Recenzja komiksu Black Market

Black Market cover

Superbohaterowie w popkulturze chyba nigdy nie mieli się lepiej niż teraz – każdy kolejny film z logo Marvela bądź DC zgarnia zyski większe niż poprzednicy. Sukcesy komiksowych ekranizacji spowodowały również, że przygody papierowych do tej pory herosów nabrały „realizmu”, zaś odbiorcy zaczęli się przejmować stratami ludzkimi i infrastrukturalnymi, wywołanymi przez kolejne bitwy z kosmicznymi najeźdźcami. Stąd też produkcje coraz częściej patrzące na superbohaterów nie z perspektywy protagonisty o nadprzyrodzonych mocach, lecz z pozycji zwykłego śmiertelnika. Tak jest przede wszystkim w telewizyjnych serialach spod szyldu Marvela i Netflixa – Daredevilu, Jessice Jones, Luke’u Cage’u – tam postacie uwikłane są w człowieczeństwo i przyziemne ludzkie sprawy; podobnie zapewne będzie w bardziej komediowym Powerless od DC, którego premiera planowana jest na 2017. Oczywiście, bohaterowie miewają do czynienia ze zdarzeniami na skalę „super”, ale jedynie jako widzowie – są zdecydowanie mniej mityczni niż fruwający pod niebem herosi; mają problem z płaceniem rachunków i przetrwaniem na trzeźwo kolejnego dnia w nowojorskiej dżungli.

Black Market 1

Głównymi postaciami Black Market (czteroczęściowej limited series wydanej również w trade paperbacku) również są zwyczajni homo sapiens, żyjący w świecie, w którym pojawili się superbohaterowie. Podobnie jak miało to miejsce w Strażnikach Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa, najpierw ze zbrodnią walczyli zwyczajni ludzie (heroes), przywdziewający kolorowe kostiumy. Później jednak nadszedł czas nadistot (supers) niewiadomego pochodzenia, dysponujących zdolnościami oraz odpornościami zdecydowanie już nadprzyrodzonymi.

Historia opowiedziana jest z punktu widzenia szarego śmiertelnika, pracownika prosektorium i preparatora zwłok. Dzięki temu spoglądamy na „superów” z innej niż zwykle perspektywy – jak na niedostępnych, wszechpotężnych, a jednocześnie zupełnie nieprzewidywalnych i kapryśnych bogów na kształt tych olimpijskich. W zależności od humoru mogą oni uratować człowieka lub zgnieść go jak natrętną muchę. Z takim spojrzeniem mieliśmy do czynienia w Marvels Kurta Busieka i Alexa Rossa. W przypadku Black Market bohater nie jest jednak jedynie biernym obserwatorem – sam zaczyna grać z superbohaterami o najwyższą stawkę – władzę nad światem, ale w sensie nieco innym niż tradycyjny. Wraz ze swoim szemranym bratem oraz emerytowanym zamaskowanym obrońcą sprawiedliwości chce zniszczyć status quo. Nie będę tutaj zdradzał szczegółów fabuły, by nie psuć czytelnikom lektury. Napiszę jedynie, iż w czterech rozdziałach komiksu zobaczymy sporo zwrotów akcji, wyzwanie rzucone przez bohaterów super-establishmentowi jest dość wiarygodne, zaś sposoby realizacji założonego celu wydają się realistyczne – na tyle, na ile mieszczą się w komiksowej konwencji.

Black Market 2

Wydarzenia rozgrywają się na kilku planach czasowych (niekiedy, lecz nie zawsze, sygnalizowanych dla ułatwienia widoczną datą dzienną), dlatego czytelnik może mieć problemy z połączeniem tej układanki w całość. Strona graficzna komiksu to moim zdaniem prawdziwa bomba. Bardzo lubię taki ekspresjonistyczny, zgeometryzowany styl rysunków. Przypomina mi bowiem najlepsze animacje Genndy’ego Tartakovskiego – Atomówki czy Samuraja Jacka.

Black Market Ultra

Szczerze powiedziawszy, mam duży problem z ostateczną oceną tego komiksu. Pomysł jest niezły, wykonanie – takoż, jednak czegoś tu brakuje. Po lekturze nie odłożyłem tabletu i nie westchnąłem z czytelniczego zachwytu jak w przypadku wspomnianych Strażników bądź Marvels. Być może format miniserii był tu po prostu zbyt ciasny i nie zdążyłem do końca zanurzyć się w wykreowany przez autorów świat. Koniec końców, żadna z postaci nie wzbudziła też mojej sympatii. Zarówno protagoniści, jak ich adwersarze idą do celu po trupach i zawsze sięgają po metody najbardziej bezlitosne (choć nie można odmówić im skuteczności). Po prostu – nie miałem komu kibicować.

Tytuł: Black Market
Scenariusz: Frank J. Barbiere
Rysunki: Victor Santos
Wydawnictwo: Boom! Studios
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 112

Marcin „Martinez” Turkot

Marcin „Martinez” Turkot

Jestem geekiem trzydziestego któregoś poziomu, a także niepoprawnym fanboyem Supermana. W magisterce pisałem o związkach komiksu superbohaterskiego z mitami. W życiu zajmowałem się redagowaniem czasopisma o grach fabularnych i planszowych, tłumaczeniami gier, moderowaniem forów, pisaniem tekstów dla największego polskiego portalu internetowego oraz do "Tygodnika Powszechnego". Obecnie pracuję w reklamie. Uwielbiam komiks, w szczególności frankofoński, oraz animacje wszelakiego rodzaju (może poza anime, na którym się nie znam). Od ponad 20 lat gram w erpegi. Na gry komputerowe nie starcza mi już czasu...