Mass Effect: Andromeda

Uwaga: recenzja napisana jest na podstawie wersji pecetowej 1.05 (z łatką wydaną 6 kwietnia). Ze względu na mnogość aspektów do omówienia, tekst podzielony został na dwie części. Pierwsza strona to recenzja „skrótowa”, dość pobieżnie poruszająca najważniejsze zagadnienia. Druga strona przeznaczona jest dla dociekliwych – poszczególne elementy omówiono bardziej szczegółowo, poruszono również aspekty usunięte z recenzji w celu jej skrócenia i uczynienia bardziej przystępną dla czytelnika.

Oryginalna trylogia Mass Effect była jak roller coaster – zaczynała delikatnie, potem wznosiła się, żeby na sam koniec gwałtownie opaść w dół, pozostawiając ogromny zawód i niedosyt. Kolejna część serii budziła we mnie bardzo mieszanie uczucia od momentu, kiedy ujawniono, że pracować będzie nad nią oddział BioWare’u z Montréalu, mający jak dotąd na koncie tylko Omegę, czyli najsłabszy dodatek do Mass Effect 3. Premiera Dragon Age: Inkwizycji, sprawiającej wrażenie singleplayerowego MMO, chociaż opracowanej przez inną ekipę, tylko spotęgowała pytania o kondycję studia, zaś zalew przedpremierowych materiałów prezentujących zepsute animacje wywołał jeszcze większy niepokój. Mimo tych wszystkich obaw, wyruszyłem do galaktyki Andromeda, żeby zostać pionierem. Czy było to przeżycie tak bardzo bolesne, jak można by się spodziewać? Czy trzystuosobowy zespół, czteroletni czas produkcji i czterdzieści milionów dolarów, które na nią wydano, przełożyły się na grę, która przywróci BioWare’owi chwałę?

O fabule, postaciach i relacjach

W roku 2185 – mniej więcej wtedy, kiedy komandor Shepard ugania się za Zbieraczami – z Drogi Mlecznej wylatują cztery arki. Sto tysięcy dusz – ludzie, turianie, salarianie, kroganie i asari – wyrusza do galaktyki Andromeda, żeby założyć tam kolonie. Wielkie marzenia okazują się jednak wielką mrzonką. Kiedy Scott Ryder po 634 latach lotu budzi się z kriostazy, ludzka arka Hyperion grzęźnie w tajemniczej materii nazywanej Plagą, „złoty świat” mający być ludzką kolonią okazuje się niezdatny do zamieszkania, a wskutek awarii systemów jego siostra bliźniaczka nie może się wybudzić. Scott wraz z oddziałem pionierskim schodzi na planetę, gdzie udaje się im odnieść słodko-gorzkie zwycięstwo. Po uporaniu się z problemami i dotarciu na Nexus – „stolicę” kolonizatorów – okazuje się, że i tam nic nie idzie zgodnie z planem. To na barki Scotta, który otrzymuje statek Tempest wraz z załogą, spadnie konieczność sprawienia, że Andromeda stanie się bardziej przyjaznym i zdatnym do zamieszkania światem.

Mass Effect: Andromeda

Fabuła w Andromedzie poprowadzona została dość nieudolnie. W poprzednich częściach nawet wykonując jakieś nieistotne z punktu widzenia scenariusza czynności cały czas mieliśmy świadomość zagrożenia ze strony Żniwiarzy. W Andromedzie na początku tak bardzo skupiono się na kolonizowaniu i odkrywaniu, że wątek kettów i Porzuconych traktowałem bardziej jako dodatek. Trudno zresztą zaangażować się na poważnie w schematyczny wątek, w którym nasz główny przeciwnik nosi tak „oryginalne” miano jak Archont… Fabuła gry, w przeciwieństwie do poprzedniczek, nie sprawia wrażenia zamkniętej części trylogii, a bardziej wprawki przed Andromedą 2. Dodatkową bolączką są dialogi – chociaż niektóre są dobre, to jednak większość napisana jest bardzo przeciętne, a inne, zwłaszcza te dotyczące romansów, trzymają poziom tych ze Zmierzchu. Braki w głównym scenariuszu nadrabiane są jednak bogactwem i różnorodnością świata przedstawionego.

Gra zawodzi również pod względem postaci. Szkoda, że całkowicie zrezygnowano z możliwości uczynienia Rydera złym, a w większości przypadków najgorsze, na co go stać, to sarkazm. Z protagonistą można się jednak zżyć, w końcu to my go kreujemy. Tego samego nie można jednak powiedzieć o towarzyszach i załodze Tempest – żadnemu z nich nie udało się nawet zbliżyć do poziomu chociażby Garrusa, Tali czy Jokera. Są oni dość mdli, każdego opisać można jednym czy dwoma krótkimi zdaniami. W zasadzie jedynym towarzyszem, który wzbudził we mnie jako takie zainteresowanie, był Jaal, głównie dlatego, że jest przedstawicielem nowej rasy – angarów. To właśnie jego często zabierałem na misje, załapali się też kroganin Drack i turianka Vetra. Pozostałych brałem tylko wtedy, gdy było to narzucane przez scenariusz. Chociaż, jak obiecywano, bliźniaczka Rydera nie została usunięta z fabuły, to jednak pojawia się dopiero pod sam koniec gry.

Mass Effect: Andromeda

Przyjemne są jednak różne drobnostki, jak chociażby to, że kiedy zdecydujemy się zachować domyślne imię, część postaci będzie się zwracała do niej „Scott”. W oryginalnej trylogii trochę brakowało mi tego, że wszyscy mówili do mojego bohatera „Shepard” albo „komandorze”, nawet jeżeli zachowano domyślne imię. W Andromedzie, kiedy nie wszyscy zwracają się do protagonisty per „Ryder” albo „Pionierze”, relacje pomiędzy postaciami zyskują nieco na intymności. A skoro już o intymności mowa… Kwestię romansów podsumować można stwierdzeniem, że tym razem kobieta i mężczyzna dostali równą ilość potencjalnych obiektów westchnień, ale z żadnym z nich nie chce się romansować, bo są mało interesujący i – co tu dużo mówić – brzydcy.

Podsumowując: pod względem fabuły głównej i najważniejszych postaci Andromeda zawiodła oczekiwania. Nie jest to co prawda szczyt dna, a po prostu bardzo przeciętna, niczym się nie wyróżniająca historyjka. Podobnie jak w Inkwizycji, fabuła rozmywa się przez nieumiejętne wyważenie proporcji pomiędzy prowadzeniem opowieści a eksploracją. Tym niemniej, gra miewa swoje momenty – niektóre misje, postacie czy sceny wybijają się w tej przeciętności in plus. Szkoda tylko, że są to bardziej perełki błyszczące wśród przeciętności, a nie stały element gry, jak w poprzednich częściach.

Eksploracja, zadania i rozgrywka

Chociaż w wielu materiałach marketingowych pojawiają się informacje o badaniu „obszernej galaktyki”, w rzeczywistości nie badamy całej Andromedy, a jedynie Hejelosa – gromadę leżącą na jej obrzeżach. Możemy założyć placówki badawcze na pięciu planetach, kilka dodatkowych lokacji – zarówno planet, jak i statków – odwiedzamy w ramach określonych zadań. Wydaje się, że to niewiele, tym niemniej światy są z reguły sensownych rozmiarów, więc ta ilość zapewnia co najmniej sześćdziesiąt godzin grania. W podróżowaniu zdecydowanie pomaga łazik Nomad, potrafiący dostać się niemal wszędzie, przeszkadza jednak system poruszania się po kosmosie. Zrezygnowano z mapki, a zamiast tego możemy oglądać podróż w czasie rzeczywistym. Wielka szkoda, że polega ona na długich i powtarzalnych animacjach, sztucznie wydłużających czas gry. I to nawet po niedawnej łatce, która umożliwiła wyłączenie tylko jednego rodzaju animacji.

Mass Effect: Andromeda

Przed premierą BioWare zapewniało, że inspirowało się Dzikim Gonem przy projektowaniu zadań, ale inspiracje te chyba ograniczyły się do konieczności korzystania ze skanera, czyli swego rodzaju odpowiednika wiedźmińskich zmysłów. Podobnie jak Inkwizycja, gra cierpi na natłok miałkich i powtarzalnych zadań, każących nam znaleźć czy zeskanować określoną ilość przedmiotów. Nie zabrakło również „astrariów”, tutaj reprezentowanych w postaci monolitów i krypt. Co prawda zdarzają się również zadania bardziej rozbudowane i ciekawe, ale stanowią one zdecydowaną mniejszość. Twórcom nie udało się umiejętnie zagospodarować świata tak, żeby nie popaść przy tym w stosowanie nadmiaru mechanik właściwych dla MMO.

Rozgrywka udała się jednak montrealczykom bardzo dobrze. Zrezygnowanie ze sztywnego podziału na klasy i umożliwienie skorzystania ze wszystkich umiejętności było świetnym rozwiązaniem, pozwalającym bawić się do woli w tworzenie idealnej postaci. Sensownie wyważono poziom trudności: na najniższym gra praktycznie przechodzi się sama, a na najwyższym bardzo uważnie trzeba dobierać moce, wyposażenie i towarzyszy. Walka jest przyjemna i satysfakcjonująca. Brak klas pozwala na eksperymentowanie, a miejsca starć zostały zaprojektowane tak, żeby odnalazły się w nich zarówno osoby preferujące walkę na dystans, jak i bardziej bezpośrednią. Przeciwnicy stosują taktyki, starają się nas oflankować itd. Warto jednak mieć na uwadze, że ich SI wzrasta wraz z poziomem trudności. Chociaż na najniższym nie wbiegają nam pod lufę i próbują taktycznego podejścia, to mimo wszystko ich zachowanie jest dość głupie, ale już na „szaleńcu” stanowią niemałe wyzwanie.

Mass Effect: Andromeda

Na dobrą sprawę jedyną bolączką jest to, że naraz możemy mieć przypisane tylko trzy umiejętności. W trakcie walki można zmienić obecną kombinację trzech mocy na inną uprzednio przypisaną, co w teorii daje dwanaście mocy do dyspozycji. W praktyce jednak zmiana zestawu sprawia, że nowo wczytany musi się najpierw naładować, tak więc tracimy już naładowane moce wcześniejszego zestawu, a dopóki nowy się nie naładuje, musimy korzystać wyłącznie z broni. Nie trzeba chyba dodawać, że na wyższych poziomach trudności, zwłaszcza kiedy walczymy z większą grupą silniejszych wrogów, jest to bardzo słabe rozwiązanie.

Poza samym Ryderem, „rozwijać” można również samą Inicjatywę Andromeda. Za wykonanie wielu zadań otrzymuje się nie tylko punkty doświadczenia, ale też tzw. punkty zasobów Andromedy i punkty zdatności. Te drugie sprawiają, że światy stają się zdatne do skolonizowania, a te pierwsze działają na podobnej zasadzie co profity w Inkwizycji, pozwalając odblokować niedostępne inaczej premie, takie jak chociażby zwiększona pojemność ekwipunku. Wykorzystano również pomysł ze stołem narad z poprzedniej gry BioWare’u, który tutaj zastąpiony został misjami oddziałów uderzeniowych. Wysłanie ich pozwala zgarnąć miałkie nagrody, a misje APEX wykonać można osobiście w trybie wieloosobowym, o ile kogoś to rajcuje. Jak dla mnie, jest to zbędny, nudny i fatalnie działający dodatek – udało mi się ukończyć ledwie trzy rozgrywki, ponieważ przy wszystkich innych gra w pewnym momencie wysypywała się na pulpit albo zawieszała.

Mass Effect: Andromeda

Mocno we znaki daje się nie do końca przemyślany interfejs. Bez wątpienia trzeba trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do mało intuicyjnego menu umiejętności czy ekwipunku. Sporo życia stracimy na próbach trafienia w miejsce, gdzie mamy wykonać zadanie. Przykładowo: będąc na Nexusie, sprawdzić możemy wyłącznie mapę obszaru, w którym obecnie się znajdujemy, np. doków. Jeżeli chcemy wiedzieć, czy na stacji są jeszcze jakieś zadania do zrobienia, musimy biegać po całej, sprawdzając mapę każdej części z osobna w poszukiwaniu znaczników zadań, bo nie przewidziano możliwości przełączania się pomiędzy różnymi obszarami jednej lokacji. Logicznym rozwiązaniem wydawałoby się zajrzenie do dziennika, bo zadanie otrzymane na stacji teoretycznie powinno się znajdować w zakładce „Nexus”. Twórcy uznali chyba, że to zbyt proste, więc dodali je do „Eos” albo wrzucili z siedemdziesięcioma innymi do zakładki z drobnicą.

Aspekty techniczne

Pod względem technicznym Andromeda to jedna wielka sprzeczność. Nie ulega wątpliwości, że dzięki silnikowi Frostbite otrzymaliśmy najładniejszą jak dotąd część serii. Odwiedzane światy są stosunkowo rozległe i, co tu dużo mówić – śliczne. Nawet taka nieciekawa, zdawać by się mogło, lokacja jak asteroida robi ogromne wrażenie. Pędzimy nomadem pośród kraterów, otoczeni ciszą i zmagając się z grawitacją, a na niebie widzimy inne asteroidy z pasa tej, którą odwiedzamy. Twórcom udało się opanować silnik na tyle, żeby ładnie zaprojektowane lokacje uzupełnić dobrym oświetleniem, cieniami i innymi takimi.

Mass Effect: Andromeda

Tyle samo dobrego niestety nie można powiedzieć o postaciach. Po półgodzinie spędzonej w kreatorze udało mi się w końcu stworzyć kogoś, kto nie wyglądał jak zrodzony w umyśle Salvadora Dalego, rozpocząłem grę, ale kiedy tylko zobaczyłem, jak mój twór się w niej prezentuje, zacząłem od początku. Sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie, więc ostatecznie postanowiłem grać Ryderem o domyślnym wyglądzie. Trochę to pomogło, nie zmieniło jednak faktu, że ma on problemy z mimiką twarzy, chociaż nie aż takie jak Sara, której dziwne miny podbijają Internet – zdaje się, że do postaci męskiej bardziej się przyłożono. Patch 1.05 nieco poprawił sytuację, nie tylko z mimiką, ale przede wszystkim z oczami postaci, ale to w dalszym ciągu nie to. Nie mówiąc już o tym, że zdecydowana większość postaci pobocznych jest po prostu brzydka jak noc, co zachęca Ryderów do życia w celibacie, a nie wchodzenia w jakieś związki uczuciowe.

Jakby tego było mało, BioWare zaserwowało atak klonów. To, że wszystkie asari są identyczne, starano się zamaskować różnymi kolorami skóry i detalami twarzy. W przypadku ludzi się jednak nie udało – raz ujrzawszy taką przerażającą twarz, jak na grafice powyżej, nigdy jej nie zapomnimy. A potem będziemy widywali ją u innych postaci na różnych planetach – nawet tych występujących w zadaniach! Poza brzydkimi i niedokładnie animowanymi postaciami, należy dołożyć jeszcze szereg innych niedoróbek. Przeciwnicy stojący w powietrzu chociaż nie mają plecaków odrzutowych, biedne potworki grzęznące w skałach, nomad wyskakujący spod ziemi, niektóre kwestie czasem są niesłyszalne albo ledwie słyszalne… Co prawda żadna z tych niedoróbek nie przeszkadza w ukończeniu zadań, ale psuje immersję, a w grze AAA za 40 milionów dolarów tego typu błędy nie powinny występować w takich ilościach.

Mass Effect: Andromeda

Nie licząc jednak powyższych, nie uświadczyłem w grze wielu poważniejszych błędów. Na samym początku gra dwukrotnie zawiesiła się bez powodu podczas przerywników filmowych, ale później tej problem już nie występował. Raz zdarzyło się, że w momencie podjęcia jakiegoś wyboru Scott stawał w bezruchu, niemożliwe było wyjście do menu ani zrobienie czegokolwiek innego, ale na szczęście dało się to obejść dokonując innego wyboru. Poza tymi przypadkami, gra działała stosunkowo dobrze, chociaż podczas filmików zdarzało jej się zgubić kilkanaście fps-ów. Tak w każdym razie prezentuje się kampania fabularna, ponieważ multi – jak już wspomniałem – wysypywało się często i gęsto. Chociaż na dobrą sprawę nie płakałem z tego powodu, bo sprawdziłem je wyłącznie z recenzenckiego obowiązku i nie mam zamiaru już nigdy do niego wracać.

Niestety, Andromeda zawodzi również pod względem dźwiękowym. Chociaż poprzednie odsłony mogły pochwalić się kapitalnym voice actingiem, w najnowszej części nie jest już tak różowo. Co prawda niewiele mogę zarzucić Tomowi Taylorsonowi (Ryder), Stanleyowi Townsendowi (Drack) czy Nyashy Hatendiemu (Jaal), a i reszta załogi w większości jakoś sobie radzi, ale już postacie poboczne są wyraźnie gorsze. Przede wszystkim kroganki, salarianki i turianki – podczas gdy głosy męskich przedstawicieli tych ras są filtrowane tak, że każdy brzmi inaczej, kobiety brzmią za bardzo jak Ziemianki. Smutne jest również to, że ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Johna Paesana jest po prostu nijaka. Nie licząc motywu rozpoczynającego grę, żadna inna jego kompozycja nie zrobiła na mnie wrażenia, żaden nie zapadł w pamięć (nawet ten początkowy). Mało tego – na muzykę podczas gry w ogóle nie zwraca się uwagi. A to spory krok wstecz względem poprzednich odsłon, gdzie kompozycje takie jak „Suicide Mission”, „Leaving Earth” czy chociażby „Mass Effect Theme” robiły wielkie wrażenie, fenomenalnie uzupełniając grę i zapadając w pamięć.

Podsumowanie

Mass Effect: Andromeda ponad wszelką wątpliwość nie jest grą idealną i pod pewnymi względami zawodzi oczekiwania. Fabuła jest w najlepszym razie mocno przeciętna, a bohaterowie nie stali nawet obok tych, których poznaliśmy w poprzednich grach BioWare’u. To dla mnie bardzo poważny minus, ponieważ to właśnie kompani w produkcjach studia zawsze byli mocną stroną i swego rodzaju „lepem”. Bez wątpienia jest to najlepsza odsłona serii pod względem wizualnym oraz mechaniki rozgrywki. Montrealczycy mieli dobre pomysły, a zabawa jako taka jest dość przyjemna. Problem w tym, że całości zabrakło szlifów – trudno powiedzieć, czy to brak doświadczenia ekipy, dla której był to pierwszy tak poważny projekt, czy deadline’ów, ale mimo dobrych założeń i pomysłów, bardzo wiele elementów (tak fabularnych, jak i technicznych oraz gameplayowych) w Andromedzie jest niedopracowanych albo zrealizowanych nie tak, jak być powinny. Chociaż spędziłem przy grze około siedemdziesięciu godzin, początkowo czerpiąc ogromną przyjemność z eksploracji, to jednak po około czterdziestu zacząłem czuć pewne znużenie wywołane ilością nudnych zapchajdziur i powtarzalnych czynności oraz animacji. Ogólnie rzecz biorąc, Andromeda nie jest grą złą, powiem więcej: jest lepsza od Mass Effect 3. Warto dać jej szansę, ale lepiej będzie poczekać albo na kolejne łatki, albo kupić ją, kiedy cena już nieco spadnie.

Grę do recenzji dostarczył wydawca – Electronic Arts Polska.

PRZEJDŹ DO STRONY 2 – SZCZEGÓŁOWEGO OMÓWIENIA >>>

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Mass Effect: Andromeda
Platformy: PC, PlayStation 4, Xbox One
Producent: BioWare Montréal
Wydawca: Electronic Arts
Gatunek: RPG akcji
Premiera: 23 marca 2017

Nasza ocena
7.5/10

Podsumowanie

Plusy:
+ brak sztywnego podziału na klasy
+ eksploracja
+ oprawa graficzna (nie licząc postaci!)
+ dobry system walki
+ nowa galaktyka daje sporo nowych możliwości

Minusy:
– multum niedociągnięć technicznych (nawet po patchu 1.05)
– przeciętna fabuła i mdli towarzysze
– wszędobylska powtarzalność
– zbędny i niegrywalny tryb wieloosobowy

Sending
User Review
0 (0 votes)

7
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
Jacek „Pottero” StankiewiczSebastian „Severan” KuryłoCirrusLogicKamil KoteckiKatrina Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Katrina
Gość

Mój chłopak obecnie testuje (ja mało gram XD) i jest raczej średnio zadowolony: podobno gdyby to był Star Trek to dałby temu 10/10, ale… to nie Star Trek i dlatego wyszło słabo ;p

Kamil Kotecki
Gość
Kamil Kotecki

Zgadzam się z oceną liczbową, przy czym dla mnie ta gra była dużo przyjemniejsza niż niektóre gry, które powszechnie dostawały oceny na poziomie 9 czy nawet (o zgrozo) 10. Natomiast totalnie nie wiem skąd redaktor wyciągnął minusy (poza sprawami technicznymi). Wydaje mi się, że ktoś tu robi błędy w swoim rzemiośle, po pierwsze porównując development fabuły i postaci z jednej gry z całą wcześniejszą trylogią, po drogie myląc “nie podoba mi się / nie trafia w mój gust” z “jest słabe / złe”. Błędnych informacji podanych w recenzji i podwójnych standardów w odniesieniu do innych gier wytykał nie będę z… Czytaj więcej »

Sebastian „Severan” Kuryło
Redaktor naczelny

Rozumiem, że w pewnych miejscach nie zgadzasz się z oceną Jacka. Każdy ma własną opinię i to nią powinien się kierować. Co do porównań z poprzedniczka mi, nie sposób było je wyeliminować – przecież to jest kolejną gra z serii. Jeśli zaś chodzi o standardy, to nie mamy ich podwójnych – standardów nie mamy wcale. Ocena na końcu danego tekstu jest zawsze oceną autora. Każdy z naszych recenzentów ma swoje własne standardy i swoją własną skalę ocen którymi się kierujemy. Jako ekipa nie narzucamy sobie jak kto ma myśleć by było dobrze. Liczy się szczerość i wyrażenie własnego zdania.

Kamil Kotecki
Gość
Kamil Kotecki

Nie chcę zaczynać (bezsensownej) wojny ani robić flejmu w publicznym miejscu. Nie chcę też żeby ktoś przypadkiem wziął mnie za fanboya BioWare albo co gorsza EA. Z większością ich gier miałem pewne problemy i ME:A nie jest wyjątkiem. Ale z jedną tezą muszę się absolutnie nie zgodzić. Andromeda NIE JEST kolejną grą z serii, tylko z uniwersum, a to przecież zasadnicza różnica.

CirrusLogic
Gość
CirrusLogic

Mi się fabuła podoba. Znaczy, sami porzuceni dla mnie tak samo do dupy jak żniwiarze. To jednak oparcie jej na ludzkiej determinacji jest super. Czy to na przykładzie Aleca, czy protagoniście. Wątki nieudolności polityków, biurokracji został jak w podstawowej trylogii, co mi się znowu bardzo podoba. Towarzysze też mi się podobali. Drack z wątkami rodzinnymi. Cora, podobna do Jacoba która jest oparta na autorytecie który zawiódł. Też mi się podobała. Wątek nadopiekuńczej Vetry w stosunku do siostry też mi się podobał. Liama olałem. Lexi była ok. Może pinokio, ale no o tym była. Peebee. Nie wiem. W każdym razie na… Czytaj więcej »