W różności siła. Recenzja komiksu Green Lanterns Volume 2: The Phantom Lantern

Green Lanterns komiks cover

Niedawno wiceprezesowi Marvela – Davidowi Gabrielowi – wypsnęło się, że spadek sprzedaży komiksów tego wydawnictwa wynika ze zbyt dużej ilości nie-białych bohaterów oraz bohaterek (w których przypadku kolor skóry nie ma znaczenia, liczą się cechy płciowe) – weźmy Iron Mana, Thora, Mockingbird, Kapitana Amerykę (w wersji Sama Wilsona). Czytelnicy ponoć nie oczekują różnorodności. Jest to półprawda, bowiem cały przemysł komiksowy w USA przeżywa kryzys, a np. seria o Ms. Marvel (nastolatce pakistańskiego pochodzenia) sprzedaje się świetnie. Wydawnictwo strzela sobie w stopę przede wszystkim nieustannymi cross-overami, w których wszyscy walczą ze wszystkimi (Avengers vs. X-Men, Civil War II, Secret Wars), podkopując fundamenty uniwersum. Szczytem wszystkiego było zrobienie z Kapitana Ameryki agenta Hydry. To tak, jakby Ksiądz Robak z Pana Tadeusza okazał się carskim szpiegiem-prowokatorem, wciągającym dzielnych szlachciców prosto pod lufy rosyjskich karabinów.

Phantom Lantern 001

Tymczasem największy konkurent Marvela – DC Comics – robi coś wręcz przeciwnego – zwiększa liczbę bohaterów o pochodzeniu etnicznym innym niż anglosaskie i posiadających chromosomy XX. Sztandarowym duetem uosabiającym ten trend są obecni ziemscy Green Lanterns – latynoska Jessica Cruz oraz Libańczyk Simon Baz. Twórcy komiksów z ich udziałem nie boją się wplatać w fabułę trudnych współczesnych tematów. Oczywiście, kreowanie zielonych świetlistych konstruktów do walki ze złoczyńcami nadal jest ważnym elementem serii, ale nasi bohaterowie nie zawsze muszą być „super”. Baz zaprasza Jessicę do swojego domu w Dearborn w stanie Michigan, by poznała jego rodzinę – siostrę, szwagra, siostrzeńca oraz mamę, która budzi w Simonie obawy większe niż najpotężniejsze kosmiczne potwory. Scenki rodzajowe z pieczeniem ciasteczek i halloweenowymi przebierankami (jest bowiem 31 października) są zabawne, lekkie i pogłębiają ludzki wymiar postaci. Nie zapominajmy również o „kosmicznym smerfie” goszczącym w domu Bazów – wygnany Strażnik Wszechświata Rani przysparza kolejnych problemów naszym bohaterom. Stworzony przezeń Phantom Ring (Fantomowy Pierścień (?)) może być noszony przez dowolną osobę i pozwala używać każdego z kolorów emocjonalnego spektrum. Nic zatem dziwnego, że bardzo wiele indywiduów chce przyozdobić nim swoje brudne paluchy. Jedną z takich osób jest Frank Laminski, będący jak Adaś Miauczyński z Nic śmiesznego: „całe życie ciągle drugi”. Od czasu, gdy Hal Jordan uratował go od niechybnej śmierci w katastrofie prototypowego samolotu wojskowego, marzeniem Franka było zostanie członkiem Korpusu Zielonych Latarni. By nauczyć się przezwyciężać strach, został nawet strażnikiem w Arkham – nic to jednak nie pomogło. Miał już Pierścień w zasięgu ręki, ale okazało się, że zaszła pomyłka i strażnikiem Sektora 2814 został Simon. Nasz bohater się załamał. Na szczęście z ust starego wroga Korpusu dowiedział się o istnieniu Fantomowego Pierścienia, w którym dostrzegł szansę realizacji swych marzeń. Przeciwnicy w Rage Planet nie przypadli mi do gustu, ten nowy adwersarz jest jednak konstrukcją niezwykle udaną i niejednoznaczną – jednocześnie komiczną i tragiczną. Wiedziony obsesją zostania superbohaterem ulega całemu wachlarzowi emocji, co wpływa na jego bieżące zdolności. Bardzo polubiłem Franka i mam nadzieję, że jeszcze wielokrotnie pojawi się na kartach tej serii.

Phantom Lantern 003

Fabuła jest wartka, postacie dobrze nakreślone i zróżnicowane, rysunki porządne; szczególnie dobrze wychodzą artystom świetlne konstrukty. To jeszcze lepsza historia niż w albumie poprzednim, dlatego z czystym sumieniem polecam ją nie tylko fanom Szmaragdowych Rycerzy. Marvelu – patrz i ucz się, jak wprowadzać różnorodność wśród swoich postaci!

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Green Lanterns Volume 2: The Phantom Ring (Rebirth)
Wydawnictwo: DC Comics
Typ: Komiks
Gatunek: Superbohaterowie
Data premiery: 2.05.2017
Scenariusz: Sam Humphries
Rysunki: Ronan Cliquet, Jack Herbert, Eduardo Pansica, Robson Rocha
Liczba stron: 188

Marcin „Martinez” Turkot

Marcin „Martinez” Turkot

Jestem geekiem trzydziestego któregoś poziomu, a także niepoprawnym fanboyem Supermana. W magisterce pisałem o związkach komiksu superbohaterskiego z mitami. W życiu zajmowałem się redagowaniem czasopisma o grach fabularnych i planszowych, tłumaczeniami gier, moderowaniem forów, pisaniem tekstów dla największego polskiego portalu internetowego oraz do “Tygodnika Powszechnego”. Obecnie pracuję w reklamie. Uwielbiam komiks, w szczególności frankofoński, oraz animacje wszelakiego rodzaju (może poza anime, na którym się nie znam). Od ponad 20 lat gram w erpegi. Na gry komputerowe nie starcza mi już czasu…