Od czasu Szczęk Spielberga lokatorzy kinowego oceanarium rozpłynęli się we wszystkich możliwych kierunkach. Niektóre okazy straszą i trzymają w napięciu, pokazując z bliska migdałki największych morskich drapieżników. Inne drwią sobie z ewolucji i za szczyt marzeń uznają uwicie sobie wilgotnego gniazdka pod kilkoma metrami mułu. Po tym akwarium pływa sobie też Meg. I nikt nie chce się z nim bawić.

Jonas Tylor miał ciężką pracę i przygłupich kolegów. Przed laty podczas ewakuacji rannych z łodzi podwodnej podjął trudną decyzję. Postanowił poświęcić życie paru kolegów, po to, by uratować tuzin ocalałych, resztę ekipy i siebie. Odpłynął akurat na chwilę przed wielkim wybuchem, który z pewnością zabiłby absolutnie wszystkich. Wbrew wszelkiej logice zadane zostało mu retoryczne pytanie: „Coś ty zrobił?”. Powtórzę. Uratował wam życie, niewdzięczne gnojki. Pytanie to zawisło jednak nad Jonasem i sprawiło, że zaczął dusić się w sosie z wyrzutów sumienia podlewanym niskoprocentowym alkoholem.

Pięć lat później wbrew wszelkim prawom natury, logiki, biologii, fizyki i całego wydania Encyklopedii Britannica grupa badawcza schodzi na dno Rowu Mariańskiego, by po dotarciu na miejsce… zejść jeszcze niżej. Mnie nie pytajcie. Scena otwierająca film już dała do zrozumienia, że podczas prac nad produkcją sens się pochorował i nie pojawił się na planie. Po drugiej stornie mułu – czyli dokładnie tam, gdzie film chyba planował się znaleźć od samego początku – badacze znajdują zaginiony świat. Niezbadany i niedotknięty ludzką ręką i stopą ekosystem. W ramach kary za wejście do nie swojej piaskownicy Matka Natura szybko uziemia intruzów. Oczywiście absolutnie jedyną osobą, która może pośpieszyć im na ratunek, jest podpity pan z początku. Mając w pogardzie podłe szpony choroby ciśnieniowej, Statham w ekspresowym tempie spływa na samo dno. W czasie akcji ratunkowej bohaterowie zostawiają jednak uchyloną furtkę, którą wykorzystuje prehistoryczny megalodon.

Tworząc The Meg, scenarzyści udali się na międzygatunkowe wody, by połączyć grozę Szczęk z poronionymi pomysłami na oceaniczne dziwadła rodem z kina klasy Z. Fabuła już sama w sobie jest świetną metaforą samego filmu. Twórcy zanurzyli się po same łokcie w kinowym dnie niepodzielnie rządzonym przez potworności pokroju Sharknado czy inne Sharktopusy. Wyciągnęli stamtąd nie tak znów wynaturzoną rybę – takiego Dwayne Johnsona wśród rekinów – i próbują podholować go na powierzchnię do poziomu strawnego blockbustera. Niestety prehistoryczna gadzina podróży nie wytrzymała i zdechła gdzieś w połowie drogi. Nie było w tym bowiem grozy w stylu zwierzęcego horroru, a i zabrakło odwagi na stworzenie produkcji tak złej, że aż absurdalnej. Poza góra dwoma ciekawszymi momentami rybcia pływała sobie do góry brzuchem i była mniej straszna niż jej kuzyni z animacji Disneya. W jej oczach widać było, że gdyby mogła, to przeprosiłaby za to, że ktoś ją wyciągnął.

Scenariusz w zasadzie nie oferuje sobą niczego ciekawego. Ryba nawiała, trzeba ją znaleźć, więc najtęższe dostępne umysły wyruszają w pościg. Więc tak sobie pływają w kółko, gadają o niczym i próbują nie wypadać za burtę – co raczej średnio im wychodzi. Trudno wyobrazić sobie obsadę, która miałaby uczynić ten film znośnym. Bohaterowie napisani są topornie i bez osobowości. Jak na nieustanne sąsiedztwo bezkresnego oceanu ich żarty są boleśnie wysuszające. Scenarzyści silili się na luzacką i błyskotliwą atmosferę, jednak wyszło fatalnie. Żarty są mało śmieszne, a humor sytuacyjny wepchnięty całkowicie na siłę. Rola większości postaci ograniczała się do wpadania do wody oraz powtarzania, że nie potrafią pływać – w końcu to takie zabawne, bo przecież pracują na oceanie. Jeżeli ci ludzie mieli doktoraty, to chyba tylko dlatego, że jakimś cudem znaleźli je w paczce chipsów. Najciekawszą i najbardziej ogarniętą postacią była mała Meiying. To między nią a Stathamem było więcej chemii i uczuć niż w wątku miłosnym, do którego dla zasady twórcy musieli wrzucić głównego bohatera. Zresztą historia w The Meg jest tak mało atrakcyjna, że wolałbym już oglądać życie w podwodnej stacji badawczej z perspektywy tej ośmioletniej dziewczynki. To byłby dopiero materiał na ciekawy film.

Statham, którego role ograniczają się do spuszczania solidnych batów napakowanym trepom, tym razem nie za bardzo ma co robić. Raz pokazał wyrzeźbioną klatę bez grama tłuszczu, chociaż od pięciu lat żłopał z pasją piwsko (to jest dopiero kawał science fiction) i tyle było z niego pożytku. Rozumiem męską dumę i koleżeńską rywalizację, Dwayne nieco wcześniej siłował się z przerośniętym wilkiem i aligatorem, za kompana mając King-Konga albinosa, więc Statham nie chciał być gorszy. Musiał to przebić, ale do intelektualnego brodzika niestety wskoczył na główkę. Na sparing partnera wybrał sobie kręgowca, któremu ni jak nie da się nakopać pod ogon z półobrotu. Myślałem, że nie ma nic bardziej przykrego niż smutne oczy rekina. Jednak jest. Smutne oczy Jasona, gdy nie ma jak obić przeciwnikowi szczęki.

Szczegóły:

Tytuł: The Meg
Data premiery: 24.08.2018
Reżyseria: Jon Turteltaub
Scenariusz: Dean Georgaris, Erich Hoeber, Jon Hoeber
Typ: akcja, SF
Obsada: Shuta Sophia Cai, Jason Statham, Bingbing Li, Rainn Wilson, Cliff Curtis, Winston Chao, Ruby Rose i inni

PRZEGLĄD RECENZJI
Nasza Ocena
2
KOREKTALilavati
Poprzedni artykułCzy “things got stranger”? (Retro)recenzja serialu Stranger Things sezon 2.
Następny artykułKoniec szaleńców. Recenzja komiksu Kick-Ass Tom 2
Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.

Dodaj komentarz

avatar