Piękne rany. Recenzja komiksu Black Dog: The Dreams of Paul Nash

Black Dog cover

Zanim poznałem Sandmana, zobaczyłem okładki tej serii autorstwa Dave’a McKeana, przedrukowane w jednym z numerów Nowej Fantastyki. Nie wiedziałem nawet, że te cyfrowo przetworzone kolaże wiążą się jakoś z komiksami – były tajemnicze, fascynujące i tak różne od popularnych grafik fantasy czy sf publikowanych w galeriach wspomnianego pisma, że od razu wylądowały na ścianach mojego pokoju. Dużo później, gdy spotkałem gaimanowskiego Morfeusza, prac McKeana nie było tam niestety zbyt wiele. Artystę tego widywałem to tu, to tam podczas moich komiksowo-fantastycznych podróży – w Azylu Arkham, w Nigdziebądź, w krainie Lustrzanej Maski – i zawsze jego twórczość pozostawiała na mnie niezatarte wrażenie. Dlatego też, podczas przeglądania listy premier Dark Horse na koniec roku 2016, litery „McKean” przy tytule Black Dog: The Dreams of Paul Nash od razu przykuły moją uwagę. Jakkolwiek o autorze tekstów i grafiki wiedziałem sporo, to nazwisko bohatera graphic novel nic mi nie mówiło.

Black Dog Dog

Paul Nash był brytyjskim malarzem z pierwszej połowy XX wieku. Uczestniczył w pierwszej wojnie światowej w stopniu podporucznika (służył na przyczółku Ypres) i został oficjalnym artystą wojennym Zjednoczonego Królestwa, zaś podczas drugiej pracował jako plastyk dla RAF-u oraz Ministerstwa Lotnictwa. Większość jego obrazów to kubistyczne pejzaże z wybujałą roślinnością oraz elementami architektury; postacie ludzkie natomiast pojawiają się z rzadka. Główna rola na płótnach przypada przyrodzie – zarówno ożywionej, jak i nieożywionej (bądź zniszczonej przez działalność człowieka). Dave McKean został zaproszony do udziału w projekcie kulturalnym 14-18 NOW z okazji obchodów stulecia Wielkiej Wojny. Dzięki temu powstał niniejszy album.

Główny bohater prześladowany jest przez wizje czarnego psa – bestia pojawia się w jego snach od dzieciństwa, przez lata szkolne i wojenne, aż po powrót do Anglii i zmaganie się z PTSD (które wtedy jeszcze tak się nie nazywało). Czy ogar rodem z koszmarów (Lovecraft się przypomina!) dopadnie biednego Paula? A może nie taki diabeł straszny, jak go malują? Podczas lektury miałem nieodparte wrażenie, że to kolejny odcinek Sandmana bądź Śnienia – z pewnością Morfeusz, gdziekolwiek teraz przebywa, jest dumny ze swego ucznia…

Black Dog Zeppelin

Autor komiksu w serii poetyckich obrazów i impresyjnych tekstów przedstawia zarówno urywki z biografii swojego bohatera, jak i jego manifest. McKean korzysta z wielorakich technik – ołówka, kredki, wyklejanki, akwareli, piórka, fotografii – i używa różnych estetyk – ekspresjonistycznej, kubistycznej, surrealistycznej, impresjonistycznej, a nawet karykaturalnej. Następujące po sobie strony i rozkładówki zaskakują coraz to nowymi kompozycjami. To wrażliwość Nasha przefiltrowana przez wrażliwość McKeana. Z połączenia osobowości tych dwóch twórców – modernistycznego malarza i współczesnego artysty wizualnego – wyłania się wyjątkowy, poruszający, straszliwy i piękny zarazem obraz pierwszego nowoczesnego konfliktu, kształtującego nasz współczesny świat. „Każda wojna zbiera swoje żniwo w postaci ofiar cierpiących z powodu niewidzialnych ran umysłu, których konsekwencje dla późniejszego życia bywają niekiedy znacznie bardziej dotkliwe niż obrażenia fizyczne” – pisze Łukasz Kamieński w (nota bene świetnym) studium Farmakologizacja wojny. Historia narkotyków na polu bitwy. McKean, w sobie tylko wiadomy sposób, umie pokazać te psychiczne okaleczenia, wywołując nie odrazę i lęk, lecz współczucie i katharsis.

Black Dog Lungs

Żałuję, że nie posiadam (jeszcze) Black Dog w postaci drukowanej – bardzo chętnie postawiłbym go na półce obok Pictures that Tick oraz Sygnału do szumu (a także zapowiedzianej na 2017 rok polskiej wersji Cages). To jeden z tych albumów, które nie pozostawiają miejsca na roztrząsanie, czy komiks może być sztuką. Bo jest arcydziełem.

    Tytuł: Black Dog: The Dreams of Paul Nash
    Scenariusz: Dave McKean
    Rysunki: Dave McKean
    Wydawnictwo: Dark Horse Comics
    Rok wydania: 2016
    Liczba stron: 120

Marcin „Martinez” Turkot

Jestem geekiem trzydziestego któregoś poziomu, a także niepoprawnym fanboyem Supermana. W magisterce pisałem o związkach komiksu superbohaterskiego z mitami. W życiu zajmowałem się redagowaniem czasopisma o grach fabularnych i planszowych, tłumaczeniami gier, moderowaniem forów, pisaniem tekstów dla największego polskiego portalu internetowego oraz do "Tygodnika Powszechnego". Obecnie pracuję w reklamie. Uwielbiam komiks, w szczególności frankofoński, oraz animacje wszelakiego rodzaju (może poza anime, na którym się nie znam). Od ponad 20 lat gram w erpegi. Na gry komputerowe nie starcza mi już czasu...
  • renf.

    Wygląda bardzo ciekawie! Najlepsze są komiksy, w których styl rysunków nie wpisuje się w główny nurt.

    • Marcin Turkot

      Właśnie! Mam alergię na standardową amerykańską kreskę superbohaterską, mimo że superbohaterów lubię. Szczerze powiedziawszy mojemu pierwszemu kontaktowi z “Sandmanem” (nie okładkami, lecz zawartością) towarzyszył lekki dystans właśnie przez rysunki.
      Dlatego McKean tak błyszczy…

      • Moim pierwszym komiksem z tych “innych” było “30 Days of Night” z 2004r. Od tamtej pory co jakiś czas lubię odmienność. Trochę od standardu odbiega też styl Mignoli, który jest moim ulubionym rysownikiem 🙂

        • Marcin Turkot

          Templesmith i Mignola oczywiście, jak najbardziej! Chociaż troszkę mi się nie podoba, że ten ostatni tak często jest podrabiany, nawet z własnym błogosławieństwem… Jeszcze McKeevera lubię 🙂