Przebudzenie Dusz poster

Uwaga, uwaga: w ostatnich dwóch akapitach możecie spodziewać się stosunkowo bezspoilerowych spoilerów (wiem, brzmi bezsensownie, ale takie właśnie są).

W zalewie umiarkowanie wysokobudżetowych horrorów od kilku(nastu?) lat skrajnie trudno odnaleźć choćby minimalne znamiona oryginalności. Odlane z tej samej formy, naiwne i schematyczne bzdury o zombie, mściwych duchach, demonach i poltergeistach sprzedają się wciąż porządnie, a jakiekolwiek odstępstwa od utartej normy pozostają domeną kina klasy (przynajmniej) C. Nie jestem bez winy, wręcz przeciwnie – sam po prostu uwielbiam obrazy iście fatalne, ociekające mieszanką kakao i soku z buraków. Nabijam kabzę twórcom takich celuloidowych paździerzy, bo bawią w niezobowiązujący sposób, bo są tak głupie, że samoocena intelektualna oglądającego doświadcza nieuniknionej elewacji. Nawet z takiego bagna uda się czasem wyłowić satysfakcjonujące perełki. Według wszystkich zapowiedzi do grona takich klejnotów głównonurtowej, kartonowej korony jak Babadook, To przychodzi po zmroku, czy Split miało dołączyć Przebudzenie Dusz. Wrodzony sceptycyzm został zminimalizowany przez zachwyt po obejrzeniu trailera, a naiwność wzrosła z winy pierwszych, bardzo pochwalnych komentarzy. Zaufałem Martinowi Freemanowi, przecież ten człowiek nie grywa w kiepskich filmach, prawda?

Przebudzenie Dusz 1

Jednak grywa, a reżyserski i scenariuszowy debiut duetu Jeremy Dyson i Andy Nyman (również w roli głównej) najlepiej działa jako bolesne przypomnienie tego faktu. Już po pierwszym kwadransie z odmętów wypartej części mózgowej filmoteki wyskoczyło Swingowanie z Finkelami, a za nim świąteczna Ale Szopka!. To raczej nie za dobre skojarzenia przy kontakcie z horrorem, ale ciężko nie zauważyć podobieństwa w postaci wrzucenia aktora, którego uważam za wybitnego, do pełnego klisz dziadostwa. Nie zgadzam się z zachwytami nad rzekomym “świadomym czerpaniem z licznych, klasycznych inspiracji” – miało być oryginalnie, a powielanie banałów to raczej przeciwny biegun kreatywności.

Przebudzenie Dusz 2

Dobra, ale o czym to właściwie jest? Uwaga, skupcie się, bo to przecież niespotykana i całkowicie nowatorska historia: jest sobie pan profesor Goodman, sceptyk z powołania obudzonego przez despotyzm i semicki terror religijnie fanatycznego ojca. Jak to fanatyczni ateiści mają w zwyczaju, przechylając lekko swoją fedorę (dobra, to zmyśliłem, ale pasowałoby), wędruje on po świecie tłumacząc ludziom, czemu to, w co wierzą, jest głupie. Radosne demaskowanie szarlatanów wykorzystujących ludzką naiwność (to akurat pochwalam) przerywa mu list od gościa, który był mu przez lata mistrzem i niedoścignionym wzorem, a przede wszystkim teoretycznym trupem. Rozochocony perspektywą spotkania zmartwychwstałego mentora Goodman udaje się na spotkanie, a tam dowiaduje się, że jest bucem z klapkami na oczach i w dowód tego bucostwa otrzymuje do przebadania trzy sprawy, które rzeczonego mentora przekonały o faktycznym istnieniu skrzatów i jednorożców.

No i dostajemy trzy prowadzące donikąd wątki. W pierwszym średnio radzący sobie z traumą stróż nocny opowiada o spotkaniu trzeciego stopnia z dziecięcą zjawą w opuszczonym ośrodku korekcyjnym dla kobiet. Druga sprawa to historia spotkania jeszcze gorzej radzącego sobie z traumą, wyraźnie niestabilnego nastolatka (w tej roli perfekcyjny Alex Lawther z The End of the F***ing World) z włochatym kuzynem Koziołka Matołka w ciemnym lesie. Martin Freeman pojawia się w ostatniej, aby oczyma ekscentrycznego i (wbrew pozorom) zdecydowanie najgorzej radzącego sobie z dwukrotnie już wspomnianą traumą człowieka pokazać sztampę o niegrzecznych przeciągach rozrzucających mu w domu chustki w czasie, gdy jego żona rodziła w szpitalu dziecko.

Przebudzenie Dusz 3

Przez cały ten czas film wyraźnie stara się aspirować na dzieło wyjątkowe, odróżniające się od setek innych i ponosi sromotną klęskę. Prawdą jest, że w gąszczu pospolitej fabuły gdzieniegdzie migotają ślady dobrych, odrealnionych pomysłów, przywodzących na myśl szaleństwo lepszych odcinków Twilight Zone. Prawdą jest również, że kreacje aktorów grających główne skrzypce w poszczególnych historiach (najbardziej w drugiej i trzeciej) potrafią pozytywnie zadziwić, nawet przez pryzmat celowego przerysowania ich zachowań. Sporadycznie używana, złowroga muzyka tła też robi raczej pozytywne wrażenie (czyli w sumie negatywne, tak jak powinno być). Nad tymi zaletami dominuje niestety wrażenie, że to wszystko przecież już widzieliśmy, a i ubranie tego w średnio odkrywczą i rozwarstwioną formę nic a nic nie pomaga. Poszczególne wątki wprowadzane są pośpiesznie i kończą się nagle, pozostawiając widza w oczekiwaniu na jakiś ukryty sens. Kojarzycie te wszystkie durne zachowania przyszłych ofiar w filmach grozy? Zachowania, które o 180° odbiegają od tego, co w podobnej sytuacji zrobiłby jakikolwiek człowiek bez poważnego urazu mózgu? No to tutaj sobie to irytujące, budzące facepalmy wchodzenie samemu w ciemność, ewidentnie skrywającą coś kostropatego, podbijcie do potęgi dwudziestej, przynajmniej. Główny bohater jak dziecko we mgle przeskakuje bez refleksji z jednego wypchanego tanimi jump scare’ami wątku w drugi, samemu nawet nie dostrzegając w nich niczego, co odróżniałoby je od setek naciąganych schematów, do których jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni. Pomiędzy tanimi efektami i równie ubogim efekciarstwem, niezdolnym do obudzenia najlżejszego nawet dreszczu na skórze widza minimalnie sięgającego poza horrorową sezonowość, budzi się pretensja: “Ale jak to, do cholery? Przecież tym razem miało być inaczej!”.

Przebudzenie Dusz 4

Tak mogłaby wyglądać recenzja, gdyby nie ostatnie 20% filmu (na oko, stopera nie włączałem), w którym to Goodman ciśnie do swojego guru z pytaniem z końca poprzedniego akapitu na ustach. Wszystko, co dzieje się później to psychodeliczna wędrówka po skaleczonej podświadomości. Zgodnie ze słowami dziwaka granego przez Freemana “Zawsze to ostatni klucz otwiera drzwi”. Końcówka nie tylko wyjaśnia i nadaje sens wszystkiemu, co wydawało się sztampowym bałaganem, ale również odkrywa oczywistą premedytację zabiegów konstrukcyjnych, które wcześniej wydawały się błędami wynikającymi z reżyserskiej fuszerki. Dzięki szalonemu podkręceniu ostatniej partii nawet ścisłe zakończenie, choć opierające się na kolejnej kliszy, jest w pełni zadowalające.

Okazuje się, że i tym razem warto było zaufać intuicji menadżera Bilbo Bagginsa. Przebudzenie Dusz jest wypełnione po brzegi schorzeniami swojego gatunku, ale przekuwa je w coś nowego, udając przez większość swojego runtime’u film nieudolnie usiłujący wybić się ponad przeciętność i serwując finał, który ten cel faktycznie osiąga. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dałem się tak zrobić w balona i nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem tak usatysfakcjonowany z padnięcia ofiarą, jakby nie patrzeć, lekkiego, marketingowego oszustwa. Skoro już skończyłem, na wzór opisywanego filmu, bawić się w małą prowokację, to zasugeruję, abyście do tej adekwatnie prowokacyjnej oceny poniżej dodali sobie 4 punkty.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Przebudzenie Dusz / Ghost Stories
Data premiery: 1 czerwca 2018 (Polska) / 5 października 2017 (Wielka Brytania)
Reżyseria: Jeremy Dyson, Andy Nyman
Scenariusz: Jeremy Dyson, Andy Nyman
Typ: Horror
Obsada: Andy Nyman, Martin Freeman, Paul Whitehouse, Alex Lawther,

Dodaj komentarz

avatar