Mam jakąś słabość do tych wszystkich filmów wrzucanych masowo na Netfliksa. Lubię zrobić sobie czasem przerwę od kolejnego sezonu serialu i poszukać jakiegoś średniaka na piątkowy wieczór. W oczy rzucił mi się nowy film Dana Gilroya, którego ubóstwiam za nietuzinkowego Nightcrawlera. Velvet Buzzsaw, bo taki tytuł nosi rzeczone dzieło, po trailerach nie zapowiadał się na nic szczególnego, ale postanowiłem dać mu szansę. Oto, co z tego wynikło.

Zgodnie z tym, co możemy przeczytać na Netfliksie, mamy tu do czynienia z dramato-thrillerem. Fabuła nie jest specjalnie wyszukana, oto w pierwszych scenach poznajemy dziki świat sztuki nowoczesnej, gdzie układy, wielkie kwoty i recenzje niszczące życie to chleb powszedni. Następnie na scenę wchodzą jedne z ważniejszych postaci w tym filmie – obrazy zmarłego malarza Vetrila Dease’a, o którym nikt nie słyszał i każdy jest zafascynowany jego twórczością. Szybko pojawia się okazja na zysk dla znalazcy, a my jako widzowie wiemy już, że nie wszystko będzie tak kolorowe. Okazuje się, że wspomniane obrazy żyją, gdyż autor zostawił w nich cząstkę siebie (w tym własną krew), a także wspomnienia swojego traumatycznego życia. Każdy, kto ma z nimi kontakt, ginie w niewyjaśniony sposób.

Tu wychodzi na wierzch jedna z najgorszych rzeczy w filmie – sceny śmierci. Jest brutalnie, ale nudno i przewidywalnie. Większość to znane motywy z horrorów klasy B. Do tego wspomniane obrazy mają nieograniczoną moc: powodują wypadki, ożywiają inne obrazy, tworzą iluzoryczną rzeczywistość czy nawet urealniają tatuaże. Ostatecznie wychodzi z tego film, który nie do końca wie, co chce powiedzieć, ani tym bardziej, jaki chce być. Temat wartości sztuki i tego, jak oddziałuje na ludzi, na ich emocje i przeżycia ciekawie wysuwa się w pierwszej części filmu. Niestety to szybko znika i przez 2/3 filmu oglądamy, jak kolejne postacie giną. W odstępach między tym zarysowały się jeszcze dwa wątki, które miały okazje zabłysnąć, ale może reżyserowi zabrakło czasu albo pomysłów. Jeden dotyczy głównego bohatera i o nim wspomnę później, natomiast mamy też temat poszukiwania odpowiedzi na pytanie: kim jest tajemniczy autor? Liczyłem na jakiś ciekawy miks z wątkiem o sztuce i o tym, jak bardzo ta branża jest zepsuta przez pieniądze i alkohol. Nic bardziej mylnego. Dostajemy szybkie wyjaśnienie całego życiorysu i tajemnica okazuje się bezpretensjonalna i banalna. To trochę smutne, gdy wspomni się słowa samego Gilroya w rozmowie z AOL BUILD, gdzie stwierdza, że: „jeśli film tłumaczy za wiele, to tracimy na tym dużo, tracimy coś ważnego”.

Wspomniałem o bohaterach, bo jest ich dość sporo. Problem niestety jest taki, że to chodzące stereotypy wyprane z jakichkolwiek emocji. Przed szereg wyskakują: Morf (Jake Gyllenhaal), czyli recenzent bez skrupułów niszczący artystów swoimi opiniami i Rhodora (Rene Russo) będąca tutaj ostrą jak żyleta i wyrachowaną właścicielką galerii. Obie te postacie są najjaśniejszym punktem obsady, czuć między nimi chemię, którą zdążyli już wyrobić sobie przy okazji Nightcrawlera, i widać, że robią, co mogą, byśmy choć przez chwilę czuli przyjemność z oglądania. Między nimi kręci się jeszcze Josephina (Zawe Ashton), ale jest to postać nieprzekonująca i pozbawiona jakichkolwiek ludzkich zachowań. Na dodatek wokół tego całego bigosu wypchanego chciwością, dwulicowością, brakiem wrażliwości i seksualnością, orbituje jeszcze kilka innych postaci na czele z Coco (Natalia Dyer). Jest to postać tak zabawna w swojej bezużyteczności (donosi, jacy to wszyscy są źli, a potem znajduje ich martwe ciała), że nie sposób zaliczyć jej jako wady.

Chciałbym wrócić jeszcze do wątku jednej z postaci, Morf w drugiej połowie filmu wpada w niemałą paranoję wywołaną pracą nad książką o życiu Dease’a. Jest to o tyle ciekawe, że bohater doszukuje się w tym zagubienia emocjonalnego i oderwania od swojej duchowej strony. Jego inteligencja i wprawne recenzenckie oko zostają zaburzone po tym, jak niszczy życie eks swojej dziewczyny. Liczyłem tu na wątek pokuty, mrocznych obrazów, które postanawiają karać świat sztuki za zbrodnie przeciw dobremu smakowi i wrażliwości artystycznej. Niestety, ostatecznie postać Gyllenhaala chodzi i tłumaczy wszystkim, co się dzieje, ale nikt nie bierze go na poważnie. Szkoda, bo z postaci Morfa można było wyciągnąć naprawdę wiele.

Gilroy chciał stworzyć coś innego, połączyć konwencję thrillera z filmem o tajemniczym świecie sztuki. Wyszło mocno średnio, ostatecznie nie mówiąc nic konkretnego, skupiającego się na brutalności jakiejś nieznanej siły, zamiast świata, który zostaje nam pokazany. Mamy tu kilka ciekawych wątków, które zostają potraktowane powierzchownie, co ostatecznie powoduje, że nie jestem w stanie tego dzieła polecić, a film trafia do kolekcji typowych średniaków z Netfliksa. Nie chcę jednak zostawiać Was z pustymi rękami, jeśli szukacie dobrego filmu od Dana Gilroya to całym sercem polecam Nightcrawlera z 2014 r., natomiast w temacie świata sztuki zachęcam do zapoznania się z The Square w reżyserii Ruben Östlund z 2017 r.

Kącik muzyczny


 

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Velvet Buzzsaw
Data premiery: 27 stycznia 2019
Reżyser: Dan Gilroy
Studio Filmowe: Netflix
Typ: Thriller
Obsada: Jake Gyllenhaal, Toni Collette, John Malkovich, Rene Russo, Zawe Ashton, Natalia Dyer

Dodaj komentarz

avatar