Trudno być nastoletnim superbohaterem – recenzja filmu Spider-Man: Homecoming

Spiderman: Homecoming

Spider-Man zawsze jawił mi się jako jeden z najbardziej roznawalnych superbohaterów – chyba nie było dziecka, które nie kojarzyłoby charakterystycznego czerwono-niebieskiego kostiumu z symbolem pająka na piersi. Przynajmniej tak to wyglądało zanim MCU zaczęło wypuszczać kolejne filmy ze swojej stajni, wręcz bombardując fanów coraz to nowymi produkcjami superbohaterskimi. Serca widzów podbijali Iron Man, Thor, Kapitan Ameryka i kilku innych gości w „kolorowych rajstopach”, którzy kopali tyłki złym cwaniakom chcącym zniszczyć ziemię i zaprowadzić na niej swój porządek. W całym tym rozgardiaszu brakowało tylko postaci, do których
użytkowania Marvel sprzedał prawa innym wytwórniom – w efekcie powstał prawny miszmasz, ale to, kto może ekranizować przygody danego superbohatera, to temat na osobny artykuł.

Spiderman: Homecoming

Na potrzeby tej recenzji interesuje nas głównie fakt, że jednym ze „sprzedanych” bohaterów był Spider-Man. Właściwie od 1985 roku prawa do tworzenia filmów miała wytwórnia Sony Pictures, która bez oporów z nich korzystała – najpierw ekranizując trzy części Spider-Mana, gdzie w główną rolę wcielił się Tobey Maguire, a ja cierpiałam, bo jak kocham tego superbohatera, tak szczerze nie znoszę Tobey’ego, w efekcie film był dla mnie drogą przez mękę. Później pojawiły się dwa kolejne filmy, tym razem w Niesamowitym Spider-Manie w tytułowego bohatera wcielił się Andrew Garfield, a ja produkcję przyjęłam gładko i bez większego bólu egzystencjalnego. Teraz czas na podejście trzecie – Marvel jednoczy siły z Sony, a Spider-Man wraca na łono uniwersum, w którym w końcu może stanąć ramię w ramię z Iron Manem i okładać się po pyskach z Kapitanem Ameryką i jego wesołą gromadką. Nie pytajcie, jak doszło do takiego porozumienia – gdy nie wiadomo o co chodzi, to na pewno chodzi o pieniądze.

Spiderman: Homecoming

Na ekrany kin wchodzi zatem Spider-Man: Homecoming z Peterem Hollandem wcielającym się w nastoletniego Petera Parkera. Bałam się, że to będzie kolejne origin story superbohatera, że po raz milionowy będziemy oglądać jak zwykły kujon zostaje ugryziony przez napromieniowanego pająka i zyskuje swoje niesamowite moce, jak ginie jego wujek i jak znowu padają słowa, że z wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność. Trudno przejąć się czymś, co każdy z fanów zna od dawna, a kolejne ujęcie tej samej sceny byłoby równie nużące jak oglądanie po raz tysięczny śmierci rodziców Bruce’a Wayne’a. Twórcy musieli dojść do podobnego wniosku, tym razem nie mamy bowiem standardowego podejścia do znanej nam historii. Młodziutki Parker wraca bowiem z radosnej lotniskowej bijatyki, którą mogliśmy oglądać w Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów, i, jak to na podjaranego nastolatka przystało, chce więcej. Przede wszystkim zaś marzy o tym, żeby zostać pełnoprawnym członkiem Avengers, praktycznie całe swoje nastoletnie życie podporządkowując właśnie temu marzeniu.

Spiderman: Homecoming

Tym bardziej, że Stark zostawia mu wypasiony kostium z kilkoma bajerami i obiecuje, że zadzwonią, jeśli młodzik będzie im potrzebny. Każdy, kto kiedyś usłyszał podobne słowa po rozmowie kwalifikacyjnej wie, jak kończy się to w większości przypadków – telefon milczy jak zaklęty. Nie inaczej jest tym razem; młody Parker zostaje pozostawiony, przynajmniej w swoim mniemaniu, sam sobie, postanawia zatem udowodnić wszystkim, ile jest wart jako superbohater i obrońca. Ściga więc złodziei rowerów, wskazuje starszym paniom drogę do szukanego przez nie miejsca, udaremnia domniemane kradzieże samochodów i rozpaczliwie stara się wykazać, nagrywając kolejne raporty ze swojej walki o sprawiedliwość na automatyczną sekretarkę paranoicznego ochroniarza Starka, Happy’ego. Idzie mu to marnie, w końcu jednak trafia na coś dużego – ktoś sprzedaje broń podrasowaną technologią obcych, którzy w pierwszej części Avengers rozbijali się po Nowym Jorku. Sprawa w sam raz dla Spider-Mana, prawda? Tym bardziej, że dotyczy jego dzielnicy.

Spiderman: Homecoming

Nie zdradzę zbyt wielu niuansów fabuły, gdy podzielę się wnioskiem, że Tony Stark jest winien prawie całemu złu na świecie – tak przynajmniej można wywnioskować z tego, co do tej pory zostało nam pokazane w filmach. Zaczynamy więc od zadufanego w sobie bubka, który nawet nie zadaje sobie trudu, żeby dopilnować, by jego broń nie była sprzedawana terrorystom i zwala pilnowanie tego na innych, zgrywając wielce zdziwionego, gdy okazuje się, że były to sprzedajne szumowiny szukające zysku. Przez swój egocentryzm robi sobie wroga z Aldricha Killiana, z którym użera się w Iron Manie 3, nie mówiąc już o tym, że to on maczał palce w powołaniu do życia Ultrona, co właściwie doprowadziło do rozłamu Avengers i solidnej bijatyki w Wojnie bohaterów. Tym razem też mamy do czynienia z wrogiem, którego w dużej mierze stworzył Stark, a ktoś inny musi po nim posprzątać.

Spiderman: Homecoming

Głównym złym jest bowiem zwykły szef budowy, który zawarł z miastem umowę na odgruzowaniu go po inwazji obcych, a przez autorytarne odebranie mu kontraktu przez Starka został bez wizji zarobku, z rodziną na utrzymaniu i z kredytami, które wziął na zakup nowego sprzętu potrzebnego do tej fuchy. Skoro zatem nie jest w stanie zarobić uczciwie, postanawia przejść na ciemną stronę i zająć się mniej legalną działalnością. Tak rodzi się Vulture, będący z jednej strony przestępcą, a z drugiej mężem i ojcem chcącym zapewnić byt własnej rodzinie. W końcu nastał ten czas, gdy dostajemy dobrze zarysowanego złoczyńcę, którego motywacje i cele są jasne, jednocześnie nie będąc mrocznymi planami zakrojonymi na podbój świata wraz z przyległościami. W efekcie dostajemy antagonistę, któremu nie sposób kibicować, jesteśmy jednak w stanie pojąć jego tok rozumowania i zrozumieć, co pchnęło go na stronę zła. Fakt, że wciela się w niego fenomenalny Michael Keaton, to dodatkowy atut – aktor świetnie sprawdza się w roli złola, kradnąc praktycznie każdą scenę, w której się pojawia.

Spiderman: Homecoming

Takiemu przeciwnikowi musi stawić czoła ignorowany przez Starka nastolatek, który być może i dostał kostium o kilka lat za wcześnie, serce ma jednak po właściwej stronie i nie chce dopuścić do tego, żeby po jego dzielnicy pałętały się bandziory z bronią od Volture’a. Dostajemy więc kilka mniejszych i większych starć, w których Spider-Man uczy się wykorzystywać możliwości swoje oraz podarowanego mu kostiumu. To aż dziwne, jak wiele humoru da się upakować w film superbohaterski – nie są to żarty wysublimowane, świetnie jednak oddają charakter nastoletniego gaduły, którego rozpiera entuzjazm i energia. Dla równowagi cała ta superbohaterska otoczka doprawiona jest scenami niepozwalającymi nam zapomnieć, że Parker to wciąż licealista z typowymi dla tego wieku problemami – zaczynając od braku popularności w szkole i niechęci kolegów, przez sercowe dylematy i miłostki, po przemożoną chęć bycia już dorosłym. Holland pierwszorzędnie pasuje do roli – nie tylko sam wciąż jest dość młody, ma też niesamowite poczucie humoru, o którym może się przekonać każdy, kto spędzi chwilę w Internecie.

Spiderman: Homecoming

Skoro już tego Starka wywlekłam, to śpieszę was uspokoić – nie jest tak, jak sugerowały zwiastuny i materiały promocyjne, że film ocieka Iron Manem, który pojawiałby się w każdej scenie. Wręcz przeciwnie, nie ma go w filmie zbyt dużo, co wychodzi produkcji na plus, nie dostajemy bowiem Iron Mana 4 z gościnnym udziałem Spider-Mana. Fakt, Stark zastępuje nam postać wujka Bena, stając się dla młodziutkiego Parkera idolem i wzorem do naśladowania, pojawia się jednak w tych momentach, w których jego obecność jest niezbędna dla logiki fabuły, pchnięcia jej kawałek dalej i potrząśnięcia głównym bohaterem, skłaniając go do doroślejszych decyzji. Tony brnie w tej relacji nieco na oślep, z jednej strony będąc jedyną osobą, która wierzy w nastoletniego superbohatera, z drugiej asekurując nieco jego wybryki i szaleństwa, a z trzeciej zdając sobie sprawę z własnych ułomności i chcąc, żeby chłopak był lepszy od niego.

Spiderman: Homecoming

Na drugim planie pojawia się oczywiście kilku nastoletnich znajomych Parkera, będących właściwie przekrojem różnych „subkultur”, które tworzą się w liceach. Mamy więc outsiderkę z niewyparzonym jęzorem; kumpla-nerda, z którym można ułożyć Gwiazdę Śmierci z klocków lego; ambitną i śliczną licealistkę, do której ślini się nastoletni Parker, nie ma jednak odwagi zagadać; wrednego dzieciaka, który za wszelką cenę chce być w centrum uwagi całej szkoły. Wszyscy oni nie pozwalają nam zapomnieć, że poza typowo nastoletnimi problemami Peter ma też nieco poważniejsze dylematy. Jak wiele z życia szkolnego kujona może zawalić dla bycia Spider-Manem? Co może sobie odpuścić, a czego absolutnie ignorować nie powinien? To trudna sztuka wyborów, które niekoniecznie kończą się dla niego dobrze.

Spiderman: Homecoming

Spider-Man: Homecoming co chwilę puszcza do widza perskie oczko. Mamy więc cameo Stana Lee, co jest już swoistą tradycją produkcji MCU. Co więcej, mamy też masę nawiązań do uniwersum jako całości. Queens nie jest odcięte od świata, a w trakcie filmu możemy bez problemów wyłapać kilka smaczków nawiązujących do poprzednich części. Pomijając Iron Mana, w kilku scenach pojawia się Kapitan Ameryka, prawiący z ekranów telewizorów kazania zbuntowanym nastolatkom, które musiały zostać po lekcjach w kozie, czy informację, że rzeczone filmy są narzucone przez rząd i to pomimo tego, że Rogers został uznany za zbrodniarza wojennego. Dla fana filmów ze stajni MCU takie nawiązania będą nie lada gratką. Sama świetnie bawiłam się przy ich wychwytywaniu, jestem jednak pewna, że nie wyłapałam ich wszystkich.

Spiderman: Homecoming

Nie jest jednak tak, że Spider-Man: Homecoming jest pozbawiony błędów. Znalazło się kilka potknięć, które nie powodują co prawda wielkiego dysonansu, są jednak zauważalne. To produkcja trwająca ponad dwie godziny i są chwile, w których było to czuć – kilka nieco zbyt długich scen czy zbyt mało angażujących dialogów skutkowało zerkaniem na zegarek. Ścieżka dźwiękowa też niczego wam nie urwie i wciąż będziecie mieli na czym siedzieć. Jest przyzwoita – tam, gdzie ma podkreślić określony nastrój, robi to bez problemu, jednak w ogólnym rozrachunku nie porywa. Zdarzyło się też kilka potknięć w efektach specjalnych, co być może należy zwalić na tempo, w jakim MCU wypluwa z siebie kolejne filmy superbohaterskie, które siłą rzeczy nie zawsze są dopieszczone, a gdzieś znajdzie się coś, co zaboli w oczy.

Spiderman: Homecoming

Zbierzmy jednak te wywody do jednego akapitu. Najnowszy film o przygodach Spider-Mana bez wątpienia ląduje na szczycie listy moich ulubionych ekranizacji losów tego konkretnego bohatera, a Tom Holland dostaje ode mnie order za bycie najlepszym Parkerem. Produkcja ma niesamowitą dozę humoru, dzięki czemu świetnie będzie się na niej bawił zarówno starszy, jak i młodszy widz, co miałam okazję podziwiać na pokazie przedpremierowym – wszyscy śmiali się solidarnie, i to niezależnie od wieku. Dodatkowo Homecoming może się pochwalić dobrą obsadą i świetnym złolem, który w praktycznie każdej scenie bierze górę. No i pamiętajcie, że fana Marvela poznaje się po tym, czy wychodzi z kina przed napisami końcowymi – tym razem są w ich trakcie dwie sceny. Nie przegapcie ich, warto zostać te kilka minut dłużej. Tak samo, jak warto wybrać się do kina w ten piątek – gwarantuję, że będziecie się świetnie bawić.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Spider-Man: Homecoming
Produkcja: Columbia Pictures, Marvel Enterprises, Marvel Entertainment, Marvel Studios, Walt Disney Studios Motion Pictures
Typ: Film
Gatunek: akcja, sci-fi
Data premiery: 14.07.2017
Reżyseria: Jon Watts
Scenariusz: John Francis Daley, Jonathan Goldstein, Jon Watts, Christopher Ford, Chris McKenna, Erik Sommers
Obsada:

Martyna „Idris” Halbiniak

Martyna „Idris” Halbiniak

Nie lubię pisać o sobie. Naprawdę. Zdecydowanie lepszym tematem są książki i filmy, więc właśnie tym na blogu zajmuję się najchętniej. Prywatnie zaś jestem studentką prawa i psychokryminalistyki z solidną zajawką na kryminały (hej, umysł psychopaty jest fascynujący!), fantastykę, konwenty i całą masę rzeczy, które niekoniecznie wpisują się w schemat. Lubię podejmować wyzwania – w tym roku zatem staram się znaleźć chwilę na jeden film dziennie i książkę tygodniowo – w końcu, tak naprawdę, doba jest z gumy, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu.
  • Tomek Pieroszczuk

    Peter Holland??? Mała pomyłeczka 🙂