Recenzja komiksu Batman Vol. 1: I Am Gotham (Rebirth)

    Batman: I Am Gotham

Jak daleko w swojej misji może posunąć się Batman, by ocalić niewinnych? To pytanie od lat zadawali twórcy tej serii, każąc Mrocznemu Rycerzowi stawić czoła najróżniejszym dylematom moralnym, od konieczności wyboru uratowania jednej z kilku ofiar, po gotowość zabicia przeciwnika, byle tylko uchronić ludzi. Wszystko wskazywało na to, że nowy scenarzysta też pójdzie w tę stronę, kiedy skazał herosa na samobójczą misję ocalenia pasażerów spadającego samolotu, jednak autor jedynie liznął temat, uwagę przenosząc na coś zupełnie innego. Czy słusznie?

    1

Wszystko się zmienia. Kiedy Flashpoint odmienił całe uniwersum DC, część wątków i postaci zniknęła na dobre. A przynajmniej tak się wydawało. Teraz bowiem za sprawą eventu Rebirth fabuła wraca na swoje dawne tory, kontynuując jednocześnie wątki z ostatnich lat. Batman także nie może przed tym uciec. Szkolenie Duke’a na kogoś zupełnie innego niż Robin oraz pokonywanie kolejnych niebezpieczeństw i wrogów to jednak tylko wstęp do prawdziwej zmiany w jego życiu. Kiedy nad Gotham dochodzi do awarii samolotu, Mroczny Rycerz jest gotów zginąć, byle ratować ludzi, a wtedy na scenę wkracza para nowych bohaterów: Gotham i Gotham Girl. Mają supermoce, potrafią latać… bliżej im do Supermana niż detektywa w pelerynie. Czy w takiej sytuacji Batman jest w ogóle jeszcze potrzebny? Niedoświadczeni herosi na początku chcą jego przewodnictwa, ale już wkrótce jedno z nich przechodzi na stronę zła, za wroga obierając Mrocznego Rycerza…

    2

Superbohater o pseudonimie Gotham, litości… To pierwsze co przychodzi do głowy w trakcie czytania. Nie można było wymyślić nic głupszego? Jego wygląd też jest dość nijaki – jak skrzyżowanie Batmana ze Spider-Manem z czasów, kiedy przyjął tożsamość Ricocheta. I to stanowi zasadniczy minus niniejszej opowieści. Bo sam pomysł na posiadaczy supermocy, mogących zastąpić obrońcę Gotham City jest ciekawy, gorzej jednak przedstawia się jego wykonanie. Zupełnie jakby King nie miał koncepcji na ich prezentację i do końca sam nie wiedział, jaki efekt chce uzyskać. Niemniej scenariusz nie jest wcale zły; zabrakło mu przełomowości, świeżości, jaką Scott Snyder wprowadził wraz z New 52, ale czyta się go lekko i zdecydowanie ma swoje dobre momenty. Do najlepszych należy oczywiście wątek z Calendar Manem oraz jego cyklem życia i śmierci według pór roku, ale jego współautorem był nie kto inny tylko wspomniany już powyżej Snyder. We wspólnie napisanym prologu obaj autorzy budują most między starym a nowym, przekazując sobie pałeczkę. Resztę prowadzi już King, a jego opowieść celuje bardziej w klimaty znane z dawnych komiksów o Batmanie niż to, czego dokonał poprzednik.

    3

Graficznie I Am Gotham także odcina się od tego, co mieliśmy okazję oglądać za czasów New 52. David Finch rysuje w podobnym stylu, jednak jego ilustracje mają zupełnie inny charakter. Są bardziej klasyczne i nie mają tej nuty szaleństwa, jaką prezentował Capullo. Ale prezentują się nieźle, a co najistotniejsze –pasują do treści.

I chociaż ten otwierający trzeci Volume Batmana komiks nie jest dość przełomowy ani tym bardziej rewelacyjny, jako niezobowiązująca rozrywka sprawdza się całkiem dobrze. Owszem, miał potencjał, jednak King nie zdołał go wykorzystać tworząc lekką, prostą opowiastkę, jakich wiele. Zabrakło w niej czegoś więcej, czasem zbyt mało jest samego Batmana, a próby puszczania oka do czytelników są niestety tanimi chwytami, niemniej I Am Gotham nie nudzi i może być zwiastunem czegoś ciekawego.

    4

Michał Lipka

Michał Lipka

Rocznik 88. Próbuje swoich sił w pisaniu, w tworzeniu komiksów także. Przede wszystkim jednak czyta - dużo, namiętnie i bez chwili wytchnienia. A potem stara się wszystko to recenzować. Prowadzi także książkowego bloga http://ksiazkarnia.blog.pl/