Bodycount Okładka

Czytając Bodycount, doświadczyłem pięknej wizji. Pamiętacie ten rozlazły koszmar dziecka chelonologa, którym Michael Bay prawie zabił popkulturowy clout Żółwi Ninja? Dostrzegłem potencjał w uwielbieniu, jakie ten reżyser żywi do przesadnych eksplozji. Gdyby spędził dziesięć lat na narkotykowym haju, oglądając staroszkolne kino akcji, miałby szansę stworzyć w miarę wierną adaptację tej intensywnie pokręconej serii. Wtedy i tylko wtedy, ale byłoby to jego magnum opus, którego ukończenie prawdopodobnie zaowocowałoby zgonem w blasku chwały.

Pisanie o fabule w kontekście tego komiksu jest trochę bezcelowe, ale porządek musi być. Tornado przemocy kręci się wokół buchającej kulturystycznym seksapilem dziewczyny o równie tajemniczym, co adekwatnie sztampowym imieniu Midnight. Ścigana przez mafię wpada przypadkiem w środek mordobicia, którego głównym bohaterem jest Casey Jones – kolega Żółwi Ninja o skłonnościach do przesadnej przemocy, znany z zamiłowania do sprzętu hokejowego. Pogrążona w walce o przetrwanie parka zgarnia po chwili Raphaela, czyli najbardziej czupurnego z czwórki wojowniczych braci, po czym daje dyla, rozpoczynając jeden z najbardziej intensywnych pościgów, jakie widziała fikcja dwudziestego wieku.

Bodycount Przykładowa Strona

Kevin Eastman w materiałach dodatkowych chwali się pobitym rekordem wyłupionych gałek ocznych, no i chyba nie wymyślę lepszego podsumowania tego albumu. Bodycount to szaleńcza jazda po bandzie, w której jakakolwiek opowieść służy tylko i wyłącznie za pretekst do pulpy ostrej jak brzytwa i przelatującej z prędkością tysiąca pocisków wypełniających każdą z jej stron. Sugerując się tytułem, spróbowałem zliczyć faktyczną liczbę ofiar i poddałem się po pięciu stronach – jest ogromna, Lobo by się nie powstydził. Pomimo bezczelnych sztamp i fabularnej prostoty całość czyta się jednym tchem, bo na wnikliwą analizę mankamentów po prostu nie ma czasu. Autorzy wyraźnie bawili się świetnie, tworząc tę serię. Wykorzystali komiksową tolerancję dla absurdu i przesady, aby trochę karykaturalnie dopisać potęgę szaleństwa typowego dla filmów Johna Woo. Nie ma przebaczenia, nie ma nudy, często nie ma sensu, ale za to jest tona humoru i gniew wypisany na setkach wykrzywionych twarzy, a nawet na maskach samochodów. Nic dziwnego, że w Bodycount nawet Słońce spogląda w dół z niepokojem.

Te wspomniane pod koniec poprzedniego akapitu graficzne smaczki, które oczywiście w komiksie faktycznie występują, to charakterystyczna zasługa Simona Bisleya. Uosobienie ilustracyjnej anarchii, jedna z najbardziej rozpoznawalnych kresek w branży, wszechstronny pasjonat. W tym przypadku najbardziej widoczna jest ta pierwsza z wymienionych cech jego warsztatu, bo do targającego akcją chaosu dopasował ilustracje niemalże całkowicie pozbawione spójności. Zmienne proporcje ciał i powykrzywiane gęby można zgonić na zabawną stylistykę, ale jeśli Bisley ma ochotę coś narysować, to to narysuje, nie zważając na jakikolwiek sens. Intensywność akcji nie skupia się jedynie na pierwszym planie, tła żyją własnym życiem, często pojawiają się elementy kompletnie zbędne. Dzięki doświadczeniu Bisleya natłok bodźców pozostaje czytelny i miły dla oka, w specyficznie perwersyjny sposób. To wszystko dodatkowo ulepszają wciąż nieprzestarzałe, żywe kolory i fakt, że rysownik momentami bardzo wyraźnie i trafnie parodiuje kreskę Franka Millera. Graficzny odpowiednik przemyślanej, ironicznej grafomanii, albo muzyki grindcore, jak kto woli.

Bodycount Przykładowa Strona

Z drugiej strony trzeba przyznać, że Bodycount nie jest komiksem dla każdego. Powiem więcej – niektórym wyda się prostacki i ordynarny, a jeśli nie skupimy się na jego przerysowanej i samoświadomej naturze, to taki właśnie jest. Jakiekolwiek emocje i morały istnieją tylko w formie karykaturalnej egzaltacji, a skąpe stroje Midnight unikają seksistowskiego wydźwięku tylko dlatego, że przez stężenie mięśni na metr kwadratowy mało kto w tej serii wygląda na człowieka. Prześmiewczość w Bodycount jest tak intensywna, że czasem niestety zjada swój własny ogon. Również Bisley zaliczył kilka potknięć – ciężko nie zauważyć ilustracji, którym poświęcił zdecydowanie mniej serca.

Same pochwały należą się Non Stop Comics za jakość wydania. Przy niewielkiej ilości stron ten album spokojnie mógłby trafić na półki w miękkiej oprawie, ale wybór hardcovera cieszy mnie za każdym razem. Nie brakuje również materiałów dodatkowych, tutaj głównie w mojej ulubionej formie – komentarzy od autora i grafik ilustrujących proces powstawania serii. W tym przypadku naprawdę pomaga to zrozumieć, o co tym szaleńcom chodziło.

Bodycount Przykładowa Strona

Jeśli szukacie ambitnej, pełnej głębokich wątków historii, rozejrzyjcie się w katalogu wydawcy za innym tytułem – opcji nie brakuje. Bodycount to brudna rozrywka, prymitywna, ale niepozbawiona przemyślanej ironii. Przywołuje wspomnienia komiksów, które chowało się przed rodzicami i czytało po kilkadziesiąt razy, w celu wyłapania wszystkich szczegółów i misternych sposobów na przedstawienie krwawego wypatroszenia. Po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że ekranizacja nie miałaby szans powodzenia – całą akcję można streścić w piętnaście minut, a efekt końcowy byłby niezjadliwym koncentratem przemocy, ołowiu i testosteronu. Ekrany telewizorów mogłyby sobie z tym nie poradzić, ale w krótkiej, zamkniętej formie graficznej to wariactwo pozostaje strawne, o ile oczywiście trafi w ręce odpowiedniego odbiorcy.

Serdecznie dziękujemy wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Bodycount
Wydawnictwo: IDW Publishing / Non Stop Comics
Autorzy: Kevin Eastman / Simon Bisley
Tłumaczenie: Bartłomiej Burtea
Typ: komiks
Data premiery: 27.03.2019
Liczba stron: 112

Dodaj komentarz

avatar