John Carter: The End cover

Czerwona Planeta rozbudzała wyobraźnię ludzkości odkąd nasz gatunek zaczął spoglądać w niebo. Podobnie jak w przypadku bliższego nam Księżyca, zasiedlaliśmy Marsa marzeniami – „zielonymi ludkami” (czasem podobnymi nam, kiedy indziej obcymi i agresywnymi), fantastyczną florą, fauną, starożytnymi, potężnymi budowlami (słynne „kanały”) oraz nieprawdopodobną (niekiedy śmiercionośną) technologią („trójnogi z promieniem gorąca”). Projekcje te były wyrazem społecznych pragnień – nie chcieliśmy być sami we wszechświecie. Jednym z klasycznych dzieł na temat tej planety jest 11-tomowy cykl o Barsoomie autorstwa Edgara Rice Burroughsa (twórcy postaci Tarzana). Pierwsza część tej serii ukazała się w odcinkach na łamach magazynu „The All-Story” ponad sto lat temu, zaś wydania książkowego doczekała się w roku 1917. Przyznam, że nie czytałem Księżniczki Marsa i chyba już nigdy mi się to nie uda. Takie fantastyczne powieści przygodowe sword & planet mogą podobać się nastolatkowi, nie muszą jednak odpowiadać bardziej wyrobionemu czytelnikowi. Podgatunek ten wyróżnia miejsce akcji – planeta zamieszkała przez obcą cywilizację na tyle antropomorficzną, że główny bohater – człowiek – może ją zrozumieć. Mieszkańcy fantastycznego globu stoją na dość wysokim poziomie technologicznym (choć czasem żyją na gruzach dawnej świetności), społecznie jednak często funkcjonują na poziomie niewolnictwa, systemu kastowego czy despocji.

John Carter: The End 001

Na pustynnym Barsoomie (rodzima nazwa Marsa) mieszkają dwa główne gatunki rozumne – Marsjanie zieloni (czwororękie, nomadyczne olbrzymy) oraz czerwoni (wyglądają jak ludzie, tylko o innej barwie skóry). Główny bohater – Ziemianin John Carter, zyskawszy szacunek u pierwszych (za pomocą swej siły i zręczności, wielokrotnie większych z racji słabszej grawitacji), wyrusza na wyprawę przeciw jednemu z państw-miast, zdobywa rękę miedzianoskórej księżniczki i zostaje księciem Nowego Helium. Stereotyp na stereotypie – te historie znamy od wieków. Jedyne, co mnie ujmuje w tego typu dziełach popkultury, to estetyka – kapiące od klejnotów stroje, kunsztownie zdobiony oręż czy monumentalne, babilońskie wręcz budowle na tle bezkresnych, szkarłatnych pustkowi oraz niebotycznych łańcuchów górskich.

Z powyższych powodów John Carter: The End od Dynamite Entertainment nie był dla mnie pozycją pierwszego wyboru. Sięgnąłem po niego z recenzenckiego obowiązku podszytego lekką ciekawością – czy komiks będzie mocno trzymał się stylistyki pierwowzoru, a może twórcy pozwolą sobie na pewną rewizję tradycji? I, przyznam szczerze, czekało mnie miłe zaskoczenie. Już otwierające strony albumu pokazały, że nie będzie to typowe „fantasy w kosmosie” – przestrzenne kadry, cienkie linie rysunku, kanciaste postaci i jednolite, subtelne barwy, a także brak dialogów czy onomatopei przywoływały na myśl europejskich mistrzów gatunku z lat 70. i 80. – Phillipe’a Druilleta, Moebiusa czy Jeana Claude’a Mézièresa.

John Carter: The End 002

Początkowo w ogóle nie wiedziałem, o co chodzi – jakiś pojazd przylatuje do opustoszałych ruin, ktoś przed nim ucieka, ktoś inny do statku strzela… Dopiero w toku rozwoju opowieści poznajemy historię stojącą za tym prologiem. Kilkaset lat po wydarzeniach z książkowej sagi John Carter wraz z żoną Dejah Thoris żyją (a są niemal nieśmiertelni) na dobrowolnym wygnaniu na Tytanie, księżycu Barsoomu. Po tragicznej śmierci swego syna (tak naprawdę nie do końca syna – ale to niezbyt istotne) zerwali wszelkie kontakty z Czerwoną Planetą. Do małżonków przybywają emisariusze Tarsa Tarkasa – przywódcy jednego z klanów zielonych Marsjan i przyjaciela tytułowego bohatera. Okazuje się, że Den Thorkar – ponoć zmarły potomek Cartera i Thoris ma się całkiem dobrze i rości sobie prawa do tytułu cesarza (jeddaka) całej planety. Wprowadza na Barsoomie tyranię, dążąc do eksterminacji rasy zielonoskórych olbrzymów. Jego rodzice odkurzają zatem swoją broń i powracają, by wyjaśnić zagadkę „zmartwychwstania” syna i powstrzymać ludobójstwo. Każde z nich robi to na własną rękę, a czytelnik może śledzić wydarzenia dziejące się jednoczenie w dwóch miejscach. Nie ma tutaj wielu scen walki – to nie komiks w stylu „bij-zabij”, raczej portret anatomii władzy (cytaty z dworu Thorkara można by odnieść do dzisiejszej ziemskiej sytuacji geopolitycznej) na tle niszczejącego krajobrazu dekadenckiego świata będącego na krawędzi zagłady.

John Carter: The End 003

Dogłębna znajomość literackiego pierwowzoru nie jest tu potrzebna – co prawda przewijają się postacie i tematy z utworów Burroughsa, jednak przy sporadycznym podpieraniu się Wikipedią wszystko jest zrozumiałe. John Carter: The End w bardzo udany sposób łączy nieco zardzewiałą już ponadstuletnią tradycję powieści pulpowej z europejską kreską, wciągającą fabułą i sugestywnym nastrojem. Przyznam, że Brian Wood (do spółki z Aleksem Coksem) znów dowodzi swojej pisarskiej maestrii, podobnie jak przy Rebels. Rysunki Haydena Shermana z kolorami Chrisa O’Hallorana to również klasa sama w sobie; dawno nie widziałem tak udanego nawiązania do komiksowej tradycji s-f (moim zdaniem pod tym względem lepsze jest tylko Low). Jeśli jesteście fanami Metabaronów, Valeriana czy Lone Sloane’a, to koniecznie powinniście przeczytać ten komiks, który z tradycją nie zrywa, lecz filtruje ją przez współczesną optykę i nadaje nowoczesną formę.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: John Carter: The End
Wydawnictwo: Dynamite Entertainment
Typ: Komiks
Gatunek: Science-fiction
Data premiery: 11.10.2017
Scenariusz: Alex Cox, Brian Wood
Rysunki: Hayden Sherman
Kolory: Chris O’Halloran
Liczba stron: 134

Dodaj komentarz

avatar