Daredevil Okładka

Nie ma Daredevila bez Franka Millera i nie ma Franka Millera bez Daredevila – może i przesada, ale jedynie malutka. Pod koniec lat 70. komiksy o śmiałku nie zachęcały tysięcy dzieciaków do kupowania koszulek z czerwonym D na piersi, ogólnie coraz mniej osób okazywało zakupowy entuzjazm w kontakcie z jego serią. Tytuł odbił się od dna praktycznie od razu po przejęciu scenariuszy przez wtedy jeszcze początkującego autora. Pierwszy tom Daredevila od Egmontu podsumowuje właściwie te zeszyty, które poprzedziły dziarską wspinaczkę do blasku reflektorów, w większości jedynie rysowane przez Millera. Czy to oznacza, że można je sobie odpuścić?

Życie Matta Murdocka nie było wtedy usłane różami. Pomimo romansu z Czarną Wdową i naprawdę dezorientującej liczby przyjaźnie nastawionych statystów, którzy codziennie zapychali kadry jego życia, głównymi partnerami nocnych randek okazywali się powykręcani, żądni zemsty popaprańcy. Z kim on się tu nie okłada po gębach: Death-Stalker, Oprawca i Gladiator! Dobra, ja też nie kojarzę. Na szczęście pod jego pałki wchodzą też Doctor Octopus, Hulk i Bullseye, który z tej potyczki wynosi tylko eskalację szaleństwa i większość z was wie, do czego to doprowadzi w niedalekiej przyszłości (tak, chodzi o Elektrę). Gigantyczne zielone pięści i metalowe macki jednak wydają się niczym w obliczu jednego z największych lęków każdego samozwańczego obrońcy sprawiedliwości – odkrycia jego tajemnej tożsamości.

Daredevil 01

Zaczyna się i kończy na starciach z pomijanymi później leszczami, a z zeszytów faktycznie napisanych przez Franka Millera dostajemy tylko dwa. Większość tomu wypełnia archaiczna narracja i typowy dla tamtych czasów kolorowy chaos. Spory procent dymków służy jedynie za przesadną ekspozycję, która traktuje czytelnika jak idiotę niezdolnego do nawet najmniejszych domysłów. Na dodatek ta narracja przedstawia wątki, które (oprócz tego z Bullseyem) nie za bardzo rzutują na przyszłość Daredevila. Wracam więc do pytania zadanego na początku – czy warto to w ogóle czytać? Jak najbardziej.

Już po kilku stronach możemy się przekonać o sile kreatywności Millera, wybijającej jego pomysły poza sferę graficzną. Obserwujemy stopniowe wchodzenie z butami na teren biednego Rogera McKenziego, który, chcąc nie chcąc, musiał ulegać sugestiom bardziej czującego postać młodego współpracownika. Dzięki temu otoczony przez kuriozalny fanklub śmiałek z historii na historię staje się coraz wyraźniej skonfliktowany i głęboki. Pozornie płytkie historie, jak potyczka na cmentarzu, ociekają mrocznym klimatem, a manto od Hulka dowodzi, że Nieustraszony zasługuje na swój przydomek.

Daredevil 02

Tak naprawdę nie widzimy jeszcze tego Diabła z Hell’s Kitchen, którego pokochały miliony, ale jak na dłoni możemy zaobserwować jego mozolne narodziny. Z przestarzałego sposobu opowiadania historii, który nie pozostawiał nic wyobraźni czytelnika, przechodzimy do nieśmiałego nasionka introwertycznego trykociarstwa ocierającego się o klimaty noir. Przede wszystkim mamy do czynienia z istotnymi momentami w historii śmiałka, takimi jak początek jego zwady z nieludzko celnym socjopatą i koniec miłosnego tańca z Czarną Wdową – wątkami, które doprowadziły do pamiętnych historii takich jak Born Again czy nawet pośrednio historii o Batmanie, wypełnionych doświadczeniami wyniesionymi z pracy nad najbardziej znanym z niepełnosprawnych superbohaterów.

Pozostaje jeszcze kwestia wizualnej strony narracji. Trudno nie przyznać, że początki pracy Millera są mocno osadzone w klasycznym trykociarstwie z lat 70. i początkowo nie wybijają się z niego ani o jotę. Zanim młody geniusz popuścił wodze fantazji w kierunku wyrazistości ocierającej się o karykaturę, był zdolnym rzemieślnikiem rozumiejącym potrzeby medium. Jego Daredevil jest atletyczną smugą czerwieni, odznaczającą swoją obecność na tle granatowego mroku miasta. Nie przyszedł jeszcze czas na odważne zabawy kadrami, ale w ich granicach czuć dynamiczny ruch i dramatyzm. Sam jestem średnim entuzjastą starej szkoły komiksowego kreślarstwa, ale w kontakcie z tym Daredevilem czułem to samo, co wciągnęło mnie w ten świat lata temu – fascynację kontrastem, namacalną akcją i lekką teatralnością. Najwyraźniej wtedy było to potrzebne, a przy odpowiednim nastawieniu działa całkiem nieźle i dzisiaj.

Daredevil 03

Gdy już zignorujecie okropną okładkę, bo gorszej się wybrać chyba nie dało, to macie szansę złapać jeden z najwyraźniejszych zapisków stopniowej ewolucji bohatera komiksowego pod piórem nowego autora. Początkowo rysowany, a potem i pisany przez Franka Millera Daredevil przedstawia nam się tutaj w nie najlepszej, przestarzałej formie i całkiem przekonująco pokazuje, czym może się stać w przyszłości. Jeśli zachwyciły was niedawno runy Bendisa i Brubakera, to ten tom jest dla was pozycją obowiązkową. Niektóre komiksy z tamtych lat mają urok nadający im nieśmiertelność, a w tym przypadku możecie być świadkami narodzin legendy.

Serdecznie dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Daredevil. Tom 1.
Wydawnictwo: Marvel Comics / Egmont
Autorzy: Frank Miller, Roger McKenzie, David Michelinie
Tłumaczenie: Marceli Szpak
Data premiery: 23.01.2019
Liczba stron: 176

Dodaj komentarz

avatar