Recenzja komiksu Elves Volume 1

Elves

Elves to wciąż kontynuowana seria Jean-Luca Istina, szefa frankofońskiego wydawnictwa Soleil Celtic (odłamu Soleil Productions) publikującego komiksy związane z Bretanią i kulturą celtycką. Istin jest autorem scenariusza do pierwszego zeszytu, The crystal of the Blue elves (Kryształ Błękitnych elfów), każdy kolejny ma inny zestaw autorów. Ten tom zbiera dwie historie osadzone w świecie ludzi, elfów, orków i nie tylko, wiecznie ze sobą skłóconych, a co za tym idzie toczących wojny lub nienawidzących się po cichu. Największym przegranym tej sytuacji wydaje się być nasza rasa, nie posiadająca magicznych mocy, nieśmiertelności ani ogromnej siły.

The Crystal of the Blue Elves zaczyna się w niewielkiej arktycznej osadzie, której mieszkańcy zostali wymordowani. Ich szczątki odkrywają elfka Lanawyn i człowiek Turin, podróżujący we wspólnej misji. Ślady pozostawione na miejscu masakry naprowadzają ich na przypuszczalnych morderców – plemię ludzi nienawidzących elfów i konkurujących z nimi o dostęp do morza. Równoległy wątek (a przeplatają się czasami w kadrach na tej samej stronie) opowiada o młodej dziewczynie z plemienia Lanawyn – błękitnych czy wodnych elfów – która okazuje się być wybrańcem oczekiwanym przez ten lud, mającym być w stanie okiełznać ich najpotężniejszą magiczną broń, tytułowy kryształ. Obie historie są pełne nagłych zwrotów akcji, zupełnie nieoczekiwanych dla czytelnika. To spora wada tego komiksu, nowe informacje są wprowadzane nagle, trochę ad hoc, przez co trudno wczuć się w stworzony tam świat i pobawić w przewidywanie biegu rzeczy. Ciężko być zaskoczonym, gdy niczego się nie oczekuje. A kolejne zaskakujące rozwiązania przypominają nieuchronnie to, jak w dzieciństwie nielubiany kuzyn nieustannie wymyślał podczas zabawy nowe fakty, przyprawiają nas o poczucie utraty kontroli i narastające znużenie.

Drugi zeszyt, The honor of Sylvan elves (Honor Leśnych elfów), został narysowany przez Gianlukę Maconiego do scenariusza Nicolasa Jarry'ego. Tym razem młoda ludzka księżniczka udaje się na poszukiwanie jedynej nadziei jej oblężonego miasta, elfickich sprzymierzeńców. Tyle że przymierze zostało zawarte przed wiekami i równie dawno pogrzebane, a potencjalni przyjaciele od dawna się nie pokazują. Jej samozwańcza misja wydaje się zupełnie beznadziejna, ale w końcu dziewczyna spotyka przystojniaka z warkoczykami…

Elves jest pełne męczących kalek. Elfy są hiperekologicznymi obrońcami matki natury, a ludzie to zaślepieni żądzą zysku wojownicy. Tylko orki z Crystal są zaskakująco dowcipne i bystre. Reszcie komiksu strasznie brakuje humoru, dialogów, które nie byłyby opowiadaniem świata przedstawionego (co musi być nudne dla jego mieszkańców) i żywotności postaci. Dwie elfki z pierwszego zeszytu i księżniczka z drugiego mają być twardymi, zaradnymi kobietami, ale tak na dobrą sprawę widać głównie, że są ładne. Często pojawiają się nago, co nie zawsze ma głębokie uzasadnienie w fabule. Czasami nawet ich twarze ocierają się o fan-serwis (te okrągłe usteczka!). Bohaterowie podejmują heroiczne kroki, narażają życie, ale nieco bezrefleksyjnie i nonszalancko – czytelnik nie odnosi wrażenia, że stało się coś ważnego, złego, smutnego. Krótko mówiąc, te historie nie są angażujące emocjonalnie. Nie ratuje ich nawet pełen detali, realistyczny, bardzo klasyczny rysunek. Co ciekawe, ciężko zorientować się na oko, że rysowników jest dwóch – ich style zostały bardzo ujednolicone.

Elves to pozycja dla zapiekłych fanów klasyki, wielkich miłośników elfów, orków i magii, którym nie będzie przeszkadzać powtarzalność motywów. Dla mnie było męczące i niesatysfakcjonujące. Nie jestem też pewna, czy nawet wielbiciele gatunku dadzą sobie radę z nieco chaotycznym wprowadzaniem nowych informacji i nagłymi zwrotami akcji sprawiającymi, że komiks nie wzbudza przesadnych uczuć. A także z najgorszym: ci sztywni bohaterowie czasami próbują flirtować!

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).