma Thompson jako Pani Imbryk, genialny Ian McKellen wcielający się w Trybika, nie mówiąc już o roli Kevina Kline’a, którego Maurycy, ojciec Belli, głośno i wyraźnie wybrzmiewa w niemal każdej scenie z jego udziałem.

Piękna i Bestia

Za to absolutnie każdy moment w filmie kradnie Luke Evans. Zawsze sądziłam, że Gaston jest jednym z najczarniejszych charakterów Disneya i to pomimo tego, że nie pała rządzą zemsty, władzy i nie posiada żadnych nadprzyrodzonych mocy. O nie, całe jego złolstwo polega na byciu takim samym mieszkańcem wioski jak pozostali – jedynym, co go wyróżnia jest chęć pozostawania w centrum uwagi i narcyzm, a to wszystko połączone z dość pokaźną dawką charyzmy, co czyni go kimś, na kogo i my możemy się natknąć w naszym codziennym życiu. Evans wyciąga z tej postaci absolutnie wszystko, co sprawia, że budziła ona jednocześnie podziw i niechęć, a ja nie mogłam przestać zachwycać się jego grą aktorską. Uważni widzowie wyłapią też kilka rzuconych mimochodem wyjaśnień skąd u Gastona takie, a nie inne zachowanie – powiem szczerze, że uwielbiam interpretację tego bohatera jako kogoś cierpiącego na PTSD, ma to całkiem sporo sensu. Na dodatek Evansowi partneruje, wcielający się w Le Fou, Josh Gad – jego postać w końcu przestała być irytującym minionem pałętającym się za naszym myśliwym, zamiast tego stał się oddanym przyjacielem, który ma na tyle głębi, byśmy uwierzyli w fakt, że przeżywa dylematy moralne, wahając się pomiędzy słusznym postępowaniem a wiernością wobec najlepszego przyjaciela.

Piękna i Bestia

Poruszając jednak temat postaci Le Fou, nie można pominąć burzy, która podniosła się w Internecie po tym, gdy okazało się, że… jest on homoseksualistą. Szum wokół tego zrobił się taki, że przez krótką chwilę zastanawiałam się, czy aby na pewno żyję w XXI wieku, w którym, przynajmniej w teorii, niewiele powinno nas już dziwić. A już zdecydowanie nie to, że osoby o innej orientacji seksualnej stanowią pewien odsetek naszego społeczeństwa. Dlaczego więc fakt, że czasem ich reprezentanci pojawiają się w filmach budzi aż takie kontrowersje i społeczne oburzenie, godne zdecydowanie lepszej sprawy? W zasadzie jest to temat-rzeka i nie sposób ująć tego skrótowo, by ten fragment recenzji nie przerodził się w tasiemca. Ograniczę się więc do stwierdzenia, że całe to święte oburzenie jest mocno na wyrost. Homoseksualizmu w Pięknej i Bestii jest tyle, co kot napłakał, a jego propagowania jeszcze mniej. Słowo, gdyby nie pojawiające się przed premierą gorące newsy o tym, które państwo się oburzyło, nawet nie zwróciłabym uwagi na ten wątek lub nie przywiązała do niego większej wagi. Są to jedynie smaczki i delikatne sugestie, które właściwie budzą tylko podejrzenia. Szum jednak okazał się, w moim odczuciu, niezłym chwytem marketingowym – przecież nieważne co tak właściwie mówią, byleby tylko mówili.

Piękna i Bestia

Wracając już jednak do samego filmu – stwierdzam, że twórcy nie zgubili nic z piękna oryginału, mało tego – dodali coś od siebie: szczegóły oraz głębię. Udało się też zachować bajkowość całej historii: scenografia, muzyka i kostiumy sprawiają, że poczułam magię tej opowieści. Wszystko było piękne i barwne. Oczywiście, były niedociągnięcia. Żeby daleko nie szukać, można wyciągnąć na światło dzienne niekoniecznie musicalowe głosy Watson i Stevensa, którzy śpiewali w miarę poprawnie, z mniejszą lub większą pomocą komputerowych sztuczek. Można pokręcić nosem na CGI, które momentami nie do końca dawało radę i, moim zdaniem, kulało w scenach, gdy wypadałoby pokazać, że Bestia ma swoją masę i niekoniecznie porusza się z ludzką gracją czy lekkością. To nie tak, że film jest idealny, że nie ma żadnych błędów (zwróciliście uwagę na to, że Bella przy studni uczy czytać dziewczynkę książki z angielskimi słowami, a akcja toczy się przecież we Francji?), potknięć czy mankamentów, bo takich produkcji nie ma. Jeśli jednak nastawiacie się na niezłe widowisko, troszkę ponad dwie godziny dobrej zabawy i bajkową warstwę wizualną, to polecę wam Piękną i Bestię z czystym sumieniem, na pewno się nie zawiedziecie. A pewnie jeszcze przez chwilę nie zejdzie z kinowych ekranów i lada dzień przekroczy magiczną granicę globalnych wpływów – okrągły miliard dolarów.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Piękna i Bestia
Produkcja: Mandeville Films, Walt Disney Pictures
Typ: Film
Gatunek: Fantasy, Musical, Romans
Data premiery: 17.03.2017
Reżyseria: Bill Condon
Scenariusz: Stephen Chbosky, Evan Spiliotopoulos
Obsada: Emma Watson, Dan Stevens, Luke Evans, Kevin Kline, Evan McGregor, Ian McKellen

Nasza ocena
8/10

Podsumowanie

Plusy:
+ zniwelowanie niektórych głupotek fabularnych
+ uzupełnienie drażniących luk
+ dodanie głębi historii i bohaterom
+ scenografia, stroje i muzyka
+ kreacje bohaterów pierwszoplanowych
+ genialny dobór aktorów drugoplanowych
+ Luke Evans i jego Gaston

Minusy:
– rozdmuchanie kwestii orientacji Le Fou
– niedociągnięcia wokalne
– momentami szwankujące CGI

Dodaj komentarz

avatar