Czasem jedynym wyjściem jest opowieść – recenzja książki Grimm City. Bestie

Grimm City. Bestie

Z prozą Kuby Ćwieka znam się nie od dziś – Kłamca, Chłopcy, czy Ciemność płonie to książki, które dumnie prężą na półkach swoje, nieco już sfatygowane, grzbiety. Czasem do nich wracam, mam swoje ulubione fragmenty, które lubię sobie przypomnieć, a już z zasady robiłam powtórkę z lektury za każdym razem, gdy wychodził kolejny tom. W efekcie, pierwsze części czytam zwykle najczęściej, bo powtarzam serie od początku. Jestem zatem świeżo po przypomnieniu sobie pierwszego tomu, Grimm City. Wilk! – tak na wszelki wypadek, gdyby druga część wymagała doskonałej znajomości wątków i poszlak, które pojawiły się w poprzednim tomie, a zapomnienie drobnego szczegółu mogło spowodować brak pełnego zrozumienia całości.

Na szczęście Grimm City. Bestie śmiało możecie czytać jako pierwszą książkę z przedstawionego przez Ćwieka świata. Jasne, że niektóre postacie są wspólne dla wydarzeń z obu tomów, że są odniesienia do poprzedniego śledztwa, nie jest to jednak nic, co budziłoby w czytelniku uczucie, że nie wie co dokładnie dzieje się w trzymanej przez niego książce. Akcja wciąż ma miejsce w tym samym mieście – Grimm City – zbudowanym na ciele olbrzyma pokonanego przez pięciu braci, gdzie główną religią jest wiara w Bajarza, który dla każdego przewidział jakiś wątek. Nie znaczy to jednak, że świat nie zostanie zarysowany tak, by bez problemu zrozumiał go zarówno czytelnik mający styczność z poprzednim tomem, jak i ktoś, kto zaczyna od drugiej części.

W pierwszej części kolorem dominującym była szarość – szarość miasta, budynków, zadymionych pomieszczeń i bohaterów, których trudno było jednoznacznie podzielić na dobrych albo złych. Teraz jednak klimat ulega zmianie. Zarówno w przenośni, bo w Grimm City. Bestie o wiele łatwiej, przynajmniej pozornie, o dychotomiczny podział postaci oraz ich działań, jak i dosłownie – rozwiewają się chmury, widać nieco więcej słońca, a powietrze jest czystsze. Problem polega na tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny – fakt, że mieszkańcy nie oddychają wyziewami kopalń spowodowany jest tymczasowym zamknięciem tych zakładów. A, jak doskonale wiemy, nic tak nie wkurza górników jak przymusowa bezczynność i obcięcie wypłat – zaczynają się zatem protesty i strajki tej grupy zawodowej. Oczywiście, kataklizmy to tchórze i nie szwendają się pojedynczo, zatem mamy tutaj nagromadzenie kilku spraw – morderstwo jednego z czołowych mafiozów, burzące sojusz między przestępczymi rodzinami, oraz seryjnego mordercę, porywającego kobiety i porzucającego ich rozczłonkowane zwłoki w mieście. Wszystko to sprawia, że Grimm City zaczyna przypominać beczkę z prochem, na której wieku siedzi bawiące się zapałkami dziecko – wystarczy jeden fałszywy ruch i wszystko trafi szlag.

Zapobiec wybuchowi będą musieli nasi starzy znajomi – agent Szlachetnej Posługi McShane, inspektor Evans oraz dziennikarka Palla di Neve. Nie będą jednak sami, z odsieczą przyjdą im Emeth Braddock, były bokser i samozwańczy stróż dzielnicy po drugiej stronie mostu oraz jego córka – bystra nastolatka, próbująca odnaleźć się w świecie dorosłych, Rebekka. Znajdzie się jeszcze kilku przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, z których każdy będzie miał do odegrania niebagatelną rolę w przedstawieniu sądowym, którego świadkami będziemy. Jak to wszystko się skończy i kiedy wybuchnie? Nie zdradzę wam tego, tak samo jak nie zrobi tego autor – Grimm City. Bestie to powieść zamykająca otwarte w niej wątki, jednak wyraźnie dająca do zrozumienia, że to, co dzieje się na pierwszym planie jest jedynie przykrywką do tego, co szykuje się za kulisami tego dramatu. Mamy świadomość, że gdzieś poza zasięgiem wzroku zbierają się chmury jakiejś większej afery, która pozwoli spiąć wszystkie dotychczasowe wątki klamrą, nie wiemy jednak co dokładnie przyniesie nadchodząca nawałnica.

Ćwiek przyzwyczaił nas do tego, że w jego książkach jest pełno odniesień do popkultury – nie inaczej jest i tym razem. Znajdziemy tu nie tylko ogrom nawiązań do Baśni braci Grimm, ale i do wielu innych dzieł i wydarzeń, które utkwiły już w kulturze masowej – nie sposób nie wyczuć tu odesłań do historii Ala Capone, czy klimatów świata przestępczego z lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku. A nawet do pewnego delikatnego nawiązania do Dwunastu gniewnych ludzi, czyli filmu, który w subtelny sposób ukazuje nie tylko rozterki moralne, ale również słabość systemu mającego często decydować o ludzkim życiu i śmierci. Jako osoba urodzona na Śląsku nie mogę przejść obojętnie koło Grimm City, odnajdując w nim wiele cech właśnie tego konkretnego rejonu naszego kraju – żyjącego przecież do niedawna z kopalń i wydobywanych w nich surowców. Gdzie indziej, jak nie tutaj właśnie, powietrze było tak zanieczyszczone, że brudziło nie tylko fasady budynków, białe koszule mieszkańców i okna, które trzeba było myć regularnie, by cokolwiek przez nie widzieć? Oczywiście, że teraz jest o wiele lepiej niż kilkanaście lat temu, pewnych przekonań nie wykorzeni się jednak aż tak łatwo.

Kim jednak są tytułowe bestie? W końcu nie chodzi jedynie o byłego boksera, Emetha Braddocka, którego tak właśnie wołali w najlepszych latach jego kariery. Bestią jest również uprowadzający dziewczyny Drwal, który porzuca ich zmasakrowane ciała na ternie całego miasta. Zdawać by się mogło, że są to jedynie jednostki skrzywione – brutalne, pozbawione hamulców i oporów, zdolne do największego bestialstwa, w pewien sposób zwierzęce – co jednak, jeśli bestia czai się w każdym z nas, gotowa wyjrzeć na światło dzienne w najmniej oczekiwanym momencie? Może mieć ją w sobie ubrany w skrojony na miarę garnitur sędzia, cwany prawnik, bezkompromisowy śledczy, a może i zwykły człowiek, który właśnie kupuje bułki w piekarni na rogu? Nie sposób przewidzieć kiedy to tkwiące w nas monstrum obudzi się, zmuszone do obrony nas samych, naszych bliskich czy po prostu naszego terytorium. Książki Kuby ukazują różne oblicza człowieczeństwa, a seria Grimm City nie jest po tym względem wyjątkiem.

Ćwiek wydaje się świetnie bawić, tworząc książki z pogranicza gatunków – w tym wypadku mamy zgrabne przemieszanie fantastyki z kryminałem noir. Z jednej strony świat wykreowany od samego początku, z jego religią, systemem prawnym, założeniami kulturowymi i społecznymi, miastem stworzonym od podstaw, z drugiej zaś strony okazuje się, że nie czytamy o walkach ze smokami i lśniących zbrojach cnych rycerzy, a o tych zdarzeniach, które mogłyby się zdarzyć w naszym, tak realnym przecież, świecie – morderstwach, śledztwach czy dochodzeniach. Takie przeplatanie się gatunków daje ogrom możliwości, z których korzysta autor, dzięki temu z czystym sercem mogę polecić książkę zarówno fanom fantastyki, jak i miłośnikom kryminałów – żadna z tych grup absolutnie się nie zawiedzie. Pamiętajcie jednak, że jest to świat, w którym wierzy się w Święty Wątek, a religijnymi przypowieściami są baśnie – w baśniach zaś nie zawsze da się rozdzielić dobro od zła, za to bez problemu wskażemy głupców i naiwniaków. Grimm City to miejsce, które bez mrugnięcia okiem wyłapuje takie jednostki, a… ich wątek potrafi skończyć się szybko i dość brutalnie.

Dziękujemy Wydawnictwu SQN za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Szczegóły:

Tytuł: Grimm City. Bestie
Wydawnictwo: SQN
Autor: Jakub Ćwiek
Typ: Powieść
Gatunek: fantastyka, kryminał
Data premiery: 10.05.2017
Liczba stron: 360
ISBN: 978-83-7924-806-3

Martyna „Idris” Halbiniak

Martyna „Idris” Halbiniak

Nie lubię pisać o sobie. Naprawdę. Zdecydowanie lepszym tematem są książki i filmy, więc właśnie tym na blogu zajmuję się najchętniej. Prywatnie zaś jestem studentką prawa i psychokryminalistyki z solidną zajawką na kryminały (hej, umysł psychopaty jest fascynujący!), fantastykę, konwenty i całą masę rzeczy, które niekoniecznie wpisują się w schemat. Lubię podejmować wyzwania – w tym roku zatem staram się znaleźć chwilę na jeden film dziennie i książkę tygodniowo – w końcu, tak naprawdę, doba jest z gumy, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu.