Hellboy Okładka

Postać Hellboya istnieje w popkulturze już od ponad 20 lat. Nawet sam twórca postaci – Mike Mignola, kreśląc pierwsze szkice nie spodziewał się, jak bardzo rozpoznawalną markę powołuje do życia. W ramach stworzonego przez niego uniwersum ciągle pojawiają się nowe serie komiksowe, zarówno główne, jak i spin-offy. W zeszłym roku, świadomie korzystając z szumu medialnego spowodowanego przez pogłoski o nowym filmie, mądre głowy z Egmontu podjęły się wydania reedycji pierwszych przygód czerwonego łowcy potworów. Na plusy i minusy tego albumu można spoglądać na różne sposoby. Rozpoznaję jednak bezcelowość porównywania jej do wydania oryginalnego, bo tu większość argumentów rozbije się o osobiste preferencje czytelnika, a reszta będzie opiewać plusy bogatszego i droższego wydania. Nie widzę również sensu w doszukiwaniu się przyczyn wypuszczenia tej serii w mniejszym formacie od oryginalnej, anglojęzycznej Library Edition. Po prostu wygodniej się to trzyma, uwierzcie na słowo. Postanowiłem więc postarać się spojrzeć na ten tom oczami świeżaka, pasjonata komiksów niezaznajomionego z postacią poza jej popularnymi, filmowymi perypetiami. Może pozwoli nam to odpowiedzieć na proste pytanie: czy demony starzeją się z klasą?

Hellboy Skan 1

Akcja części pierwszej, zatytułowanej Nasienie Zniszczenia, przedstawia koniec Drugiej Wojny Światowej. Przyparci do muru naziści coraz mocniej chwytają się metaforycznej brzytwy, zwracając się ku rozwiązaniom ezoterycznym i okultystycznym. Na skutek działań barwnej grupy popleczników Heinricha Himmlera na ziemię trafia piekielny pomiot o złowrogim przeznaczeniu – Hellboy. Zanim jednak udaje mu się poznać pisaną mu rolę, pod swój dach przyjmuje go B.B.P.O., czyli organizacja zajmująca się badaniem zjawisk paranormalnych. Przeszłość dosyć szybko dogania naszego protagonistę i skutecznie przeszkadza mu w radosnym wybijaniu wiedźm i wampirów. Tutaj zgrzyt napotkają osoby, dla których pierwszym kontaktem z postacią był wypuszczony w 2004 roku film z Ronem Perlmanem w roli głównej. Chociaż akcja albumu mniej więcej pokrywa się z fabułą kinową, to brakuje w nim dokładnego rozrysowania stosunków między bohaterem i jego przybranym ojcem – profesorem Bruttenholmem. Dowiadujemy się o ich bliskich relacjach, lecz nie jest nam dane ich odczuć. To zimne, często bezosobowe podejście cechuje całą narrację i mogłoby się wydawać wadą, ale warunkuje zbudowanie niepowtarzalnego i mocno oderwanego od rzeczywistości klimatu.

Wędrując po starych zamczyskach mamy więcej okazji zorientować się, że świat tego komiksu zdecydowanie różni się od naszego. Hellboy nie przykłada większej wagi do ukrywania się. Jego wygląd nie jest niczym dziwnym, nawet dla osób postronnych. Tak naprawdę liczy się tylko misja – powstrzymanie sił nadprzyrodzonych, a z punktu widzenia odbiorcy – wprowadzenie w kuriozalne, oślizgłe i przepełnione przedwieczną potęgą uniwersum.

Hellboy Skan 2

Druga część, czyli Obudzić Diabła, działa w podobny sposób. Z pozornie zwykłej sprawy dotyczącej rumuńskich wampirów szybko wyłaniają się łapska ludzi od lat sterujących z cienia życiem Czerwonego. Wspólnie poznajemy jego prawdziwe imię i obserwujemy, jak idzie pod prąd strumieni losu. Ponownie nasuwa się porównanie do filmów, w których podobne wątki zostały przedstawione w sposób zdecydowanie bardziej dramatyczny. Brakuje również psychologicznej głębi w kontaktach z innymi członkami drużyny, takimi jak wodny humanoid – Abraham Sapien, czy też piromantka – Elizabeth Sherman. Nie ma co liczyć na drobiazgowe analizowanie budujących się przyjaźni i na rozterki związane z trudną miłością. To dodatki, które wymusiło Hollywood i ich brak pokazuje, na czym tak naprawdę polega potęga tego tytułu w jego komiksowej formie.

Chodzi głównie o to, że bez usilnych prób przypodobania się każdemu czytelnikowi, bez wsadzania niepotrzebnego everymana (do ciebie piję, Myers!) do drużyny, ten tytuł jest nadal uniwersalny. Powiedziałbym nawet, że bardziej. Mroczna, pełna tajemnic opowieść jest właściwie szkicem, który na licznych zapożyczeniach z europejskiego folkloru i dzieł takich klasyków jak H.P. Lovecraft buduje dziesiątki punktów zaczepienia dla zainteresowania odbiorcy, właściwie nie wymagając osobistej interpretacji i zbytniego analizowania. Lata później to nadal czyta się dobrze, głównie ze względu na bezpośredniość i wyrazistość zarówno fabuły, jak i działających w jej zakresie charakterów.

Hellboy Skan 3

Jeszcze lepiej tę klarowność widać w warstwie graficznej. Dzięki daleko posuniętej stylizacji i umiejętnie stosowanemu minimalizmowi kreska mistrza nie zestarzała się prawie wcale. Obserwując poszczególne, doskonale skomponowane kadry nikt nie stwierdzi, że „tak się już nie rysuje.” To głównie dlatego, że wielu wciąż usiłuje tak rysować, często z miernym skutkiem. Mignola ma oczywistą radość ze sprawnego i mądrego operowania czernią. Kilka kresek w jego wykonaniu jest w stanie przekazać szereg emocji, a nieprzenikniony cień nigdy nie skrywa tego, co powinniśmy widzieć w pełnej krasie. Dodatkowe wrażenie robi kunszt kompozycyjny, który większość (nawet małych) kadrów zmienia w wymowne ilustracje, a z niektórych robi epickie i dynamiczne freski. Nałożona na to przytłumiona paleta barw oszczędnie gra czerwienią i innymi mocniejszymi odcieniami, powodując wrażenie obcowania z dużo młodszym komiksem.

Nie może być tak całkowicie pięknie i kolorowo, więc o samym wydaniu słów kilka. Wybranie do niego wątków dotyczących bezpośrednio genezy i apokaliptycznego przeznaczenia Hellboya jak najbardziej ma sens i ułatwi zrozumienie tej postaci potencjalnym nowym fanom. Mam jednak wrażenie, że taki krok nie spodobałby się samemu bohaterowi. Oryginalnie chronologia wyglądała nieco inaczej, a między tymi dwiema historiami zdążyło zadziać się trochę spraw raczej niezwiązanych ściśle z kosmicznym złem, które zrodziło sympatycznego diabła. Takie lekko zdystansowane podejście do narracji bardziej pasowało do wspomnianej wcześniej „pasywnej” atmosfery całej historii. Potraktuję to jednak jako osobistą preferencję i poczekam na uzupełniającą te braki kontynuację.

Hellboy Skan 4

Pierwszy tom nowego, zbiorczego wydania Hellboya to przede wszystkim doskonała pozycja dla osób chcących rozpocząć swoją przygodę z dziećmi kreatywności Mike’a Mignoli, ale też jako tytuł niemalże obowiązkowy dla zagorzałych fanów. Ten komiks już dawno zasłużył na twardą oprawę, pozłacane litery i liczne materiały dodatkowe takie jak szkice czy przedmowy w wykonaniu Roberta Blocha i Michaela Moore’a. Teraz, gdy już to wszystko dostaliśmy, nieco pozbawione sensu jest narzekanie na kolejność przedstawienia historii i okazjonalną sztywność w dialogach (o której zapomniałem wspomnieć wcześniej, ogólnie tłumaczenie jest przynajmniej zadowalające). Pomimo tych 20 lat na karku jest to opowieść rozpoznawalna na pierwszy rzut oka, wypełniona folklorystyczna inspiracją i niezmiennie porywająca. Oddajcie jej należny szacunek, kupcie, postawcie na półce, zróbcie mały ołtarzyk i może odprawcie jakiś drobny rytuał. Tylko ostrożnie, bo przyzwane demony najwyraźniej nie starzeją się wcale.

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu Egmont

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Hellboy Tom 1: Nasienie Zniszczenia & Obudzić Diabła
Wydawnictwo: Dark Horse / Egmont
Autorzy: Mike Mignola, John Byrne
Typ: komiks
Data premiery: 08.11.2017
Liczba stron: 288

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o