Bazyliszek

Przyznam, że znajomość polskich legend nie jest moją mocną stroną. W szkole największy nacisk kładziono na obce mitologie, nieprzesadnie poruszając rodzime opowieści, a we mnie nigdy nie zrodziła się chęć nadrobienia tych braków i zagłębiania się w temat. Z odsieczą przyszło jednak wydawnictwo Granna, wypuszczając na rynek gry z cyklu Legendy polskie. Na chwilę obecną ukazały się dwie gry należące do tej serii: Bazyliszek oraz Pan Twardowski, nawiązujące do znanych historii. Jakie wrażenie wywarł na mnie pierwszy z tych tytułów?

Na pierwszy rzut oka Bazyliszek sprawia pozytywne wrażenie – pudełko jest solidne, a ilustracja Grzegorza Molasa przykuwa wzrok i wywołuje uśmiech. Na opakowaniu znajdziemy też większość potrzebnych informacji – dowiemy się z niego, że gra przeznaczona jest dla minimum dwóch osób, maksymalnie przewiduje zaś pięciu uczestników, których rekomendowany wiek to powyżej sześciu lat, zaś jedna partia zabierze nam około pół godziny. Po uniesieniu wieczka możemy się przekonać, co dokładnie zawiera pudełko: planszę z torem punktów, dziewięćdziesiąt kart komnat, instrukcję, pięć żetonów o wartości czterdziestu punktów, tyle samo pionków postaci oraz dziesięć żetonów tarcz. Wszystko wykonane z przyzwoitej jakości materiałów, które pozwolą cieszyć się grą przez wiele rozgrywek.

Nie ukrywam jednak, że pewnym mankamentem jest dla mnie wnętrze opakowania: okazało się bowiem, że nie zostało zaprojektowane tak, żeby elementy gry miały swoje miejsce w wyprasce, wręcz przeciwnie – wszystko luźno grzechocze po wolnej przestrzeni pudełka, rozsypując się i przemieszczając zgodnie z prawami fizyki. Karty komnat mieszają się z żetonami albo wciskają między strony instrukcji, sprawiając, że po uniesieniu wieczka naszym oczom ukazuje się bałagan i rozgardiasz. Oczywiście można temu zaradzić za pomocą gumki recepturki i kilku woreczków strunowych, to jednak nie niweluje problemu grzechoczącej zawartości.

Bazyliszek

Dużym plusem okazał się za to fakt, że instrukcja gry nie jest opasłą księgą, której studiowanie i przyswojenie zajmie pół wieczoru. W liczącej sobie dwanaście stron broszurce znajdziemy nie tylko listę zawartości pudełka oraz wytyczne jak grać w Bazyliszka, ale też krótką legendę o tym, jak wspomniany potwór, urzędujący w piwnicach przy warszawskim Krzywym Kole, został przechytrzony i pokonany. Historia zabicia maszkary starszym graczom nie jest do szczęścia potrzebna, jednak dla młodszych uczestników rozgrywki może stanowić urocze urozmaicenie, wprowadzające do zabawy tło fabularne oraz rozbudzające zainteresowanie polskimi legendami.

Przygotowanie do gry – rozłożenie planszy z torem punktów, ustawienie pionków oraz przetasowanie kart komnat i podzielenie ich na dwa stosy – nie wymaga ani wiele czasu, ani uwagi. Elementy Bazyliszka rozłożone do rozgrywki, mogą jednak wymagać nieco miejsca, ponieważ karty powinny zostać rozłożone na stole, grafikami do spodu. Można jednak oszczędzić nieco przestrzeni i zamiast pieczołowicie układać plakietki obok siebie, po prostu je rozsunąć. Dzięki temu pojawia się możliwość sięgnięcia po grę również wtedy, gdy nie mamy do dyspozycji obszernego blatu.

Celem rozgrywki jest uzyskanie większej liczby punktów niż przeciwnicy. Jak to osiągnąć? Mamy na to dokładnie dwie tury. Do pierwszej potrzebujemy mniej więcej połowy wszystkich kart – gracze odkrywają je jednocześnie i decydują, czy chcą odsłoniętą komnatę odwiedzić (czyli zachować plakietkę), czy pomieszczenie ominąć (wtedy zostawiają ją odkrytą na stole), można też wziąć kartę odsłoniętą przez innego gracza, jeśli ten nie zdecydował się na zabranie jej. Brzmi banalnie? Otóż jest pewien haczyk. Nie wolno dwukrotnie pojawić się w tym samym pokoju, co oznacza tyle, że w stosie odwiedzonych sal karty nie mają prawa się powtórzyć. Musimy więc pamiętać jakie komnaty zwiedziliśmy, zabronione jest bowiem zaglądanie w uzbieraną stertę plakietek.

Bazyliszek

Pierwsza runda kończy się w chwili, gdy wszystkie pomieszczenia zostały zbadane, a na stole nie ma więcej kart do odkrycia. Następuje faza liczenia punktów. Jeśli gracz posiada plakietki z takimi samymi grafikami (przedstawiające te same elementy w tym samym położeniu), oznacza to, że padł ofiarą bazyliszka, a jego pionek nie przesunie się na planszy wyników. W talii znajdują się też kartoniki z tymi samymi detalami, będące lustrzanym odbiciem innych kart – za skompletowanie takiego zestawu gracz otrzymuje aż pięć punktów. Za każdą z pozostałych niepowtarzających się komnat jego pionek wędruje o jedno pole do przodu.

Do drugiej rundy wykorzystamy nie tylko drugą połowę kart, ale też wszystkie odkryte plakietki ze stołu oraz te, które musiał odrzucić gracz zabity przez bazyliszka. Zasady polegają dokładnie na tym samym, co w pierwszej fazie rozgrywki – zajrzeniu do jak największej liczby komnat, zebraniu ich lustrzanych odbić i unikaniu dwóch identycznych plakietek. Tylko z pozoru brzmi to prosto, łatwo i przyjemnie. Grafiki Grzegorza Molasa są bowiem niezwykle podobne, a występujące na nich elementy pojawiają się w różnych konfiguracjach (tu świecznik i kajdany, tam kajdany i skrzynia, gdzie indziej zaś skrzynia i szczur). Szybko okazuje się zatem, że pamięć płata nam figle i nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie, jaką kartę już wzięliśmy ze stołu, a jakiej jeszcze nie.

Bazyliszek posiada też wariant uproszczony, pozwalający na ułatwienie gry młodszym uczestnikom zabawy. Polega on na wprowadzeniu do rozgrywki żetonów-tarcz (maksymalnie dwóch na gracza), z których każdy umożliwia odrzucenie powtarzającej się karty i uniknięcie tym samym spojrzenia potwora. Za pomocą tarcz można też wyrównać szanse uczestników – wystarczy, że starszym rozda się ich mniej. Sposób liczenia punktów nie ulega zmianie.

Bazyliszek

Nowa pozycja Granny niewątpliwie pozwala ćwiczyć pamięć, rozwijać spostrzegawczość i spędzić czas w przyjemny sposób. Całkiem dobrze sprawdza się przy dwuosobowej rozgrywce, jednak im więcej graczy, tym lepsza jest zabawa. Pewien jej minus można zauważyć, gdy gracze zdecydują się na zachowawczą taktykę. W efekcie szybko może się okazać, że cała gra sprowadza się do zebrania tylu plakietek, na ile pozwoliła nam pamięć i bezcelowym odrywaniu i odrzucaniu tych, których nie jesteśmy pewni. Widoczne jest to zwykle przy rozgrywce w duecie, zwłaszcza jeśli w poprzedniej turze każdy z uczestników musiał odrzucić karty, bo w jego stosie znalazły się podwójne (wtedy w kolejnym etapie wykorzystuje się całą talię!)

Bazyliszek posiada też jedną zasadę, która została w instrukcji wspomniana, z jej niestosowania nie wyciąga się jednak żadnych konsekwencji: chodzi o to, że plakietki powinno odkrywać się jedną ręką (zakładam, że fabularne uzasadnienie wygląda tak, że w drugiej trzymamy tarczę, niczym bohater legendy). Co jednak, jeśli gracz nie zastosuje się do tej wytycznej? Jaka okropna kara go czeka? W instrukcji nie znajdziecie na to żadnej odpowiedzi. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żebyście sami zdecydowali o tym, czy konsekwencją będzie utrata punktów, czy może zaśpiewanie piosenki albo wyrecytowanie wierszyka. Mimo tego niedociągnięcia, Bazyliszek to przyjemna gra dla całej rodziny – dzieci będą zachwycone, a rodzice nie umrą przy niej z nudów.

SZCZEGÓŁY:

Zawartość pudełka:
Instrukcja
Plansza z torem punktów
90 kart komnat
5 żetonów o wartości 40 punktów
5 pionków postaci
10 żetonów tarcz

Informacje pudełkowe:
Wiek: 6+
Ilość graczy: 2-5
Przewidywany czas gry: 30 minut
Wydawca: Granna
Autor: Jan Madejski
Autor ilustracji: Grzegorz Molas

Dodaj komentarz

avatar