Komiks historyczny nie jest zbyt łatwym gatunkiem. I nie mówię tu tylko o trudnościach, jakich nastręcza chociażby zbieranie materiałów, ale przede wszystkim o fakcie, że są to dzieła przeznaczone dla dość wąskiego grona odbiorców. Z drugiej strony zobaczcie, jak wiele powieści graficznych tego typu zdobywa uznanie krytyków i wyrobionych, ambitnych odbiorców. I właśnie do takich prac należy Berlin, monumentalna opowieść, nad którą autor spędził dekadę swojego życia. Splatająca w sobie prawdę i fikcję, odsłania przed nami obraz niemieckiej stolicy sprzed niemal wieku, pokazując okres międzywojnia z przerażającą dosadnością.

Rok 1929. Berlin. Miasto rozdarte pomiędzy biedę i bogactwo, tak jak rozdarte jest pomiędzy socjalistami inspirującymi się radziecką rewolucją a nacjonalistami, którzy nadzieję na lepszą przyszłość upatrują w rządach Adolf Hitlera. Szans na znalezienie wspólnego języka nie ma, kraj powoli pogrążą się coraz bardziej, a cierpią na tym przede wszystkim zwykli szarzy ludzie. Problemy z władzą, prześladowania, głód, ubóstwo… Gdy świat wrze, wystarczy tylko jedna iskra, aby doszło do wybuchu, który pochłonie niezliczone ofiary…

Miasto dymu, drugi tom Berlina, to komiks równie mocny i znakomity, jak jego pierwsza część. Całej opowieści nie ma sensu dzielić na części, bo to jednak rozbudowana historia, na dodatek taka, której głównym bohaterem nie jest właściwie żaden człowiek, a tytułowe miasto i czas, w jakim zostało sportretowane. Miasto z jego (jakże nielicznymi) blaskami i cieniami (które z każdą stroną rozlewają się coraz bardziej i bardziej).

Oczywiście autor nie porzuca postaci z pierwszego tomu. To w końcu za ich sprawą rzeczy wielkie, jeszcze nie globalne, ale już wkrótce mające swymi mackami objąć cały świat, stają się nam bliższe. To, co ogólne, nieważne jak szokujące, przerażające i chore by nie było, nigdy nie zrobi na nas takiego wrażenia jak tragedia jednego, zwyczajnego człowieka. Człowiek, którego rozumiemy, któremu współczujemy i z którym się zżyliśmy. Jason Lutes doskonale o tym wie i właśnie na tym buduje swoją opowieść. Poprzez losy bohaterów zaangażowanych w różne aspekty życia w Berlinie roku 1929, skutecznie i w bardzo przejmujący sposób poznajemy historię oraz przemiany wówczas tam zachodzące. Skrupulatność, z jaką autor podchodzi do tematu, robi wielkie wrażenie i przede wszystkim imponuje.

Nie mniejsze wrażenie niż scenariusz robi także szata graficzna. Autor, operując czystą, realistyczną kreską, odmalowuje przed nami piękny obraz miasta kamieni i dymu, po raz kolejny potwierdzając, że nawet w największym brudzie można znaleźć coś zachwycającego. Trzeba tylko chcieć i umieć. Owszem, można to wszystko postrzegać jedynie poprzez stronę techniczną – że autor znakomicie i bez zbędnych elementów oddaje zarówno postacie, jak i świat, że jego bohaterowie są realistyczni i wyraziści, co nie zawsze idzie ze sobą w parze oraz, że zadbał o jak najdokładniejsze uchwycenie realiów – ale byłby to obraz niepełny. W samym Berlinie, w jego uliczkach i zabudowie, też kryje się piękno, jakby istniał gdzieś obok wydarzeń dziejących się w jego obrębie, dlatego, mimo tragedii i okrucieństwa, chce się wędrować wraz z bohaterami jego ulicami.

Podsumowując: Berlin to znakomita opowieść, godna polecenia każdemu ambitnemu i wymagającemu czytelnikowi. Nie jest to prosta i lekka lektura, ale za to bardzo satysfakcjonująca, poruszająca i zapadająca w pamięć. Po prostu rewelacja.

Dziękuję wydawnictwu Kultura Gniewu za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Berlin: Miasto dymu
Data premiery: wrzesień 2018
Scenariusz i rysunki: Jason Lutes
Typ: komiks
Gatunek: komiks historyczny

Dodaj komentarz

avatar