Assassin’s Creed Templars

Po raz kolejny otrzymuję możliwość zrecenzowania produktu sygnowanego marką Assassin’s Creed. Jako fan serii nie mam nic przeciwko temu, choć wiele osób zasadnie stwierdzi, że konfliktowi skrytobójców z templariuszami –ze swoimi ciągle to nowymi wątkami, powodującymi zbędny chaos –coraz bliżej do latynoskiej telenoweli. Tym razem w moje ręce trafiła nowa seria wydawnicza od Titan Comics o lakonicznym podtytule Templars. Czy kolejny komiks to sposób na odcinanie kuponów od znanej marki? A może mamy do czynienia z czymś więcej?

Twórcą scenariusza jest Fred Van Lente, którego możemy znać dzięki innym produkcjom, takim jak Marvel Zombies lub X-Men Noir. Fabuła przenosi nas do Szanghaju z roku 1927, gdzie poznajemy historię dwóch całkowicie odmiennych głównych bohaterów. Pierwszy z nich, Darius Gift, to syn jednego z członków zakonu templariuszy. Nieszczęśliwie jego ojciec okazuje się zdrajcą i złodziejem, za co zostaje ukarany przez zabójcę, tzw. Black Crossa. W taki też sposób na scenę wkracza drugi protagonista, czyli wspomniany egzekutor. Darius, by usunąć plamę na honorze rodziny, zgadza się dostarczyć tajemniczą przesyłkę do Chin, a przy okazji wesprzeć tamtejsze oddziały zakonu. Fani serii oczywiście mogą się domyśleć, co jest w środku paczki i dlaczego ma tak duże znaczenie dla obu stron konfliktu. Znika ona jednak w nieznanych okolicznościach, zaś naszemu herosowi nie pozostaje nic innego jak rozpocząć poszukiwania, wpadając tym samym w środek walki z szanghajską mafią.

Opowiadając o fabule nie możemy zapomnieć o drugim, znacznie ciekawszym bohaterze. Black Cross, zabójca na usługach templariuszy, również pojawia się w Chinach i postanawia pomóc Giftowi w pogoni za przesyłką. O ile jednak Darius posługuje się jedynie siłą argumentu, o tyle nasz eliminator częściej wpada w tarapaty i bierze na siebie wszystkie przedstawione sceny walki, strzelaniny i pościgi. Mimo że pewnie te fragmenty bardziej zapadają w pamięć, rola Gifta w komiksie jest równie ważna jak Black Crossa. Dokonując dość płytkiej oceny można powiedzieć, że to on opowiada w Assassin’s Creed Templars historię, zaś zabójca jedynie momentami zabawia czytelnika wymachiwaniem rękami. Jednak tak do końca nie jest, gdyż obaj panowie mają nam coś do pokazania i wyłącznie w duecie sprawiają, że fabuła może być uznana za kompletną.

Mimo że podtytuł Templars wiele mówi o tematyce komiksu, ciężko przyzwyczaić się do nieobecności skrytobójców na stronach zeszytu. Ma to również i dobre strony. Podobnie jak w Assassin’s Creed Rogue, ostatniej grze wydanej na konsole poprzedniej generacji, głównymi bohaterami są osoby obecne dotąd po drugiej stronie barykady. Obserwując templariuszy oczami ich odwiecznego wroga widzimy wyłącznie bezdusznych, wypranych z emocji ludzi, których jedynym celem jest objęcie panowania nad światem. Taki sposób narracji pozwala jednak spojrzeć na znane nam wydarzenia z innej strony. Odkrywamy, że również rycerze zakonu mają rodziny, przyjaciół, zaś ich pobudki prowokujące do walki o Fragmenty Edenu nie zawsze muszą wynikać z pychy i potrzeby władzy. Takie produkcje jak Templars z pewnością są potrzebne w procesie rozwijania uniwersum, jeżeli twórcy chcą w przyszłości prezentować nam kolejne etapy trwającego kilkaset lat sporu tak, by mimo natłoku tytułów wciąż cieszyły się świeżością i oryginalnością.

Jedyny aspekt scenariusza, do którego chciałbym się przyczepić ,to sporadyczne dłużyzny występujące w komiksie. Niektóre obecne w tomie fragmenty mogłyby być spokojnie usunięte bez jakichkolwiek konsekwencji, jeżeli chodzi o odbiór fabuły. Efektem tego mankamentu jest wkradająca się od czasu do czasu nuda, zniechęcająca do dalszej lektury. Osoby niezaznajomione z serią uprzedzę jedynie, że mimo tego zgrzytu Templars charakteryzuje się ciekawą historią oraz klimatycznym miejscem akcji, dlatego też polecam nie odkładać zeszytu nawet w chwilach zwątpienia. Fani serii natomiast szybko poczują się jak u siebie i pochłoną komiks tak szybko jak wszystkie inne produkty.

Za warstwę artystyczną odpowiada Dennis Calero, twórca rysunków w m.in. X-Factor lub Legion of Super-Heroes. Obraz Szanghaju w jego wykonaniu jest skąpany w mroku i podtrzymuje poczucie ciągłego zagrożenia. Stylistkę porównać można chociażby do X-Men Noir, w którym również maczał palce sam Calero. Pozostałe elementy nie są aż tak charakterystyczne jak kolorystyka, dlatego też nie zwracam na nie szczególnej uwagi. Postacie i tło nie zachwycają, ale też zbytnio nie przeszkadzają. Ot, po prostu są i służą jedynie za elementy budujące całokształt stylistyki, która gra pierwsze skrzypce w oddawaniu klimatu XX-wiecznego Szanghaju.

Podsumowując, Assassin’s Creed Templars Volume 1: Black Cross nie jest produktem stworzonym wyłącznie w celach zarobkowych. Racja, znowu przewija się ten sam wątek poszukiwań starożytnych artefaktów, lecz tym razem skupiamy się wyłącznie na członkach przeciwnej strony konfliktu. Pozwoliło to odkryć ludzką stronę templariuszy i poznać trochę ich motywy walki o władzę. Dwójka kompletnie odmiennych bohaterów umożliwiła stworzenie różnorodnej, ciekawej fabuły. Jedynymi mankamentami są dłużyzny i zbędne fragmenty wiejące nudą, a także odstraszające co mniej wytrwałych. Nie umniejsza to jednak walorów dobrze napisanej historii i klimatycznej stylistyki, w której został skąpany komiksowy Szanghaj. Dla fanów uniwersum: pozycja obowiązkowa!

Tytuł: Assassin’s Creed Templars Volume 1: Black Cross
Scenariusz: Fred Van Lente
Rysunki: Dennis Calero
Wydawnictwo: Titan Comics
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 128

Dodaj komentarz

avatar