Współczesne kino grozy z każdą chwilą zaczyna być w coraz lepszej formie. Nowa fala horroru radośnie chlusta nam w twarz pobudzającym przypływem i zaskakuje świeżością. Dobrych tytułów nie trzeba już szukać po festiwalach i w ciemnych uliczkach z szemranymi typami spod ciemnej gwiazdy. Możemy teraz spokojnie usiąść w kinowym fotelu, bo szansa, że trafimy na coś innego niż kolejny zajechany do nieprzytomności motyw z atmosferą równie gęstą co niemowlęcy paw, jest coraz większa. Nie wiem, czy to kwestia nowego pokolenia, może twórcy chowają przed wytwórniami oryginalne scenariusze, a może złe klony zaczęły wszystkich podmieniać. Nie mam pojęcia, co tam się wyprawia. Mam tylko nadzieję, że proceder będzie trwał w najlepsze.

Rodzina Wilsonów wyjeżdża na wakacje do Santa Cruz. Planują odpocząć z dala od codzienności i naładować baterie. Przedstawiają sobą klasyczny szczęśliwy i przyjemny dla oka obrazek. Dzieciaki jak zwykle mają swoje irytujące zwyczaje. Jason nie rozstaje się z plastikową jarmarczną maską i nieudolnie próbuje wykonać tajemniczą magiczną sztuczkę. Zora, jak przystało na aktywną społecznie dorastającą dziewczynkę, siedzi nieustannie z nosem w telefonie. Gabe z niechęcią patrzący na liczby w metryczce, za wszelką cenę chce być fajnym tatą, a próbuje to osiągnąć za pomocą żartów zabawnych tylko dla niego. Adelaide, niekwestionowana głowa rodziny, to już zupełnie inna sprawa. Z wyprawy do lunaparku sprzed lat wyniosła poważną traumę oraz niechęć do piaszczystych plaż i gabinetów luster. Twarda z niej jednak sztuka i stara się prowadzić normalne życie. Nieoczekiwanie jednak koszmar z dzieciństwa puka wprost do jej drzwi. Chce jej opowiedzieć bajkę, udzielić lekcji WOS-u oraz odświeżyć wspomnienia.

W Us wszystko zaczyna się jak w klasycznym kinie home invasion. Sympatyczna rodzina wyjeżdża na wakacje do domku na wybrzeżu. Wszędzie wokół panuje cisza i spokój, sąsiadów ze świecą szukać, a na zewnątrz nie słychać nawet świerszczy. Marne szanse, że ktokolwiek usłyszałbym pełne rozpaczy „nie, proszę, nie wbijaj we mnie tego wielkiego noża!”. Po co więc rozwlekać historię i prezentować intruzów, podczas gdy będą spacerowali wokół domu i zaglądali ukradkiem przez żaluzje. Wszyscy od początku wiemy, w jakim kierunku to zmierza, dlatego film od razu przechodzi do rzeczy.

Najwyższa pora poznać zupełnie niesympatyczną rodzinkę w czerwonych kombinezonach. Uwielbiają oni nocne spacery, niezapowiedziane wizyty oraz stanie na podjeździe. Ich ulubionym świętem z całą pewnością musi być Halloween. Niczym trupa cyrkowa z najgorszych koszmarów rozpoczynają swoją część artystyczną. Bez zbędnej gry wstępnej wpadają do domu i wygrywają z gospodarzami nie tyle na punkty, ile przez całkowity nokaut. Jason (swoją drogą całkiem bystry dzieciak) od razu zauważył pewną niepokojącą zależność. Wyszeptał niepewnie „to my” i stało się jasne, że Us nie będzie kolejną klasyczną wariacją grozy na temat Kevina samego w domu, ale psychologicznym horrorem o zmaganiu z wewnętrznymi demonami. Prawda? No to właśnie nie do końca.

Jordan Peele robi wszystko, aby utrudnić widzom zamknięcie swojego nowego filmu w gatunkowych ramach. Wszystko rozpoczyna niepokojące home invasion, następie historia przeradza się paranormalny horror psychologiczny. Wszystko osnute jest baśniową narracją, a mimo dominującego poczucia zagrożenia film nieustannie bawi rozluźniającymi komediowymi wstawkami. Historia w końcu przejeżdża w okolicach postapokaliptycznej scenerii, zahacza o odrealnione teorie spiskowe, by ostatecznie wszystko zakończyć sekwencjami godnymi teatralnego spektaklu. Całość przepełniona jest symbolami, ukrytymi znaczeniami oraz unoszącą się w powietrzu miłością do horrorów.

Jordan Peele swoim debiutanckim Get Out ustawił sobie poprzeczkę dość wysoko. Stworzył naprawdę porządny, zaskakujący i trzymający w napięciu do samego końca thriller. W drugim filmie pragnie nie tylko pobić początkowy wynik, ale pokazać, że w kinie grozy chce zaoferować coś więcej niż dobrze realizowane klasyczne motywy. W przeciwieństwie do debiutu to drugie dno gra pierwsze skrzypce. Reżyser nie tyle zachęca, ile wręcz wymusza na nas poszukiwanie ukrytych znaczeń i dogłębną interpretację. W przemycaniu treści zapędza się tak daleko, że bez zaangażowania, zakasania rękawów i odrobiny grzebania w opowiadanej historii, film okaże się nieciekawym i nużącym zlepkiem absurdalnych pomysłów. Peele może mieć jednak czyste sumienie, bo wyraźnie dał do zrozumienia, czego od nas oczekuje. Opowiedziana przez klona Adelaide bajka o dziewczynce i jej cieniu (gdy wszyscy akurat siedzieli grzecznie przy kominku) jest niczym strzał w twarz od reżysera ze słowami „a teraz się skup!”.

I chociaż baśniowy klimat stanowi zaledwie jeden z wielu elementów złożonej całości, jest niezwykle ważny. Nie tylko sygnalizuje nam, że bez odrobiny wysiłku z oglądania nic nie będzie. Poza tym Us jest w dużej mierze mroczną Alicją w Krainie Czarów (królików z początku naprawdę trudno nie zauważyć) opowiedzianą językiem klasycznego kina grozy. Poza drugim dnem Peele dba również o warstwę wizualną. W każdym niemal ujęciu widać jego miłość do horroru, historię przepełniają gatunkowe smaczki, a gra aktorska Lupity Nyong’o po prostu zachwyca. Reszta obsady wcale nie zostaje w tyle. Jako zwykła rodzina prezentują sobą przyjazny obrazek, jednak w roli demonicznych klonów wszyscy robią niesamowite wrażenie, zamieniając się w przerażające pacynki sterowane chyba przez samego diabła. Większość potworów z filmów grozy ostatnich lat nie była tak niepokojąca i odstręczająca w swych ruchach i mimice jak porąbane klony rodziny Wilsonów. Brakowało w tym tylko chodzenia po ścianach, ale moje serce tego by już chyba nie wytrzymało. Patrzy się na to wszystko z niesamowitą przyjemnością.

Us opowiada o dwoistości ludzkiej natury, zmaganiach z wewnętrznymi demonami oraz złem kryjącym się w każdym z nas. Przypomina również, że wynik walki nie jest zależny jedynie od nas, ale w dużej mierze ustawiony przez otaczający nas świat. Peele podsuwa nam wskazówki, bawi się symbolami i zmusza do zaangażowania, jednocześnie zostawiając olbrzymią swobodę interpretacji. Odbieranie filmu dosłownie mija się z celem i zakończy konsternacją za każdym razem. Nie tęsknię za analizą poezji na języku polskim, ale z otwartymi ramionami witam filmy niedające mi spokoju, dopóki nie zrozumiem, co autor mógł mieć na myśli… szczególnie jeżeli są to horrory.

Szczegóły:

Tytuł: Us
Data premiery: 22.03.2019
Reżyseria: Jordan Peele
Scenariusz: Jordan Peele
Typ: horror
Obsada: Lupita Nyong’o, Winston Duke, Evan Alex, Shahadi Wright Joseph i inni

PRZEGLĄD RECENZJI
Nasza Ocena
9.0
KOREKTALilavati
Poprzedni artykułWszystko ma znaczenie. Recenzja Million Little Things Sezon 1
Następny artykułRecenzja serialu Carmen Sandiego
Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.

Dodaj komentarz

avatar