Każda gra bazująca w jakiś sposób na dziełach Howarda Phillipsa Lovecrafta wywołuje we mnie mnóstwo obaw, bynajmniej nie z powodu konwencji horroru, a jakości prezentowanych produktów. Po zeszłorocznym Call Of Cthulhu nie przyszło nam długo czekać na kolejny tytuł inspirowany twórczością samotnika z Providence. Choć Sinking City zdawałoby się horrorem, jest to bardziej produkcja detektywistyczna i mimo że nie jest idealna, to zdecydowanie warto zwrócić na nią uwagę.

Tytuł wrzuca nas od razu do rozgrywki, nie przedstawiając żadnych wskazówek na temat podstawowego sterowania. Nie jest to jednak problematyczne w żaden sposób i po chwili wszystko jest już wiadome. Bezpiecznym placem zabaw perfekcyjnym do przetestowania klawiszologii jest statek, którym nasz bohater, detektyw Charles Reed, przypływa z Bostonu do Oakmont, ponurego miasta skąpanego w mroku i wodzie. Po opuszczeniu pokładu zostajemy całkowicie wciągnięci w posępny klimat kojarzący się z prozą Lovecrafta. Niektórzy mogą stwierdzić, że ekspozycja jest zbyt dosłowna i bijąca po twarzy. Moim zdaniem jednak to – wraz z genialnie stworzoną muzyką – bardzo wpłynęło na budowanie nastroju. Niestety w tej dziedzinie nie jestem specem, ale z mojej perspektywy nagrane utwory stanowią kompozycję łagodnych dźwięków instrumentów razem z przerażającymi odgłosami, jakie napędziłyby niejednemu stracha podczas wędrówki. Powodem, dla którego protagonista wybrał się w to okropne miejsce, są nękające go wizje. Jednak jedynym w życiu, co można dostać za darmo, są podatki, więc nasz bohater, korzystając ze swoich umiejętności zawodowych, musi trochę popracować i rozwiązać ogromną sprawę. Cała struktura historii została podzielona na kilka mniejszych śledztw dotyczących konkretnego potrzebnego elementu. Scenariusz jest najmocniejszym elementem całej gry. Jest angażujący, wywołujący chęć rozwiązania zagadek, bardzo dobrze poprowadzony oraz wyważony. Jeżeli gdzieś w jego kwestii znalazły się zgrzyty, to tylko w jednym rozdziale. Jak już wspomniałem, że przyjdzie nam odkrywać tajemnice zbrodni, to wypowiem się na temat implementacji.

Mechanika opiera się o zbieranie i analizowanie śladów, zarówno w fizycznej przestrzeni, jak i z wykorzystaniem naszego „trzeciego oka”. Po zebraniu wszystkich dowodów dostajemy kilka fragmentów sytuacji, które musimy ułożyć w odpowiedniej kolejności. Wszystkie informacje związane ze śledztwem zostają zapisane w „pałacu umysłu”, gdzie następnie na ich podstawie możemy wyciągać wnioski, które wpłyną na naszą decyzję dotyczącą przebiegu fabuły. Nie chcę zdradzać za dużo, ale wszystkie podejmowane wybory doprowadzają do jednego zakończenia. Zebrane poszlaki są elementem napędzającym grę. Często musimy wybrać się do archiwum, aby odszukać na podstawie strzępków posiadanych informacji interesujące nas fakty prowadzące gdzieś lub do kogoś. Na podstawie uzyskanej wiedzy samodzielnie musimy zaznaczyć punkt na mapie, a następnie się do niego udać, czy to na nogach, czy łodzią. Twierdząc, że miasto jest skąpane w mroku i wodzie, miałem na myśli, że część terenów jest podtopiona i jedyną opcją na przedostanie się przez nie jest skorzystanie z motorówką. Podczas rozwiązywania sprawy przyjdzie nam się zmierzyć z różnego rodzaju potworami, zarówno tymi w ludzkiej skórze, jak i monstrami nie z tego świata. Pojedynki niestety są najsłabszym elementem gry. Pomimo że zaoferowano szeroki zakres asortymentu – od pistoletów przez strzelby, karabiny i pułapki po materiały wybuchowe – to niestety sam proces jest dosyć drewniany. Z czasem idzie się przyzwyczaić, ale walka z większą ilością przeciwników bywa trudna przez specyfikę mechaniki. W ramach starcia tracimy zdrowie – fizyczne od obrażeń siłowych i psychiczne od oglądania nieludzkich rzeczy. Jest to świetnie zrobione. Nie ma się tu nad czym rozwodzić, ale bardzo podoba mi się stopniowe popadanie w szaleństwo, z którego możemy się uratować. Gdy wskaźnik spadnie poniżej określonego poziomu, bohatera atakują własne wizje. Ostatnim elementem jest małe drzewko umiejętności, które głównie wpływa na nasze punkty życia, a także siłę i udźwig broni.

Gra wygląda bardzo ładnie, a grafika została wykonana ze sporą starannością, ale nadal widać, że nie jest to tytuł AAA. Zauważyć to się da także w innych kwestiach, choćby jak w tym, że prawie wszystkie budynki mają identyczną konstrukcję, miejscami minimalnie zmodyfikowaną (gdzieś nie ma piętra lub piwnicy). Kolejną sprawą są wszechobecne błędy. Podczas jednej z pierwszych misji trafiamy do szpitala, który przyjdzie nam odwiedzić jeszcze kilka razy. Przy każdej wizycie wszystkie postacie znajdujące się w środku unoszą się w powietrzu i nie, nie jest to celowy zabieg. Wcześniej wspomniane walki nie obchodzą się bez kosztów, mianowicie tracimy naboje. Zdobywać je możemy przez wytwarzanie ze składników lub zdobywać w skrzyniach ulokowanych w miejscach misji, a także terenach opanowanych przez potwory. Wspominam o tym w momencie opisywania błędów, bo nie wiem, czy to celowe, ale często przy niebezpiecznych miejscach skrzynie są przy wejściu i można łatwo uzupełnić zapas amunicji, zbierając i przechodząc do innej lokacji i tak w kółko.

The Sinking City to może nie najlepszy tytuł, który ujrzał światło dzienne w tym roku, ale zdecydowanie jest pozycją obowiązkową dla fanów prozy Lovecrafta. Gra w trakcie powstawania napotkała na pewne perturbacje i biorąc je pod uwagę, moim zdaniem jest bardzo dobrze.

Serdecznie dziękujemy CDP za udostępnienie egzemplarza gry do recenzji!

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: The Sinking City
Data premiery: 27 czerwca 2019
Producent: Frogwares
Wydawca: BigBen Interactive
Wydawca PL: CDP
Typ: Gra
Gatunek: Akcji, Horror

Dodaj komentarz

avatar