1

Recenzja napisana na podstawie wersji pecetowej.

Złośliwi mawiają, że na świecie pewne są tylko trzy rzeczy: śmierć, podatki i nowa odsłona Assassin’s Creed co roku. Interesująca, chociaż na dłuższą metę nudna gra, jaką była część pierwsza, doczekała się znakomitej kontynuacji, co w zupełności wystarczyło, żeby ruszyła lawina jednego z największych growo-marketingowych fenomenów początku XXI wieku. Powoli zaczynam się już gubić w tych wszystkich produktach powiązanych z marką o wojnie asasynów i templariuszy, ale jeżeli się nie mylę, będący przedmiotem niniejszej recenzji Syndicate jest już ósmą pełnoprawną odsłoną serii.

2

Inni złośliwi twierdzą, że rzeczą, która się nie zmienia, nie jest wcale wojna, a gameplay w grach z serii Assassin’s Creed. Z tym akurat nie mogę się do końca zgodzić – każda kolejna część wprowadza jakieś zmiany mające urozmaicić nieco skostniałe podstawy zabawy, ale z reguły są one niezbyt znaczące. Tworząc Syndicate Ubisoft co prawda nie próbował wynaleźć koła na nowo, ale starał się wprowadzić większą zmianę w postaci dwóch grywalnych postaci – bliźniąt Jacoba i Evie Frye’ów – pomiędzy którymi można przełączać się w niemalże dowolnym momencie. Wyjątkiem są misje fabularne oraz niektóre poboczne – każde z rodzeństwa ma swoją własną linię fabularną, ale obie zazębiają się ze sobą. Ponieważ Jacob preferuje rozwiązania siłowe, powiązane z nim misje polegają głównie na walce, z kolei Evie wykonuje zadania wymagające typowo asasyńskiej dyskrecji. Każde z bliźniąt ma osobne drzewko rozwoju, dzięki czemu obie postaci można rozwinąć zupełnie inaczej. Dodatkowo posiadają one po trzy umiejętności dostępne tylko dla nich – grając Evie można odblokować przeznaczone dla niej ulepszenia związane ze skradaniem się, a wybierając Jacoba zainwestować w profity zwiększające wytrzymałość czy posługiwanie się pistoletem.

2

Obecność dwóch grywalnych postaci wprowadziła również pozornie istotną zmianę możliwości wykonywania sekwencji i zadań nie po kolei, jednak opcja ta jest dość ograniczona i nie pozwala na całkowitą dowolność. Niby rozwiązanie interesujące, ale prawdę powiedziawszy bardziej pasowałaby mi możliwość przechodzenia całej gry jedną postacią – jako mężczyzna wolę jednak grać przedstawicielem swojej płci, dlatego momenty, w których wymuszano na mnie konieczność grania Evie, trochę wybijały z rytmu. Co prawda Evie bardziej pasuje do korzeni cyklu, czyli postaci mających być skrytobójcami, jednak mnie bardziej odpowiadają działania bezpośrednie, a dodatkowo Jacob – jako szelma i gagatek – pasował mi znacznie bardziej niż jego spokojna i racjonalnie myśląca siostra.

2

W Syndicate powraca nieobecna w Unity i Black Flag możliwość zarządzania grupą – w tym przypadku nie bractwem asasynów, a ulicznym gangiem, któremu poświęcone jest osobne menu ulepszeń. Niestety gang to jeden z największych wrzodów na tyłku w tej odsłonie Assassin’s Creed. Londyn podzielony został na kilka dzielnic, te zaś na mniejsze obszary rządzone przez templariuszy z gangu Nędzników. Dzielnice należy wyzwalać, co może byłoby dobrym urozmaiceniem zabawy, gdyby nie to, że obszarów jest kilkadziesiąt, a ich wyzwalanie polega na powtarzaniu w kółko kilku tych samych zadań pobocznych, z tymi samymi celami opcjonalnymi, a w dużych dzielnicach to samo trzeba zrobić nawet kilkakrotnie. Po zlikwidowaniu wszystkich pomniejszych templariuszy należy wykonać jeszcze coś, co szumnie nazwano wojną gangów, a co polega na zlikwidowaniu na niewielkiej arenie kilku Nędzników. Wydarzenie to zaliczyć należy nawet jeżeli wcześniej zlikwidowaliśmy przywódcę gangu na danym terenie – nie rozumiem po co twórcy dali taką możliwość, skoro w żaden sposób nie wpływa ona na rozwój wypadków.

2

To samo tyczy się zresztą wszystkich innych aktywności pobocznych – robienie tego samego po kilkadziesiąt razy najzwyczajniej w świecie nudzi i denerwuje. Dodać do tego należy również fakt, że czasami gra oszukuje. Przykładowo, po wykupieniu ulepszenia sprawiającego, że przeciwnicy boją się mojej postaci i jej nie atakują, przedstawiciele wrogiego gangu mimo wszystko i tak robią to, jeżeli przewożę w dorożce nieprzytomnego sojusznika templariuszy – skąd, u licha, przypadkowo spotkani na ulicy Nędznicy mogą wiedzieć, kto jest w dorożce, skoro zlikwidowałem wszystkich świadków zdarzenia?

2

Nowe środowisko, czyli wiktoriański Londyn, potencjalnie dawało szanse na zróżnicowanie zabawy, ale i ono nie zostało wykorzystane należycie. Co prawda pojawia się możliwość powożenia dorożek, co wiąże się z wyścigami lub pościgami, ale nie dają one absolutnie żadnej radochy, ponieważ – tak jak wszystko inne – każdorazowo wygląda identycznie i polega dokładnie na tym samym. Duże miasto to możliwość poukrywania w nim kompletnie niepotrzebnych znajdziek, których w grze jest zatrzęsienie. Jedyną w miarę sensowną nowością w Syndicate jest linka z hakiem, która pozwala na swobodniejsze i szybsze przemieszczanie się po mieście, ale zaczepiać można ją tylko w niektórych, przewidzianych przez twórców miejscach. Na plus zaliczyć mogę jednak walkę, która jest w Syndicate znacznie bardziej dynamiczna i przyjemna, nawet jeśli niektóre finiszery czasem wybijają z rytmu. Osadzenie akcji w dziewiętnastowiecznym Londynie sprawiło również, że w celu oddania realizmu usunięto z gry szeroki wachlarz broni – dziwnie wyglądałaby postać biegająca w takich czasach z mieczem, szpadą, rapierem, halabardą, toporem, siekierą czy większością broni, jakie dostępne były w poprzednich częściach. W Syndicate zastąpione one zostały trzema mniej rzucającymi się w oczy i pasującymi do realiów – kastetami, kukri i chowanymi w laskach nadziakami. Uzupełniają je pistolety i strzałki rozwścieczające. Każdą broń da się jednak ulepszać, podobnie zresztą jak inne elementy wyposażenia – pasy, stroje i asasyńskie rękawice. W przypadku strojów pasowałaby możliwość usunięcia z nich idiotycznego cylindra – praktycznie przez całą grę chodziłem odziany w strój Edwarda z Black Flag, ponieważ jako jedyny przeznaczony dla mężczyzny nie zawierał nakrycia głowy.

2

O fabule powiedzieć można tyle, że jest. Po raz kolejny Ubisoft zdecydował się na wprowadzenie zupełnie niepotrzebnego wątku współczesnego, który jedynie przeszkadza, a dodatkowo jest tak samo bezpłciowy jak we wszystkich innych odsłonach, nawet tych z Desmondem. Najważniejszy element fabularny, czyli wydarzenia z przeszłości, niestety również jest lichy – niezmiernie żałuję czasów Ezia, kiedy wydarzenia układały się w trylogię rozgrywaną na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a bohaterowi towarzyszyliśmy od momentu narodzin do śmierci. Powrót do tego rozwiązania dobrze zrobiłby serii, pozwalając na dłużej utożsamić się z jakimś bohaterem.

2

Ubisoft wyciągnął lekcje po wpadce, jakim było ubiegłoroczne Unity, i bardziej postarał się przy kwestiach technicznych. Syndicate na szczęście pozbawione jest irytujących błędów poprzedniczki, które w skrajnych przypadkach uniemożliwiały kontynuowanie zabawy. Chociaż oprawa wizualna nie różni się od tej z poprzedniej części, to mimo wszystko program został zoptymalizowany gorzej – przy Unity, z setkami ludzi na ulicach, grając na ustawieniach ultra rzadko kiedy zdarzały mi się spadki poniżej pięćdziesięciu pięciu klatek na sekundę, z kolei Syndicate, chociaż Londyn jest prawie wyludniony, rzadko kiedy wyciąga sześćdziesiąt, a często zdarzają się spadki poniżej trzydziestu, i to nawet mimo tego, że pozostaje jeszcze zapas wolnej pamięci. Bardzo często kuleją także animacje – o ile poruszanie się czy walka zostały zrealizowane bezbłędnie, to już animacje postaci niezależnych czy podczas prowadzenia dorożki wyglądają tandetnie.

2

Na plus trzeba jednak zaliczyć oprawę techniczną pod względem wizualnym – dziewiętnastowieczny Londyn w wykonaniu Ubisoftu jest równie klimatyczny, co Paryż okresu wielkiej rewolucji francuskiej, a do tego tak samo zróżnicowany: od obskurnych zaułków, poprzez tereny fabryczne, po dzielnice przepychu. Efekty psują niestety projekty postaci, mamy bowiem do czynienia z armią klonów – po ulicach krąży kilka tych samych modeli postaci, podobnie zresztą ma się sprawa z członkami gangów, którzy są identyczni, bez względu na to, czy „swoi”, czy wrodzi. Szkoda również, że w grze przedstawiono zaledwie skrawek Londynu, z kilkoma charakterystycznymi punktami, takimi jak wieża zegarowa z Big Benem, pałach Buckingham, parlament, Tower of London czy Tower Bridge, ale nie odwiedzimy już chociażby Baker Street. Udany jest jednak dubbing – głosy zostały świetnie dobrane, a aktorzy bez zarzutów zagrali powierzone im partie tekstu. Na największe pochwały zasługuje moim zdaniem Paul Amos podkładający głos pod Jacoba – wypada znacznie bardziej naturalnie niż udzielająca głosu Evie Victoria Atkin i znakomicie zlewa się z postacią i jej charakterem.

2

Ogromny minus należy się twórcom za mikroskopijną czcioneczkę, którą zastosowali do dialogów. Ubisoft najpewniej nie bierze pod uwagę tego, że w niektórych krajach – jak chociażby w Polsce – ich gier się nie dubbinguje, bo lokalni dusigrosze, na podstawie ankiet przeprowadzanych zapewne w swoim własnym gronie, stwierdzają, że gracze wolą napisy. Taka czcioneczka to koszmar nie tylko dla osób, które słabiej radzą sobie z językiem angielskim, wobec czego nie mogąc polegać na słuchaniu oryginalnych dialogów, ale również dla graczy głuchych lub niedosłyszących, dla których napisy to jedyna możliwość poznania fabuły. Swoje trzy grosze dorzuca również studio Gamekeeper, po raz kolejny odpowiedzialne za polską wersję, i po raz kolejny serwujące tłumaczenie pełne przenajróżniejszych błędów. Co zaskakujące, co roku błędy są dokładnie te same – od błędnego zapisu słów „asasyni” i „templariusze” z wielkich liter, poprzez nieodmienianie imion i nazwisk (lub błędne ich odmienianie), na błędach ortograficznych (chociażby pojawiająca się bardzo często informacja, że dzielnicy „niezdobyto”), interpunkcyjnych i stylistycznych kończąc. Dodać należy do tego jeszcze takie kwiatki jak chociażby zrobienie z City of London (nazwa własna dzielnicy) „londyńskiego City”, a z gangu Jacoba, w oryginale nazywanego Rooks (co można przetłumaczyć na „gawrony” albo „szulerzy”), Skokierów.

2

W Assassin’s Creed: Syndicate grało się całkiem nieźle, ale niestety to już nie te czasy, kiedy przy grze z tej serii mogłem spędzić długie godziny – gra jest strawna tylko w małych dawkach, ponieważ wykonywanie co i rusz dokładnie tych samych czynności najzwyczajniej w świecie nudzi. Co więcej, za cenę pełnej gry dostajemy produkcję z mikropłatnościami, która bardziej sprawdziłaby się jako rozszerzenie do Unity, aniżeli nowy tytuł. Syndicate to bardzo wyraźny sygnał, że Ubisoft powinien wziąć przykład z Electronic Arts, które postanowiło przestać zarzynać Medal of Honor cyklem rocznym, przez co jakość serii leciała na łeb, na szyję, dając twórcom czas na stworzenie czegoś nowego. Assassin’s Creed w chwili obecnej też potrzebuje takiej chwili oddechu, bo niestety z roku na rok seria radzi sobie coraz gorzej – zmiany wprowadzone w Syndicate są zbyt małe, zbyt nieprzemyślane lub zbyt słabo wykonane, żeby gra sprawiała wrażenie czegoś więcej niż tylko rozszerzenia do Unity.

Ocena: 5/10

Plusy
+ oprawa audiowizualna
+ Jacob
+ projekt, klimat i zróżnicowanie wiktoriańskiego Londynu
+ kilka usprawnień w mechanice, jak np. linka z hakiem czy dynamiczniejsza walka

Minusy
– wykonywanie tych samych misji po 50 razy
– brak naprawdę znaczących nowości
– „wojny gangów”
– wojny klonów
– fabuła
– niepotrzebny wątek współczesny
– mikroskopijna czcioneczka do napisów dialogowych
– spadki płynności
– mikropłatności
– polska wersja

Autor: Pottero

Dodaj komentarz

avatar