Wonder Woman

Trudno oprzeć się wrażeniu, że filmy z DC Extended Universe są w plecy o kilka lat względem produkcji MCU, w efekcie czego zdają się kopiować rozwiązania zastosowane w Marvelowskich dziełach, wydają się wtórne, a przez to mało atrakcyjne. Bądźmy szczerzy, rozpoczynający serię superbohaterskich filmów z uniwersum DC Człowiek ze stali miał swoją premierę w 2013 roku, czyli w chwili, w której MCU zdążyło wysforować się na prowadzenie i zaserwować widzowi kilka swoich filmów, tworząc solidny zarys przedstawianego świata. Osobiście sądzę, że wytwórnia nieco zakrztusiła się Nolanowskimi Batmanami – realizacja tego projektu trwała od 2005 do 2012 roku, a zatem szmat czasu, podczas którego głupio było rozpoczynać kolejną serię. Niezależnie jednak od powodów, nie ulegało wątpliwości, że przepaść między tymi dwoma uniwersami była ogromna, a zaległości, jak sądziłam, niemal niemożliwe do nadrobienia. Myliłam się. Po serii średnich, jeśli nie beznadziejnych filmów, jakimi były: Człowiek ze stali, Batman v Superman: Świt sprawiedliwości i Legion samobójców, okazuje się, że DCEU potrafi zrobić film naprawdę dobry. Wonder Woman jest bowiem produkcją, którą z czystym sumieniem mogę polecić.

Wonder Woman po raz pierwszy pojawiła się w 1941 roku, jej twórcami byli: psycholog William Moulton Marston oraz rysownik Harry G. Peter. Nietrudno zauważyć, że główną inspiracją dla stworzenia tej superbohaterki była mitologia grecka z jej panteonem bogów, uważa się jednak, że Moulton szukał natchnienia również w postaciach jego obu żon – kobiet podobno silnych, niezależnych i wyzwolonych. Nie powinno to dziwić tym bardziej, że psycholog był przekonany o wyższości kobiet nad mężczyznami.

Wonder Woman

Nie ulega wątpliwości, że Wonder Woman jest najlepszym dotychczasowym filmem z uniwersum DC. Zdanie to nie wydaje się mieć wielkiej siły przebicia, gdy weźmie się pod uwagę konkurencję, powiem jednak więcej: jest to naprawdę przyzwoite kino superbohaterskie w ogólności. Jasne, nie jest to dzieło pozbawione wad, w końcu jednak udało się stworzyć film o zwartej i w miarę logicznej (wiecie, to wciąż jest opowieść o superbohaterach) fabule, a nie zlepek przypadkowych scen, na dodatek zmontowanych chaotycznie, z masą dokrętek, które do niczego nie pasują i burzą tylko całość produkcji, wprowadzając zbędne zamieszanie. Wonder Woman w końcu ma sens, co więcej – posiada wstęp, rozwinięcie i zakończenie, a wszystko to nie tylko zamknięte jest w ładne klamry stylistyczne, ale też bawi się kolorami poszczególnych scen, rozróżniając radosne czasy na wyspie Amazonek od chwil spędzonych na wojennym froncie, co świetnie pokazuje, że DCEU potrafi jednak stosować nasycone barwy.

Wonder Woman

Wonder Woman to historia o tym, jak Diana, córka Zeusa i królowej Amazonek Hippolity, staje się jedną z najpotężniejszych postaci w uniwersum DC. Całkowicie nieświadoma swojego półboskiego pochodzenia, wychowywana jest pod czujnym okiem nadopiekuńczej matki na odciętej od świata wyspie – Themyscirze. Początkowo rodzicielka nie pozwala na to, żeby mała Diana uczyła się walki, nic więc dziwnego, że uparte dziecko postanawia sprzeciwić się poleceniu i ćwiczyć – najpierw potajemnie, pod okiem ciotki Antiope, potem już wraz z innymi Amazonkami – po latach stając się jedną z najlepszych wojowniczek na wyspie. Sielskie życie w raju przerwane zostaje jednak przez pojawienie się Steve’a Trevora, którego samolot rozbija się u brzegu Themysciry, jego śladem podążają zaś niemieccy żołnierze, przynosząc na spokojną wyspę smak wojny brutalnej i bezkompromisowej. To właśnie Trevor opowiada Amazonkom o okrucieństwach trwającej wojny – latach potyczek, milionach zabitych i okaleczonych, o rozmiarze tego piekła, którego doświadczają ludzie na całym świecie. Nic dziwnego, że Diana – głęboko wierząca w to, że za każdą wojną stoi Ares, a zabicie go sprawi, że walki się skończą – wyrusza wraz z pilotem do Londynu, żeby odnaleźć i zgładzić boga wojny.

Wonder Woman

Fabuła filmu nie jest szczególnie zaskakująca – oto wojownicza Diana wyrusza na spotkanie ze swoim przeznaczeniem, chcąc zgładzić odwiecznego wroga ludzkości i uchronić jak najwięcej niewinnych istnień. Żeby to osiągnąć, należy powstrzymać niemieckiego generała przed użyciem nowej broni masowego rażenia – trującego gazu, przed którym nie chronią maski przeciwgazowe i który zabija z niesamowitą skutecznością. O ile wątek faktycznie może uchodzić za banalny i dość liniowy, o tyle to, co dzieje się w trakcie realizacji tego zadania, pozwala uwierzyć, że w końcu do wytwórni dotarło, że relacje między głównymi bohaterami są ważnym elementem fabuły. Powolne budowanie romansu Diany ze Steve’em i stopniowe wyprowadzanie Amazonki z nieświadomości co do tego, jak naprawdę wygląda świat, wyszły produkcji jedynie na plus. Widz w końcu ma możliwość przywiązania się do bohaterów, zrozumienia ich motywacji i podjętych decyzji. To nie są już bogaci ludzie czy przybysze z kosmosu, którzy przeżywają trudny do pojęcia przez zwykłego człowieka problem, w który mamy uwierzyć, bo scenarzyści tak nam mówią. Tutaj nie chodzi o wydumane kryzysy wydumanych bohaterów, a o to, jak należy postępować, żeby pozostać w zgodzie z własnymi wartościami i tym, co uważa się za słuszne.

Wonder Woman

Obsada dobrana została pierwszorzędnie. Jeśli kiedykolwiek kręciłam nosem na wybranie Gal Gadot do roli Wonder Woman, to niniejszym odszczekuję wszystkie swoje słowa. To wybór wręcz idealny, lepszego nie można było dokonać. Bez problemów potrafi wcielić się w silną i waleczną kobietę, żeby chwilę później przybrać skonsternowaną minę na wieść o tym, że taka mała rzecz jak zegarek dyktuje ludziom, jak mają żyć i co robić. Potrafi być zarówno czarująco niewinna, jak i uroczo nieporadna, a przede wszystkim – zawzięta i waleczna. Duża część filmu opiera się na jej niezrozumieniu prawideł rządzących światem poza jej rodzinną wyspą – okrucieństwo wojny, traktowanie kobiet czy dowódcy, którzy wysyłają swoich podwładnych na śmierć, a sami siedzą w wygodnych salonach i wydają rozkazy – to wszystko wywołuje w niej słuszny gniew, który jesteśmy w stanie zrozumieć. Świetnie partneruje jej Chris Pine, z łatwością wcielający się w rolę charyzmatycznego szpiega i urzekającego mężczyzny. Między tą dwójką czuć chemię, ich relacja nie jest sztuczna, a dialogi są niewymuszone – takie sceny jak rozmowa o idei małżeństwa czy wspólny taniec uwiarygodniają ich relacje.

Wonder Woman

Postacie drugo- i trzecioplanowe również zostają przedstawione przyzwoicie, bez zbytniego silenia się na oryginalność, która mogłaby po prostu nie wyjść. Każdy z trójki dobranej do straceńczego zadania ma swoje cele, motywacje i plany, nie są wydmuszkami, które tylko biegają za parą głównych bohaterów. Potrafią rozbawić, zmusić do chwili zastanowienia. Trudno wskazać kogoś, kto psułby całościowy obraz, nie pasował do swojej roli lub po prostu grał źle. Co zaś tyczy się humoru w filmie, to w dużej mierze opiera się on na tym, że Diana nigdy wcześniej nie miała styczności z mężczyznami i nie rozumie obcego jej świata. Nie są to jednak żarty czerstwe lub wymagające hektolitrów wody do popicia albo kilku godzin głębszej analizy, umożliwiającej ich zrozumienie i odpowiednią reakcję.

Wonder Woman

Wizualnie film jest bardzo dobrze zrealizowany – walki w końcu poprowadzone są tak, że wiadomo, kto się z kim okłada i kto od kogo oberwał, choreografia samych potyczek potrafi zrobić wrażenie, jak chociażby scena na plaży, gdy Amazonki walczą z Niemcami. Możecie być też pewni, że kiedy pojawia się motyw muzyczny Wonder Woman, to solidna rozwałka jest murowana, a scena będzie solidnym kopem. Jedyne większe zastrzeżenie to nadmiar slow motion – jeśli jakaś Amazonka zbiera się do strzału z łuku, to już wiecie, że obraz zwolni; jeśli zaczyna się jakaś naparzanka, to macie jak w banku, że kilka ciosów zostanie spowolnionych. W którymś momencie człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to nie jest forma wyrażenia tego, że Amazonki mają moce podobne do Flasha. Nie, nie mają – to po prostu nadmiar spowolnienia. Zdarza się nawet w dobrych filmach, da się z tym żyć. Świetne jest też zagranie barwami – śliczne, nasycone kolory na rajskiej Themyscirze i brudne, przydymione odcienie dla Londynu z początków XX wieku, frontu i trawionej przez działania wojenne Belgii.

Wonder Woman

Wonder Woman nie jest filmem idealnym, jest za to krokiem w dobrym kierunku – może nieco niepewnym, dość chybotliwym, ale dającym nadzieję, że będzie już tylko lepiej. Produkcja ma swoje wady, luki w logice i fabule – główny zły jest groteskowy i potraktowany po macoszemu, a finałowa walka sprowadza się do kilku truizmów o ludzkiej naturze, wygłoszonych przez dwie walczące ze sobą strony. To jednak nie są rzeczy, które w ostatecznym rozrachunku psułyby moje przekonanie, że Wonder Woman jest najlepszym filmem, jaki dotychczas spod swoich skrzydeł wypuściło DCEU. Dawał też więcej frajdy, niż zdarzyło mi się odczuwać przy niektórych produkcjach od MCU, a to już jest coś. No i świetnie sprawdzał się jako origin story bohaterki, zwłaszcza dla kogoś, kto nie jest znawcą jej losów. Angażował również emocjonalnie na tyle mocno, że przy kilku scenach uroniłam łezki wzruszenia, które później ścierałam ukradkowo, żeby nie wydał się, że płaczę na ekranizacji jakiegoś komiksu. Jakby to był pierwszy raz. Cóż, na pewno pierwszy przy filmach z tego uniwersum.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Wonder Woman
Produkcja: Atlas Entertainment, Cruel & Unusual Films, DC Entertainment, Dune Entertainment (współudział), Warner Bros.
Typ: Film
Gatunek: akcja, sci-fi
Data premiery: 02.06.2017
Reżyseria: Patty Jenkins
Scenariusz: Allan Heinberg
Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, David Thewlis, Connie Nielsen, Saïd Taghmaoui

Dodaj komentarz

avatar