Strażnicy Galaktyki

Na wstępie zrobię rachunek sumienia i przyznam się, że jeszcze dwanaście lat temu byłam młoda, głupia i naiwna… wierzyłam też w to, że filmy superbohaterskie nie wciągną mnie niczym bagno zbłąkanego podróżnika. Uważałam je za naiwną rozrywkę i przyjemny sposób na spędzenie wolnego czasu. Zaczęło się niepozornie, od pierwszego nolanowskiego Batmana z 2005 roku, by trzy lata później przypieczętować mój los Iron Manem z Robertem Downey Jr., Incredible Hulkiem, gdzie głównego bohatera wcielał się Edward Norton oraz kolejnymi produkcjami, w których Christian Bale grał Bruce’a Wayne’a. Potem poszło już z górki, a ja na dobre wsiąknęłam w historie o superbohaterach, coraz bardziej przechylając szalę swoich sympatii na na stronę Uniwersum Marvela, no co niewątpliwie wpływał fakt, że DC jednak odrobinę zaspało z przenoszeniem na duży ekran historii swoich bohaterów, zostając mocno w tyle.

Straznicyzgalaktyki

Przyszedł w końcu ten moment, w którym uznałam, że filmy to jednak za mało, a moje półki powoli zapełniły się komiksami uzupełniającymi moją wiedzę… a ja zrozumiałam, że przepadłam z kretesem. Dotarło to do mnie z opóźnieniem – nie wtedy, gdy mierzyłam pokój i rozważałam gdzie postawić kolejny regał i jak poprzestawiać meble, by mieć szanse na swobodne poruszanie się pomiędzy łóżkiem i biurkiem, nie wtedy, gdy zaczęłam na szafkach tworzyć stosiki, mające chociaż w minimalnym stopniu sprawiać wrażenie, że w moim pokoju panuje ład i porządek, a ja radzę sobie z utrzymaniem tego stanu rzeczy. Zrozumiałam to dopiero, gdy zasiadłam w kinowej sali, by obejrzeć Strażników Galaktyki vol.2. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że był to… trzeci raz w przeciągu tygodnia, a wszystko wskazywało na to, że nie będzie to ostatni raz. W końcu obiecałam mamie, że wybiorę się i z nią, tylko najpierw naprawimy fakt, że nie widziała poprzedniej części.

Straznicyzgalaktyki

Zacznijmy jednak od uwagi oczywistej – jeśli ktoś nie widział Strażników Galaktyki z 2014 roku, to zdecydowanie powinien ten stan rzeczy zmienić zanim wybierze się do kina. Ci zaś, którym część pierwsza do gustu nie przypadła, niech sobie darują – jestem niemal pewna, że również dwójka do nich nie przemówi i nie zmieni ich zdania o marce. Zgodnie bowiem z niepisanymi zasadami Hollywood, jeśli coś sprawdziło się za pierwszym razem, to zadziała też w kilku kolejnych – mamy zatem nie tylko tych samych bohaterów, ale też podobne poczucie humoru i sposób opowiedzenia historii. Drugie prawo Fabryki Snów mówi zaś o tym, że nie zaszkodzi, jeśli w sequelu zastosujemy metodę „lepiej, szybciej, więcej” – humor jest więc ostrzejszy, dramatyczne momenty są, o dziwo, dość ciężkie i dające do myślenia, a efekty specjalne są jeszcze lepiej dopracowane, zaś kilka z nich stworzonych zostało po to, by fenomenalnie wyglądać w technologii 3D (chociażby dryfujące w powietrzu krople wody).

Straznicyzgalaktyki

Strażnicy, po hecy z Kamieniem Nieskończoności, nie tylko się zaprzyjaźnili i dograli jako ekipa, ale również zyskali sławę – w efekcie zostają wynajęci przez nację Sprzymierzonych do ochrony niezwykle cennych ogniw energetycznych. Nie jest to zadanie szczególnie trudne, a jego wykonanie gwarantowałoby łatwy i duży zarobek… gdyby nie lepkie łapki Rocketa, który postanawia przywłaszczyć sobie kilka takich ogniw, a pech chciał, że zapomniał zapytać o pozwolenie. Nie trzeba być jasnowidzem, by domyślić się, że zleceniodawcy takiej zniewagi nie zniosą, niemal natychmiast wysyłają więc swoją flotę na poszukiwania. Chciwość zmodyfikowanego genetycznie szopa sprawia, że z bohaterów galaktyki kto stają się ponownie poszukiwanymi zbiegami, za których wyznaczono nielichą nagrodę. W tym momencie na scenę wchodzi Kurt Russel z perfekcyjnie przyciętą brodą i nieskazitelnie białym statkiem kosmicznym, by oświadczyć Quillowi, że jest jego ojcem (przez tę scenę o mało nie zatytułowałam recenzji I am your father, Peter – nawiązując tym do kultowej sceny z Gwiezdnych Wojen, ostatecznie jednak uznałam to za mało zabawne), w każdym razie tata chce teraz nadrobić zmarnowany czas i zaprasza syna oraz kilkoro jego przyjaciół na swoją planetę, by mógł się z nimi bliżej poznać.

Straznicyzgalaktyki

Do tej pory nie zdradziłam wam niczego, czego nie dowiedzielibyście się ze zwiastunów – nie znaczy to jednak, że wątek z ojcem Quilla jest mniej ważny niż pozostałe, więc można go było wyjawić jeszcze przed premierą. Wręcz przeciwnie, wszystkie zapowiedzi jasno pokazywały, na co w tej części położony zostanie nacisk – na rodzinę i to nie tylko tę biologiczną. Co za tym idzie, oczekiwałam części, w której na pierwszym planie pojawią się relacje między bohaterami… i właśnie to zostało mi zaserwowane. Jasne, że nie jest to film kładący wszystkie postaci na kozetce i poddający je głębokiej psychoanalizie, nie rozbiera też ich uczuć na czynniki pierwsze – mimo wszystko jest to blockbuster i jako taki rządzi się swoimi prawami. Ma być głośno, wybuchowo i spektakularnie, a do tego wszystkiego dobrze by było, gdyby całość wyszła zabawna. Bądźmy jednak szczerzy, produkcja zanurza się w psychikę bohaterów na tyle, by byli oni wiarygodni, a ich motywy i działania zrozumiałe, jednak nie na tyle, by z filmu rozrywkowego zrobić dramat obyczajowy. Mamy zatem dobrze pokazane relacje między poszczególnymi Strażnikami, a zachodzące w nich zmiany są wiarygodne i spójne.

Straznicyzgalaktyki

Siłą rzeczy najwięcej czasu zajmuje wątek Star Lorda, który w końcu odnajduje ojca i ma niepowtarzalną możliwość zrozumienia kim jest. Problem z tą częścią filmu polega na tym, że cały ten aspekt jest mocno przegadany, a tempo fabuły, wcześniej pędzące z przyzwoitą prędkością, teraz zdaje się zwalniać. Gdzieś zabrakło pomysłu nie tylko na to, jak niepotrzebnie nie spowolnić filmu, ale też na przedstawienie tego wątku w sposób mniej oklepany, przy wykorzystaniu scen i zagrywek, których widz się nie spodziewa. Całe szczęście, że pozostałe postacie swoje relacje uporządkowują czy budują w ciekawszych scenach – Gamora ze swoją siostrą, Nebulą, mają sobie wiele do wytłumaczenia, Drax z Mantis są świetnym rozśmieszaczem, oboje bowiem średnio radzą sobie z relacjami międzyludzkimi, a ich nieporadność w tej kwestii bywa zabawna, no i mój ulubiony duet – Rocket oraz Yondu, którzy niezaprzeczalnie królują na ekranie. Zresztą, to właśnie w ostatniej dwójce najlepiej widać zachodzące przemiany. Zaskakujący jest fakt, że twórcy postarali się o to, by portrety psychologiczne postaci były spójne i wiarygodne.

Straznicyzgalaktyki

Położenie nacisku na emocje i relacje łączące głównych bohaterów sprawiło, że akcja i wybuchy nie są już najważniejszym aspektem produkcji. Jeśli już pojawiają się sceny kosmicznych pościgów, walk czy zasadzek, to w dużej mierze mają one charakter pretekstowy i służą temu, by pchnąć bohaterów w odpowiednie miejsce, by mogli tam spotkać kogoś kluczowego dla ich relacji, życia czy przeszłości. Siłą rzeczy wszystkie zagrożenia są iluzoryczne, a widz doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że radosna gromadka wyjdzie z nich bez szwanku, w końcu wszyscy mają pojawić się w kolejnym filmie ze stajni MCU – planowanym na kwiecień przyszłego roku, Avengers: Infinity War. Nie mam Marvelowi za złe, że kolejne swoje produkcje zapowiedział niemal do 2271 roku, w końcu dobrze, by fani zaklepali sobie wolne od życia i mogli bez przeszkód wybrać się na pokazy premierowe, jednak nic tak nie zdradza fabuły produkcji i tego, kto przeżyje, jak lista postaci pojawiających się w kolejnych filmach – no bo jak tu przejąć się losem Star Lorda, gdy wiemy, że zobaczymy go za niecały rok?

Straznicyzgalaktyki

Nie musicie się jednak bać tego, że pretekstowo potraktowana akcja nie trzyma się kupy, a ogniwa łączące kolejne jej epizody połączone są przysłowiowym słowem honoru – wręcz przeciwnie, wszystko jest na tyle spójne i logiczne, na ile te określenia pasują do kosmicznych przygód intergalaktycznej grupy najemników, w której skład wchodzą, między innymi: gadające drzewo i zmodyfikowany genetycznie szop. Spokojnie, poziom absurdu pozwala na przyswojenie tego bez mrugnięcia okiem, dodatkowo wszystko doprawione jest humorem, który widzów na sali kinowej nie raz zmusił do radosnego śmiechu – tutaj zdecydowanie króluje Mały Groot, będąc całkiem przyjemnym i rozczulającym comic reliefem. W w tej roli świetnie sprawdzał się również duet Yondu i Rocket, którzy na ekranie zajmują się głównie rozwałką, o wiele gorzej w tym zestawieniu wypadają zaś Drax i Mantis – ich walor rozrywkowy opiera się na nieznajomości zasad obowiązujących w relacjach międzyludzkich, co owszem, jest zabawne, jednak niczym nie zaskakuje.

Straznicyzgalaktyki

James Gunn nie szczędzi nam jednak i scen ciężkich, które na chwilę ścierały uśmiech z twarzy i zmieniały nastrój filmu o sto osiemdziesiąt stopni, żeby daleko nie szukać – egzekucja lojalistów była jednym z takich momentów, znęcanie się nad Małym Grootem również, a i Nebula miała okazję zaserwować nam kilka mocnych słów o urokach jej dorastania. O ile to ostanie wzbudziło we mnie swoją wzniosłością krzywy uśmiech, o tyle pozostałe sceny wywołały dokładnie taki efekt, jaki powinny – nadały produkcji ciężaru. Jasne, większość tych scen została szybko zrównoważona przez wątki humorystyczne, więc nie przejmiemy się nimi zbyt długo, jednak wybierając się do kina na Strażników Galaktyki vol.2 nie spodziewałam się takich momentów w ogóle, nastawiając się na czystą rozrywkę. Rozmycie wydźwięku tych scen nie psuje jednak tego, że zostały one we mnie jeszcze długo po seansie i są świetnym przykładem tego, jak działać na widza i skłonić go do głębszego spojrzenia na uniwersum, które nie jest przecież wcale aż takie prześmiewcze i niegroźne.

Straznicyzgalaktyki

Strażnicy Galaktyki charakteryzowali się tym, że ich stylistyka i ścieżka dźwiękowa sięgały do lat 80. ubiegłego wieku (i wcześniejszych, bo piosenka Hooked on a feeling oryginalnie napisana została w 1968 roku, jednak to jej wykonanie przez szwedzką grupę Blue Swede stało się w 1974 przebojem w Stanach Zjednoczonych). Film czerpał z tego okresu pełnymi garściami, stąd nic dziwnego, że umierająca matka dała Peterowi kasetę magnetofonową z utworami, których młodszy widz mógł nie kojarzyć. Zabieg ryzykowny, okazało się jednak, że opłacalny – świetnie dopasowane piosenki okazały się fenomenalną ścieżką dźwiękową. Nie inaczej jest w Strażnikach Galaktyki vol.2, w których w końcu dowiadujemy się jakie hity znajdują się na drugiej z kaset, które Star Lord dostał od matki. Awesome Mix vol.2 jest świetnym dowodem na to, że muzyka w obrazie Jamesa Gunna jest jednym z kluczowych elementów – podkreśla klimat, wywołuje uśmiech i potęguje wzruszenie, będąc jednocześnie genialnym środkiem narracyjnym. Jak przy Strażnikach Galaktyki można było odnieść wrażenie, że pierwsza kaseta zawierała utwory pasujące do matki głównego bohatera, tak w drugiej części mamy piosenki skupiające się bardziej na jego ojcu, który własne życie opisuje słowami Brandy You’re a Fine Girl – Looking Glass. Zaś okoliczności, w których Peter słucha utworu Father and Son – Yusuf / Cat Stevens jeszcze długo będzie mi towarzyszył jako cudowne wykorzystanie piosenki do podkreślenia nastroju i opowiedzenia relacji dwóch bohaterów.

Straznicyzgalaktyki

Strażnicy Galaktyki vol.2 dowodzą tego, że sequel może być równie dobry, jeśli nawet nie lepszy od pierwszej części. Oczywiście nie obywa się bez potknięć – akcja momentami traci rozpęd, kilka scen jest nazbyt przegadanych, w ostatecznym rozrachunku całość składa się jednak na świetne kino z masą genialnej muzyki, świetnym poczuciem humoru i cudownymi efektami specjalnymi, które w tym wypadku są wisienką na torcie. Aktorsko film stoi na bardzo dobrym poziomie – Chris Pratt luzackie podejście do życia ma wpisane w genotyp, Dave Bautista idealnie wpasowuje się w rolę zwalistego osiłka z nieco specyficznym poczuciem humoru, Zoe Saldana nie raz już udowodniła, że w zielonym jej do twarzy, Kurt Russel i Sylvester Stallone nie zawodzą, a ten drugi jasno pokazuje, że wciąż potrafi zagrać twardziela. Film nie byłby jednak tak dobry, gdyby nie Michael Rooker jako Yondu – to właśnie jego postać przechodzi w trakcie filmu największą przemianę, dźwigając na barkach sporą część bagażu emocjonalnego produkcji.

Straznicyzgalaktyki

W ostatecznym rozrachunku drugą część Strażników Galaktyki polecam wszystkim tym, którzy potrafią dobrze się bawić na filmach superbohaterskich i polubili tę międzygalaktyczną, barwną zbieraninę istot, które w końcu odkrywają, że nie trzeba być spokrewnionym, by móc nazywać się rodziną. To wizualno-fabularny majstersztyk, który nie tylko bawi, ale również wzrusza i kilka razy zaskakuje. Warto wybrać się do kina, naprawdę, a sama polecam seans z napisami. Pamiętajcie tylko, by nie wychodzić z sali przed końcem napisów – tym razem film okazał się prawdziwym testem dla fanów Marvela, a twórcy zaserwowali nam aż pięć scen.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Strażnicy Galaktyki vol.2
Produkcja: Marvel Studios, Walt Disney Pictures
Typ: Film
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Data premiery: 19.04.2017
Reżyseria: James Gunn
Scenariusz: James Gunn
Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Vin Diesel, Dave Bautista, Kurt Russell, Michael Rooker

Nasza ocena
9/10

Podsumowanie

Plusy:
+ fenomenalna i absolutnie genialna muzyka
+ cudowne dopasowanie muzyki do scen
+ poczucie humoru
+ naprawdę dobra gra aktorska
+ efekty specjalne i nasycone barwy
+ rozbudowana psychologia postaci
+ przyzwoity złol
+ Michael Rooker jako Yondu
+ I am Groot!

Minusy:
– kilka przegadanych scen
– chwilowe spowolnienie tempa akcji

Sending
User Review
0 (0 votes)

Dodaj komentarz

avatar