Piraci z Karaibów

Bądźmy ze sobą szczerzy: sukces, jakim cieszą się na świecie filmowi Piraci z Karaibów, przerósł chyba nawet oczekiwania samej wytwórni Disneya. Co prawda część pierwsza miała wysoki budżet (140 milionów dolarów), ale dopiero po upewnieniu się, że ludzie kochają kapitana Jacka Sparrowa, studio nabrało – nomen omen – wiatru w żagle i postanowiło wydoić go, jak tylko się da, nie szczędząc grubych milionów na kolejne odsłony i ich promocję. Co prawda następne części nie wychodzą tak często, jak kolejne przygody superbohaterów, ale może to i lepiej?

Henry Turner, syn Elizabeth i Willa, postanawia zdjąć klątwę ze swojego ojca i umożliwić mu powrót na ląd. W tym celu chce odnaleźć legendarny Trójząb Posejdona, poszukuje więc Jacka Sparrowa, będącego jego jedyną nadzieją na dokonanie tego. Szuka tak i szuka przez dziesięć lat, aż pewnego dnia szczęśliwym zbiegiem okoliczności odnajduje go w jednym z karaibskich miasteczek. Ma nawet takie szczęście, że spotyka również Carinę Smyth – astronomkę, która nie wierzy w zabobony i siły nadprzyrodzone, ale nie przeszkadza jej to w poszukiwaniu Trójzęba. Łubudubu, rachu-ciachu, zleciało pół filmu, bohaterowie w końcu wyruszają na poszukiwania. Coś jeszcze? Aha, no tak, na Jacka poluje niejaki Salazar, chcący się na nim zemścić. Bla, bla, bla, rachu-ciachu, kilkanaście żartów różnej jakości, ze dwadzieścia niepotrzebnych scen wydłużających film, efektowne bum-bum, koniec.

Proszę bardzo, możecie mówić, że powyższy akapit jest nieprofesjonalny i nie przystoi recenzentowi, który chce uchodzić za poważnego, ale nic nie poradzę na to, że świetnie oddaje on fabułę Zemsty Salazara. Bądźmy szczerzy: seria z każdym kolejnym filmem coraz bardziej słabowała pod względem scenariuszy, pisanych tylko po to, żeby na siłę nakręcić kolejną część i po raz kolejny sięgnąć nam do portfeli. Od momentu pojawienia się na ekranie charakterystycznego zamku, logo Disneya, do rozpoczęcia się napisów końcowych mijają dwie godziny, wypełnione z reguły słabymi dialogami oraz rozlazłymi, niekiedy zupełnie niepotrzebnymi scenami. Gdyby je usunąć, seans skróciłby się do półtorej godziny, a film naprawdę nic by na tym nie stracił. Ba, gdyby bardziej skoncentrowano się na samej fabule, zamiast na kręceniu scenek komediowych i przygotowanych specjalnie pod 3D zapychaczy, prawdopodobnie tylko by na tym zyskał. Na plus można zaliczyć jednak scenarzystom to, że w zasadzie nie jest wymagana znajomość Na nieznanych wodach, film odnosi się bowiem głównie do trylogii.

Wiecie, co jednak najbardziej boli? Bohaterowie. Prawda, miewają swoje momenty, niektóre sceny są naprawdę zabawne albo błyskotliwe, ale to już nie to, co wcześniej. Nawet Depp już za specjalnie się nie stara – to koleś, który wie, że jest tym filmom potrzebny, bo widzowie kochają szelmowskiego kapitana, pochodził więc śmiesznym krokiem, porobił głupie miny, zainkasował za to kilkadziesiąt milionów dolarów i voilà. Szkoda tylko, że o ile w pierwszej części grał karykaturalnie przerysowanego pirata, tutaj gra już bardziej karykaturalnie przerysowaną karykaturę przerysowanego pirata. Karykaturocepcja, wiecie. Podobnie jest zresztą z Barbossą, Goffreyowi Rushowi też chyba za bardzo nie chciało się grać. Świeży narybek, Kaya Scodelario i Brenton Thwaites, dwoją się i troją, próbując dorównać uznanym kolegom po fachu z czasów, kiedy jeszcze im się chciało, ale ich bohaterowie najzwyczajniej w świecie przegrywają w starciu ze słabym scenariuszem.

Zemsta Salazara 1

Mimo powyższych wad, udało się utrzymać choć trochę ducha „starych” Piratów. Wciąż nieźle sprawdza się humor – co prawda nie zawsze, bo żarty czy gagi bywają wymuszone, ale część z nich spełnia swoje zadanie bezbłędnie. Można w tym filmie wyczuć jeszcze szczyptę tej magii, jaką charakteryzowała się „jedynka”, chociaż jest to szczypta nieco już zwietrzała i nie wystarcza do tego, żeby przyrządzić z niej wyborną potrawę, a co najwyżej danie, które zjemy, ale będziemy kręcili przy tym nosem. Jakby to powiedzieć… nie ulega wątpliwości, że pierwsza część była kręcona dla pieniędzy, jak większość filmów, ale miała w sobie urok i magię. Kolejne wykorzystują już tylko elementy, które się sprawdziły i które poniekąd budują serię, wrzucają je do w najlepszym razie przeciętnego scenariusza po to tylko, żeby wydoić widza. Jest to ładne i przyjemne, ale dość wymuszone, przez co nie sprawia takiej radości, jak powinno.

Jak przystało na widowiskową serię, tak i w przypadku Zemsty Salazara porządnie spożytkowano 240 milionów, jakie przeznaczono na produkcję. Wszystko tutaj jest ładne, kolorowe, potężnie przerobione przez komputery, ale spełnia swoje podstawowe zadanie: jest widowiskowe i cieszy oko. Pamiętacie może Szybkich i wściekłych 6, gdzie ekipa Doma za pomocą sejfu ciągniętego przez samochody rozwala pół Rio de Janeiro? No więc wyobraźcie sobie, że piraci z Karaibów rozwalają pół miasteczka nie jakimś tam sejfem, ale bankiem ciągniętym przez konie. Taki mniej więcej jest ten film: kolorowy i przesadzony, ale te elementy mimo wszystko cieszą oko.

Zemsta Salazara 2

Podobnie zresztą jest z muzyką, chociaż – bądźmy szczerzy – nie wiem, co w napisach końcowych robi Geoff Zanelli jako kompozytor, skoro prawie cały film jedzie na różnych wariacjach „He’s a Pirate”, utworu skomponowanego kilkanaście lat temu przez Klausa Badelta i Hansa Zimmera na potrzeby pierwszej części. Nie wykluczam, że w filmie była też jakaś autorska muzyka, ale, mówiąc szczerze, nie zwróciłem na nią zupełnie uwagi, a jedyne momenty, które zapadły mi w pamięć, to te wykorzystujące wspomniany motyw przewodni serii.

Piąta część jest przy okazji pierwszą, do której zrealizowano polski dubbing i jest on na tyle dobry, że mógłby dostać 8/10. Wiecie, poprawnie lub świetnie dobrane głosy, dobra strona techniczna, aktorzy grają tak, jak powinni. A potem wchodzi Sparrow i ciągnie polską wersję mocno w dół, bo ktoś w centrali Disneya wpadł na poroniony pomysł, żeby pod Johnny’ego Deppa zachować Cezarego Pazurę z Alicji. No więc wchodzi sobie na scenę Sparrow, idzie krokiem Sparrowa, ma mimikę Sparrowa, a następnie odzywa się głosem przygłupa z 13. posterunku, który próbując oddać pijackie beblanie Jacka bełkocze tak, że za nic w świecie nie idzie go zrozumieć. Tym sposobem całą postać szlag trafia, a dubbing znacząco obniża swój ogólny poziom.

Zemsta Salazara 3

Zemsta Salazara to film bardzo dobrze wyglądający, świetnie brzmiący, przy którym można się pośmiać – na szczęście w momentach zamierzonych przez twórców. Niestety, wytwórni w dalszym ciągu nie udało się stworzyć produkcji, która mogłaby się równać z Klątwą Czarnej Perły. Piąta część to kolejny film z serii stworzony tylko i wyłącznie z miłości do pieniądza, a nie do świata przedstawionego, postaci czy widza. Jest ładny i bywa zabawny, ale jednocześnie jest pusty i pozbawiony duszy, a do tego, przez obecność zupełnie zbędnych scen, za długi, przez co może nieco nużyć.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł oryginalny: Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales / Pirates of the Caribbean: Salazar’s Revenge
Gatunek: przygodowy, komedia, fantasy
Data premiery: 11 maja 2017
Reżyseria: Joachim Rønning, Espen Sandberg
Scenariusz: Jeff Nathanson
Obsada: Johnny Depp, Javier Bardem, Kaya Scodelario, Geoffrey Rush, Brenton Thwaites

Nasza ocena
6/10

Podsumowanie

Plusy:
+ ładnie wygląda
+ ładnie brzmi
+ nieźli aktorzy
+ „He’s a Pirate” wciąż ma moc
+ polski dubbing (w większości)

Minusy:
– nudna, robiona na siłę fabuła
– natłok nudnych, niepotrzebnych scen
– Depp gra już nie tyle Sparrowa, co jego karykaturę
– postacie z reguły są albo nudne, albo są cieniami dawnych siebie
– co za bęcwał wpadł na pomysł, żeby Sparrowa dubbingował Cezary Pazura?!

Sending
User Review
0 (0 votes)

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Marta Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Marta
Gość

Jeżu! Pazura jako Sparrow? Jak dobrze, że w przypadku takich filmów nie chodzę na dubbingowane!