four last things

Są takie dni, gdy nudzą się wielkie i szumne tytuły, a złakniony alternatywy gracz zapuszcza się na tereny indyków, aby upolować coś niespotykanego, oryginalnego i może nieco zwariowanego. Tak oto dociera na bagna nieznanych treści, by, błądząc za psotnym świetlikiem, trafić na prawdziwe skarby lub też niezłe szambo. Moja wyprawa na te zdradzieckie tereny okazała się szczęśliwa. Pragnęłam czegoś plastycznego, dowcipnego i z jajem. Dostałam to wszystko, plus porządną dawkę historii i wiedzy obleczone w szatę z surrealizmu i absurdu, doprawione sporą dozą pythonowskiego humoru. Zagrawszy w ów twór doszłam do wniosku, że ten, kto powiedział, że historia i sztuka są nudne, z pewnością nie grał w Four Last Things.

Na sam początek warto wspomnieć o treści. Wszystko zaczęło się od wielkiego sporu o głupie jabłko. Ewa nie mogła się oprzeć pokusie, a Adam podążył za nią jak królik za marchewką. Bóg się wkurzył (delikatnie mówiąc) i wygnał parę buntowników z raju na Ziemię. Adam i Ewa dorobili się potomstwa, ich potomstwo swojego potomstwa, i tak to się jakoś dalej kleciło. Wiele stuleci później pewien wędrowiec budzi się z koszmaru o pierworodnym grzechu i zlany zimnym potem gna na złamanie karku do wielkiej kaplicy, coby się wyspowiadać. Niestety, jest kolejka, a że szanowny przybył z dość daleka, dowiaduje się, że popełnione przez niego dotychczas grzechy nie liczą się na terenie tego opactwa. Jeżeli chce dostać się do Wielebnego na odpuszczenie zła, którego się dopuścił, będzie musiał nagrzeszyć na nowo. Ot, nie ma innej rady, bo taka polityka i zasady Kościoła. Czekać nas będzie nie lada zadanie – popełnić siedem grzechów głównych jednego dnia. Czas ucieka, a wieczność czeka…

four last things1

Jeżeli powyższy wstęp budzi wasz niesmak i rani uczucia religijne, z pewnością nie jest to gra dla was. Four Last Things drwi sobie z renesansowych zwyczajów i procedur w ówczesnym Kościele Katolickim, o czym świadczy chociażby charakter naszej wielkiej misji, jak i późniejsze jej rozstrzygnięcie. Jeśli jednak znajdziecie w sobie odrobinę dystansu i spojrzycie na ten twór pod innym kątem, zauważycie, że jest on prawdziwą skarbnicą wiedzy z dziedziny sztuki, a i pokusiłabym się o stwierdzenie, że to wielka, interaktywna, ruszająca się galeria sztuki. Zarówno postaci, jak i lokacje są żywcem wycięte z dobrze znanych nam obrazów, jak choćby Piekło Muzyczne Boscha, piękne krajobrazy Lucasa Van Valckenborcha i wiele, naprawdę wiele innych. Wszystko to doprawione muzyką klasyczną, epickim, wspaniale złośliwym humorem i, oczywiście, dziką frajdą podczas dnia pełnego grzechu.

Przechodząc zaś do technikalii, Four Last Things jest grą stworzoną i wydaną przez Joe Richardsona, a dostępną jedynie w języku angielskim na Steamie. Należy do gatunku typowych point&click adventure i w swej mechanice jest wręcz nieprzyzwoicie prosta. Sama rozgrywka i zagadki również nie zaliczają się do nie wiadomo jak złożonych. Ot, historia, by przysiąść po gorzkim, upierdliwym dniu i zrelaksować się przy sporej dawce pythonowskiej satyry o przyjemnej dla oka oprawie. Wedle zamysłu twórcy, także sama grafika i uniwersum miały być prawie jak w teatrzyku kukiełkowym. Jak wspomina Joe, jego wizja Four Last Things zakładała, że gra miała przypominać „Monkey Island stworzoną w szesnastowiecznym regionie flamandzkim przez podróżującego w czasie fanboja Monty Pythona”. Nie spodziewajmy się więc dzikich efektów specjalnych czy genialnych zwrotów akcji. Ale w grze możemy za to stworzyć swój pomnik, zjeść dużo placków i uderzyć w struny przy Can She Excuse My Wrongs Johna Downlandsa wraz z podejrzanie wyglądającym lutnistą… No i oczywiście srogo nagrzeszyć. To chyba wystarczy, by świetnie się bawić, czyż nie? A już zwłaszcza za tak bezbożnie niską cenę…

four last things2

Podsumowując, siedząc przy Four Last Things grzechem byłoby się nudzić. Historia, choć krótka, daje sporo frajdy, bawi, a i przy okazji powala bogactwem renesansowej sztuki i muzyki. To zupełnie tak, jakby ktoś wcisnął nam w ręce machinę czasu i wepchnął nas w portal ze złośliwym rechotem. Opłata za tę podróż pełną uciech jest niewielka. Nie tak rzadko można ją dopaść w sklepie Steam za mniej niż dziesięć złotych! Nie ulega jednak wątpliwości, że nie każdy okaże się tak pozytywnie nastawiony do tej produkcji – polecam ją raczej osobom o sporej dozie dystansu do wiary. W przeciwnym razie zgrzyty i niesmak są nieuniknione. Niemniej ostrzeżeni przeze mnie zawczasu, nie lękajcie się wejść w tę Dolinę Ciemności, ta podróż warta jest utraty kilku cennych godzin z zabieganego życia…

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Four Last Things
Wydawnictwo: Joe Richardson
Autorzy: Joe Richardson
Typ: Indie adventure game
Data premiery: 23 lutego 2017
Język: Angielski

PRZEGLĄD RECENZJI
NASZA OCENA
9.5
KOREKTADeneve
Poprzedni artykułŚmierć Gatunku #1 – full-motion video games (FMV)
Następny artykułTOP 4 najbardziej kultowych nieistniejących statków kosmicznych
Julia „Angi” Świerczyńska
Z wykształcenia filolog, z fachu SEM, a prywatnie pingwin z chrapką na władzę nad światem. Chciałam zostać tłumaczem, ale po drodze urodziło się milion innych pomysłów i wyszło jak wyszło. Spektrum moich zainteresowań zdaje się nie mieć końca. Uwielbiam pisać opowiadania i poezję, czytać, grać w gry komputerowe. Fascynuje mnie mitologia, szeroko rozumiana metafizyka, sny i inne zjawiska niewytłumaczalne. Muzyki słucham dobrej; moja ścieżka dźwiękowa jest bardzo zróżnicowana i często skaczę z jednej melodycznej skrajności w drugą. Podobnie w życiu. Jestem albo paskudną, złośliwą bestią, albo uchylę nieba, lecz to zależy od humoru, temperatury, ciśnienia, nagromadzenia poszczególnych zjawisk atmosferycznych i meteorologicznych. W skrócie, nigdy nie wiesz, czy dostaniesz kwiatka, czy może kwiatkiem.

Dodaj komentarz

avatar