Tomb Raider

Lara Croft, tak samo zresztą jak większość postaci z gier komputerowych, nie ma szczęścia do filmowych ekranizacji. Te dwie z Angeliną Jolie były dość przaśne, a chociaż miały swój urok, to nie zarobiły wystarczająco, żeby warto było kontynuować cykl. Nowy Tomb Raider miał to zmienić. Miał to być film przemyślany, zrobiony z głową, który zadowoli fanów, ale też spodoba się krytykom. Z nieprzesadzonym budżetem, który w razie ewentualnej porażki nie przysporzy producentom zbyt wielu strat. Plany były ambitne, ale jak to zwykle bywa w przypadku tych, którzy chcą złapać zbyt wiele srok za ogon – nie do końca się sprawdziły.

Lara Croft to młoda dziedziczka fortuny, która pracuje jednak jako kurierka i para się innych zajęć. Odmawia przyjęcia rodzinnych pieniędzy, oznaczałoby to bowiem złożenie podpisu na dokumentach oficjalnie uznających jej ojca, lorda Richarda Crofta, który przed laty wyruszył na wyprawę, za zmarłego. Dziewczyna ostatecznie godzi się z losem i podpisuje dokumenty, po czym – zgodnie z ostatnią wolą ojca – otrzymuje wiadomość, którą dla niej pozostawił. Pozwala ona ustalić Larze, że Richard wyruszył na poszukiwania mitycznej wyspy Yamatai i grobowca królowej Himiko, posiadającej rzekomo nadprzyrodzone moce. Nie namyślając się długo, dziewczyna wyrusza jego śladem.

Tomb Raider

Powyższy opis, jak i same zwiastuny filmu, jasno wskazują, że scenariusz oparty został na fabule Tomb Raider z 2013 roku, a przy okazji wprowadzono do niego wątki z Rise of the Tomb Raider. Budziło to moje obawy, bo fabuła w grach była kiepska, ale scenarzyści bardzo luźno podeszli do pierwowzoru. Nie tylko zostawili sam szkielet fabuły (Yamatai, Himiko, Matthias), wyrzucając wszystko inne (zarówno rzeczy dobre, jak i złe), ale też stworzyli Larze zupełnie nową biografię – bodajże czwartą już w jej historii. Niestety, nie zmienia to faktu, że fabuła Tomb Raider jest w najlepszym razie przeciętna. Ot, pretekst do tego, żeby zrobić przygodowy film akcji o Larze Croft z nadzieją, że się sprzeda. Na plus można jednak zaliczyć to, że scenarzyści do granic możliwości ograniczyli wątki nadprzyrodzone i starali się twardo stąpać po ziemi. Dzięki temu otrzymaliśmy najbardziej „realistyczną” Larę w historii. Niestety, ponieważ to kino, z gier dozwolonych od lat 18 stworzono film dla 12-latków.

Film bardzo mocno jedzie na schemacie filmów z Jolie, Indiany Jonesa i gier o Larze, stawiając na sprawdzone rozwiązania: weź garść pułapek, dodaj trochę pościgów i strzelanin, wymieszaj granatem i podawaj, zanim do widzów dotrze, że to bez sensu. I to jest właśnie jedną z największych bolączek Tomb Raider. Z jednej strony film jest zbyt przesadzony i głupkowaty, żeby traktować go na poważnie. Z drugiej – twórcy mieli chyba wrażenie, że to jednak jest poważna i realistyczna produkcja, więc dość zachowawczo podeszli do wszelkich szaleństw. W efekcie całość nie sprawdza się szczególnie ani jako thriller / dramat, ani jako produkcja przygodowa. Może jednak spodobać się fanom nowych gier, którzy podczas seansu będą wyłapywać liczne nawiązania do nich. Część scen z nich została nawet niemalże żywcem przeniesiona na kinowy ekran. A kto wie, może wyłapiecie nawiązania do innych gier – ja jestem niemal pewny, że widziałem dziewczynę w bluzie N7 z Mass Effectów

Pod względem technicznym film również jest przeciętny. Miałem wątpliwości, czy Alicia Vikander sprawdzi się jako Lara Croft, ale okazała się całkiem niezła i bije na głowę Angelinę Jolie. Reszta obsady jest znośna, podobnie jak ich aktorskie wyczyny. Nieco gorzej jest z efektami specjalnymi. Mam wrażenie, że starano się na nich jak najbardziej zaoszczędzić, więc są przeciętne – tak samo chyba jak wszystko w tym filmie. Nie zmienia to jednak faktu, że za sprawą niezłych zdjęć i pracy kamery od czasu do twórcom zdarzy się zaserwować jakiś ciekawy obrazek albo scenę, są to jednak sytuacje zbyt rzadkie. Na plus momentami wybija się muzyka, ale tylko momentami, bo z reguły nawet się jej nie zauważa. Ze względu na mało dogodne godziny seansów przedpremierowych, film oglądałem z polskim dubbingiem. Wpisał się on idealnie w całość tej produkcji: ani nie ziębi, ani nie grzeje.

Nie miałem wobec Tomb Raider większych nadziei. Liczyłem tylko na to, że minimalnie uda mu się pobić odsłony z Angeliną Jolie. I tak się w zasadzie stało. Podobnie jak nowe odsłony gier, tak i film stara się być bardziej realistyczny, mniej polegając na żarcikach, one-linerach i bon monach. Nie zmienia to jednak faktu, że całość jest bardzo zachowawcza, a w efekcie – nad wyraz przeciętna. Momentów, kiedy aktorzy mogą zabłysnąć, jest naprawdę niewiele, podobnie jak scen, które robiłyby wrażenie. W nowym Tomb Raiderze wszystko jest w najlepszym razie byle jakie i nienatchnione. A szkoda, bo mógłby z tego wyjść jakiś przyzwoity film, ale otrzymaliśmy tylko widowisko, przy którym bezboleśnie spędzimy dwie godziny i zapomnimy o nim, kiedy tylko wyjdziemy z kina. Niestety, to wymagałoby, żeby film miał jakąś „osobowość”, a tej mu niestety zabrakło.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Tomb Raider
Data premiery: 6 kwietnia 2018
Reżyseria: Roar Uthaug
Scenariusz: Geneva Robertson-Dworet, Alastair Siddons (na motywach gier Tomb Raider i Rise of the Tomb Raider wg scenariuszy Rhianny Pratchett)
Typ: akcja, przygodowy
Obsada: Alicia Vikander, Dominic West, Walton Goggins, Daniel Wu

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o