Twój Vincent

Jako osoba, która w kategoriach popkulturowych jest nie na czasie z wyboru (zgodnie z zasadą, że oglądam i czytam przede wszystkim to, co mnie interesuje), nie ekscytuję się zanadto Oscarami. Owszem, lubię czasem rzucić okiem na listę nominacji albo spróbować typować na ślepo, który tytuł ma szansę wkupić się w łaski Akademii Filmowej – ale hurtowe zaliczanie wszystkich filmów ze stawki, żeby móc włączyć się do wielkiej dorocznej dyskusji, jest mi kompletnie obce. Zapewne właśnie z tego powodu w czasie oscarowego wyścigu na początku 2018 roku Twój Vincent znany był mi głównie z paru promocyjnych fragmentów oraz faktu bycia koprodukcją polsko-brytyjską. Nie da się jednak ukryć, że szczególna technika wykonania – animacja malarska – od początku mnie intrygowała. Z tego względu zaskoczyła mnie (nie chcę użyć słowa „oburzyła”, choć pewnie byłoby po części prawdziwe) przegrana Vincenta w rywalizacji o statuetkę Oscara z Coco. Czyli produkcją, która na jego tle na pierwszy rzut oka wypadała raczej standardowo. Ale żeby móc wyrobić sobie zdanie, musiałam poczekać ponad pół roku. Bo dopiero wtedy – zupełnie przypadkiem zresztą – trafiłam na Vincenta na jednym z filmowych kanałów telewizyjnych i uznałam, że najwyższy czas się z nim zapoznać.

Obok warstwy wizualnej tej produkcji po prostu nie da się przejść obojętnie. Jeżeli istnieje definicja sformułowania „ruchome obrazy”, to jest nią właśnie Twój Vincent. Z ekranu wylewa się świat niemal żywcem wzięty z płócien van Gogha. Widzowi może zupełnie dosłownie zakręcić się w głowie – wszystko tutaj ciągle rusza się, drży, faluje… Jak uzyskano taki oszałamiający wizualnie rezultat? Ujęcia aktorskie, zarejestrowane na odpowiednio przygotowanych planach bądź z użyciem blue boxa, po dodaniu efektów komputerowych, stały się podstawą dla ponad stu artystów malarzy z całego świata, którzy odtworzyli każdą klatkę 91-minutowego filmu w formie obrazu naśladującego dzieła van Gogha. Co daje w sumie ponad 65 tysięcy płócien! Nic dziwnego, że Vincent powstawał przez przeszło 7 lat. Warto było tyle czekać, bo efekt końcowy przechodzi najśmielsze oczekiwania.

Należy przy okazji odnotować, że twórcy przygotowali się starannie również pod względem merytorycznym. Aktorzy grający autentyczne postacie, które van Gogh sportretował, w filmie ucharakteryzowani są na swoje malarskie wizerunki. Ponadto postacie dalszoplanowe i epizodyczne – jak również osoby z otoczenia Vincenta, które nie zostały uwiecznione na jego obrazach, na przykład gospodyni doktora Gacheta – wzorowano na anonimowych modelach, pozujących artyście do innych portretów. W dodatku nie trzeba po seansie przeczesywać Internetu, aby móc porównać film z oryginalnymi płótnami. Twórcy w formie wstępu do napisów końcowych zawarli sekwencję z takim właśnie zestawieniem. Trzeba przyznać, że podobieństwo ucharakteryzowanych aktorów do pierwowzorów (zarówno przed, jak i po „obróbce” ujęć) jest niekiedy zaskakujące.

Twój Vincent

Prosimy nie regulować odbiorników, ten film naprawdę tak wygląda.

Tyle o formie, ale przecież ona to nie wszystko. Co z treścią? Niektórzy zarzucali Vincentowi słabą fabułę lub nawet jej kompletny brak, co miało zadecydować o jego porażce w oscarowej rywalizacji. Biorąc te zarzuty za dobrą monetę, należałoby stwierdzić, że w takim razie twórcy nagrodzonej Oscarem za rok 2014 Idy nie powinni byli nawet stanąć obok nagrody. Wszak to właśnie przykład filmu, w którym pięknie zrealizowane ujęcia tuszują wątłą, nieprzekonującą i niezbyt interesującą historię, z którą mało kto może się identyfikować w jakikolwiek sposób. Twój Vincent to nie tylko (upraszczając do bólu) ładne obrazki. Ta produkcja oferuje również niewesołą wprawdzie, ale niewątpliwie intrygującą fabułę. Opowiedzianą z punktu widzenia postaci, dla której Vincent i jego życie (oraz śmierć) początkowo nie mają większego znaczenia – czyli Armanda Roulin, syna listonosza zaprzyjaźnionego z malarzem. Chłopak podczas poszukiwań osoby, do której powinien trafić ostatni list van Gogha (skierowany do jego również nieżyjącego już brata), stopniowo poznaje historię ostatnich miesięcy życia artysty. A nie jest ona oczywista i obiektywna; Armand musi z trudem wyłuskiwać fakty z różnych opowieści wielu ludzi, którzy znali Vincenta lepiej lub gorzej, oraz nie zawsze byli mu przychylni.

Pytania i wątpliwości mnożą się, a kolejne relacje potrafią wzajemnie sobie zaprzeczać. Ma to znaczenie nie tylko dla wątku poszukiwań Armanda, ale również dla budowanego przez twórców obrazu Vincenta van Gogha jako człowieka, którego zasadniczo nikt tak naprawdę nie poznał do końca. I to mimo że niektórym wydawało się coś zupełnie innego – że wręcz udało im się przejrzeć go na wylot. Jak pokazuje tok akcji, niekoniecznie tak było. Zarówno wśród tych, którzy traktowali van Gogha niczym wariata, jak i tych, dla których był – w szerokim rozumieniu tego słowa – normalny. Bo choć Vincent znajdował chwile radości w malarstwie, to targające nim (niekiedy bardzo mocno) wątpliwości dotyczące sensu życia oraz sztuki nie pozwalały mu być całkowicie szczęśliwym. A może mimo wszystko pozwalały, na jakiś dziwny, przewrotny sposób? Twój Vincent nie serwuje łatwych odpowiedzi. Wszystko, co przez lata wiedzieliśmy o van Goghu i uznawaliśmy za pewniki – jego malarski geniusz, chorobę, sprawa odciętego ucha, samobójcza śmierć – zostaje poddane dość intensywnej weryfikacji.

Twojego Vincenta oglądałam w polskiej wersji dubbingowej, co było dla mnie oczywistym wyborem z racji faktu, że film ten jest koprodukcją z udziałem Polski. Nasz dubbing, wyreżyserowany przez Artura Kaczmarskiego, w lwiej części stoi na poziomie adekwatnym do tego obrazu – biorą w nim udział znakomici aktorzy, którzy sprawdzają się w swoich rolach. Kilkorgu z nich należy się szczególne wyróżnienie. Józef Pawłowski, mimo dość mocno „osłuchanego” w dubbingach głosu, bardzo dobrze wpasował się w postać Armanda. W samych superlatywach mogę mówić o Jerzym Stuhrze w roli ojca Josepha Roulin, jak również o Włodzimierzu Matuszaku (Ojciec Tanguy), Danucie Stence (Louise Chevalier), Jerzym Bończaku (doktor Mazery), czy Robercie Więckiewiczu, grającym doktora Gacheta niemal totalnie wbrew warunkom. Przyjemną niespodziankę sprawił mi również Maciej Stuhr, o którego aktorstwie w ostatnich latach nie mam najlepszego zdania – w Twoim Vincencie jako głos wioślarza (postaci bezimiennej, choć ważnej) jest absolutnie nie do poznania. Przynajmniej dopóki nie zaczyna krzyczeć. Powiecie, że to niemożliwe, że żaden dubbing nie może być tak dobry, jak oryginalna wersja. A jednak. Ba, w niektórych punktach polska wersja językowa ma nawet przewagę. Bo zastrzelcie mnie, ale jednak 70-letni Stuhr senior w naturalny sposób bardziej będzie się kleił z postacią starego listonosza niż podkładający Josepha w oryginale zaledwie 38-letni Chris O’Dowd.

Twój Vincent

Jednak w polskiej wersji nie obyło się bez uchybień, w dodatku dość wyraźnych. Wśród najważniejszych bohaterek kobiecych jedyną w stu procentach dobrze zagraną jest wspomniana już Louise z głosem pani Stenki. Niestety jej młodszym koleżankom po fachu poszło o wiele słabiej. Adeline Ravoux na ekranie odtwarzana jest przez Eleanor Tomlinson, która często i pięknie uśmiecha się podczas swoich opowieści o Vincencie. Dubbingująca ją Olga Frycz brzmi monotonnie, płasko, żeby nie powiedzieć drętwo. Dysonans między tym, co widzimy, a tym, co dobiega do naszych uszu, jest naprawdę duży. Trochę lepiej – choć stosunkowo niewiele – radzi sobie Zofia Wichłacz, podkładająca Marguerite Gachet. Tutaj mamy już jakieś minimum modulacji głosu i oddawania emocji, ale wciąż jedynie minimum. Zdaję sobie sprawę, że obie panie od paru lat są w stawce rozpoznawalnych i cenionych przez krytykę aktorek młodego pokolenia, ale tutaj nie podołały. Szkoda, że przy obsadzaniu tych dwóch postaci reżyser się przeliczył, bo młode damy na tle tak udanej reszty obsady wypadają jeszcze bardziej blado.

Niech jednak to potknięcie nie zrazi nikogo do całości – wszak to w porównaniu do pozytywów jedynie detal (a gdyby okazało się, że jest on nie do przełknięcia, zawsze mamy możliwość wyboru oryginalnej ścieżki dźwiękowej). Twój Vincent to film jedyny w swoim rodzaju, nieporównywalny z niczym innym. Film, który ma tak wiele do zaoferowania widzowi, że grzechem byłoby nie dać mu szansy. Nawet, jeśli całe oscarowe zamieszanie wokół niego dawno już ucichło. Ilość pracy, którą włożyli w tę produkcję twórcy, przełożyła się na jej jakość. Dlatego zachęcam – dajcie się porwać opowieści na taśmie malowanej.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Twój Vincent (Loving Vincent)
Data premiery: 12.06.2017 (świat), 6.10.2017 (Polska)
Typ: film
Gatunek: animacja
Reżyseria: Dorota Kobiela, Hugh Welchman
Scenariusz: Dorota Kobiela, Hugh Welchman, Jacek Dehnel
Obsada: Robert Gulaczyk, Douglas Booth, Jerome Flynn, Saoirse Ronan, Chris O’Dowd, Helen McCrory, John Sessions, Eleanor Tomlinson, Aidan Turner i inni.
Reżyseria w wersji polskiej: Artur Kaczmarski
Opracowanie i udźwiękowienie wersji polskiej: SDI Media Polska
Obsada wersji polskiej: Robert Gulaczyk, Józef Pawłowski, Robert Więckiewicz, Zofia Wichłacz, Jerzy Stuhr, Danuta Stenka, Włodzimierz Matuszak, Olga Frycz, Maciej Stuhr i inni.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Kinga Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Kinga
Gość

Koniecznie muszę zobaczyć!!!