Twórcy Yesterday postanowili trochę sobie podrwić ze schematów kina typu „Gwiazda muzyki, czyli tam i z powrotem”. Danny Boyle i Richard Curtis to jednak poczciwe chłopaki i z nikogo śmiać się długo nie mogli. W połowie filmu chwytają za rękę przewidywalną historię i wspólnie zmierzają ku finałowi opowieści… tak, żeby przypadkiem nikomu nie zrobiło się przykro od tych wszystkich żartów.

Jack Malik jest młodym i nieco nieporadnym facetem nadal mieszkającym z rodzicami. Nastoletnie fantazje o muzycznej sławie powinien wrzucić już do szafy i w końcu się ustatkować – a przynajmniej wypadałoby o tym pomyśleć. Mężczyzna każdą wolną chwilę poświęca jednak na realizowanie pasji. Gra po barach, klubach i festynach, czyli wszędzie tam, gdzie kawałek podłogi może pełnić funkcję sceny. Rzeczywistość jest jednak nieubłagana i daleka od hollywoodzkiego filmu. Prawie nikt nie zwraca na niego uwagi, przyjaciele wspierają z udawaną ekscytacją, a rodzice w ogóle nie biorą na poważnie. Nie pomaga mu również fakt, że los poskąpił mu charyzmy gwiazdy rocka. Jak to w filmach bywa, życie mężczyzny w końcu ulega zmianie. Nie chodzi jednak o to, że Bradley Cooper zaczyna go podrywać w nocnym klubie – to byłoby zdecydowanie za mało. Przypadek Jacka jest tak beznadziejny, że wszechświat musiał zadziałać w makroskali. Na kilkanaście sekund Ziemia zostaje pozbawiona prądu, a Jack na odchodne dostaje jeszcze jednego kopa od życia i wpada pod autobus. Tak naprawdę był to jednak uśmiech losu – i to tak szeroki, że Jack traci przy tym własne zęby. Dobra wiadomość jest taka, że cały świat zapomniał o Beatlesach… no może poza Jackiem.

Ten pokręcony i błyskotliwy pomysł wytrychem otwiera drzwi na backstage pełen wygłupów i żartów. Yesterday zamienia bowiem mdłą historię o karierze muzycznej w sympatyczną komedię ozdobioną brytyjskim poczuciem humoru. Komizm, jaki dostajemy w produkcji, jest różnorodny niczym dyskografia Czwórki z Liverpoolu, a dodatkowo podawany rozsądnie i w przyjemnych dawkach. Czasem ktoś rzuci suchym żartem na temat braków w uzębieniu, regularnie dostaniemy skecz z udziałem przeglądarki Google, innym razem Jack błyśnie swoją dobroduszną przeciętnością, a i klasyczne elementy muzycznego kina dostaną sympatycznego pstryczka w nos. Jakby tego było mało, to Ed Sheeran wywoła szczery uśmiech swoją aktorską nieporadnością. Pośmiać możemy się często i od serca, bo i nikomu nie przyszło do głowy, żeby zajeżdżać jeden zabawny pomysł niczym zbyt oddaną groupie. I bardzo dobrze, że było tak miło i przyjemnie pod tym względem. Ponieważ poczucie humoru to niestety jedne z nielicznych elementów, który w Yesterday wyszedł naprawdę dobrze.

Produkcja początkowo jawi się nam jako pomysłowy film, który chwyta historie o narodzinach muzycznej gwiazdy, a następnie uciera nosa i po przyjacielsku targa nienaganną fryzurę. Boyle bardzo subtelnie naśmiewa się z wielu schematów podobnych produkcji, poskramiając nawet bestię show-biznesu i zamykając ją w ciele komicznej i bezbłędnej Kate McKinnon. Czar jednak pryska, bo reżyser ostatecznie decyduje się zagrać ten sam świetnie znany ckliwy kawałek. Z historiami, które początkowo wyśmiewał, zbija piątkę i bawi się już wspólnie do samego końca. Pal licho, że od połowy film turla się na wielkiej kliszy, robi się znacznie gorzej, bo Boyle mimo ogromnego talentu, ballady o miłosnych uniesieniach nie potrafi zagrać i próżno w niej szukać czystych dźwięków.

Romans, który miał być główną rozczulającą siłą napędową filmu, posypał się już przy podziale na jednostkę wzdychającą i obiekt wzdychania. Zły start pogrąża sztuczna chemia między postaciami, a późniejsze zachowania to typowe klisze z romansideł, tyle że zupełnie niedobrane do wykonujących ich bohaterów. Miały one wprowadzić trochę negatywnych uczuć i ukuć nas w serduszko, ale tak z nimi przeholowano, że całkiem sympatyczna postać nagle straciła całą swoją autentyczność. I to słonko, które miało nas rozczulać, nagle zaczęło cholernie irytować. Czy hity Beatlesów mogą osuszyć łzy i ukoić zszargane nerwy? No niestety, zmartwienia w tym momencie nie staną się ani trochę odległe. Nic dziwnego, że wszechświat musiał wymazać całą kapelę z kart historii grubaśnym mazakiem, bo inaczej Jack szanse na wybicie miałbym naprawdę niewielkie. I chociaż Himesh Patel świetnie wciela się w rolę przeciętniaka z lekką łajzowatością, to utwory w jego wykonaniu brzmią dość przeciętne. Aranżacje pozbawione są magii i uroku oryginałów. Okazuje się, że to pióro i teksty silniejsze są w tym przypadku od wokalisty.

Yesterday tylko udaje pomysłową produkcję wyśmiewającą schematy. Pod płaszczykiem błyskotliwej i lekkiej komedii przemyca klasyczną romantyczną historię o muzyce, marzeniach, poszukiwaniu szczęścia i słuchania tego, co podpowiadają narządy wewnętrzne. Niestety, po utartych scenariuszowych schematach przejeżdża jak po wybojach. Wszystkim byłoby chyba lepiej, gdyby Yesterday zostało tą żartobliwą zabawą gwiżdżącą na gatunkowe standardy. No cóż… zachciało się jednak grać klasykę. Dobrze, że film broni się poczuciem humoru i błyskotliwymi żartami. Jak się przełknie resztę, to naprawdę można się dobrze bawić.

Szczegóły:

Tytuł: Yesterday
Data premiery: 12.07.2019
Reżyseria: Danny Boyle
Scenariusz: Richard Curtis
Typ: komedia
Obsada: Himesh Patel, Lily James, Kate McKinnon, Ed Sheeran, Joel Fry i inni

Dodaj komentarz

avatar