Jupiter's Legacy Okładka

W popkulturze kilka lat temu ruszyła nabierająca siły lawina produkcji superbohaterskich. Liczne peleryny powiewają dumnie, wypełniając rewią kolorów ekrany kin, komputerów i testując wytrzymałość regałów w domach komiksowych zapaleńców. Każda akcja rodzi jednak reakcję. Co jakiś czas pojawia się autor, który myśli, że ma jeszcze do powiedzenia coś nowego, bawiąc się formułą superhero i ukazując tematykę w krzywym zwierciadle, dekonstruując ją lub po prostu przenosząc na inny grunt fabularny. Do szeregu scenarzystów pragnących odejść od miłej, spektakularnej pstrokatości wstąpił niedawno ponownie Mark Millar. Ten równie często mieszany z błotem, co chwalony autor, tworząc Jupiter’s Legacy znowu wbił klin (chociaż w sumie niewielki) między przedstawicieli recenzenckiej społeczności. Jak się ma ten tytuł do ciągnących się za jego twórcą zarzutów i czy niezależnie od nazwisk na okładce wypada dać mu szansę?

Stwierdzenie, że świat w opisywanym komiksie przechodzi przez zmierzch złotej ery superbohaterstwa, byłoby sporym niedopowiedzeniem. Najwięksi herosi, licząc siwe włosy na głowach, mierzą się z rzeczywistością, w której zaczyna brakować dla nich miejsca. Bezcelowość nieustannej walki i wewnętrzne spory kłują równie mocno co fakt, że następne pokolenie obdarzonych nie dostrzega nic poza czubkiem własnego nosa. Młodzi stali się pustymi celebrytami, a od ratowania świata bardziej interesuje ich blask fleszy, przygodny seks w kiblach i kuriozalne dragi. Wychodzi z tego pesymistyczna fuzja Iniemamocnych i Osbourne’ów, tragedia o legendarnych rodzicach i potomstwie, które zagubiło się w zrezygnowaniu związanym z niemożliwymi do sprostania oczekiwaniami. Nadchodzą jednak zmiany. Walter, brat Utopiana, czyli podstarzałej, zgorzkniałej kalki archetypu Supermana, przestaje skrywać swoje pragnienie wywarcia większego wpływu na świat. Przeciągając na swoją stronę bratanka, wyrwanego żywcem z filmów o niespełnionych gwiazdach rocka z lat 90., doprowadza do rozlewu krwi. Antagonizuje jednocześnie tych, których zdecydowanego sprzeciwu nie mógł się spodziewać.

Jupiter's Legacy Skan 1

Niechęć do Millara często wynika z jego nieposzanowania materiału źródłowego. Przejmując serie z rąk innych autorów nie wahał się przed wprowadzeniem druzgocących zmian. Najgorsze, że często niosły one ze sobą niewiele wartości, poza ewidentną chęcią szokowania. Te problemy nie stanowią znacznego problemu w Dziedzictwie Jowisza, bo na jego potrzeby autor zbudował sobie własną piaskownicę. Nie oznacza to jednak, że przestał bawić się w kontrowersje. Tym razem ciężko oprzeć się wrażeniu, że starał się trochę panować nad morderczymi skłonnościami swojego pióra: najmocniej w tym komiksie szokuje ulotność heroizmu i łatwość, z jaką ikony oddają się egoistycznym ambicjom. Fakt, w pierwszym tomie są dwie dosyć obrazowe sceny. W opozycji do tendencji scenarzysty, w tym konkretnym przypadku nie można odmówić im sensu. Dobitnie dowodzą determinacji i bezwzględności Waltera, uświadamiają sceptycznym (zarówno mieszkańcom wykreowanego świata, jak i czytelnikom), że “aha, tak teraz będzie”. Nie ma przesady, z jednej strony to dobrze, ale ciężko się oprzeć wrażeniu, że to wszystko już gdzieś widzieliśmy.

No właśnie, drugi (trzeci?) z częstych zarzutów wobec Millara – odtwórczość. Nigdy nie bał się sięgać po bezpośrednie inspiracje do dzieł swoich kolegów po fachu. Wystarczy zajrzeć do klasyków, bo tym razem scenariusz pachnie zepsuciem przypominającym Chłopaków Gartha Ennisa i ukazuje związane z nadludzką mocą odczłowieczenie, tak jak to miało miejsce w Strażnikach Moore’a. Pojawiają się pytania o odpowiedzialność wynikającą z wielkiej mocy (brzmi znajomo?), ale w pierwszym tomie nie znajdują rozwinięcia. Z drugiej strony takie draśnięcie tematu wydaje się póki co wystarczające, a i maglowanie klisz pasuje do zamysłu narracji. Patrząc na sposób przedstawienia relacji rodzinnych, czyli przepuszczenie charakterystyki gnuśnej, hollywoodzkiej familii przez filtr superbohaterski, udało mi się uwierzyć, że w głowie autora kryją się jeszcze jakieś oryginalne i przekonujące pomysły. Niestety pomimo bardzo szybkiego toku wydarzeń brakuje trochę wyrazistej treści. Najbardziej odczułem to przy postaciach – miałkich, nieprzekonujących. Przez większość albumu nie mogłem zaangażować się w historię, nie tylko ze względu na jej fabularne rozbicie. Głównym winowajcą był przykry fakt, że brakło protagonisty, którego losem mógłbym się chociaż trochę przejąć. Na szczęście gdy już zacząłem rozważać dołączenie do klubu antyfanów Millara – stał się cud! Po drobnym przeskoku czasowym wyklarowały się sylwetki głównych bohaterów, no i sama akcja nabrała rumieńców. Odmieniło mi to obraz całości, która przy swoim roztrzepaniu wciąż funkcjonuje bardzo dobrze jako prolog, zapowiedź dużo bardziej pochłaniającej afery. Koniec końców nawet w charakterze pozycji samodzielnej przyjemnie się to czyta, ale na dojście do tego wniosku trzeba poczekać kilkadziesiąt stron.

Jupiter's Legacy Skan 2

Strona wizualna jest głównym powodem mojej cierpliwości przy przyswajaniu tego tytułu. Jestem miłośnikiem specyficznego rodzaju “gładkiej brzydoty”, a kreska Franka Quietly’ego perfekcyjnie zgrywa mi się z tą definicją. Szczegółowość jest wybiórcza, ale ostatecznie wybrane przez szkockiego rysownika detale są zawsze wyraźne, dopracowane i doskonale wpasowane w pełną dynamiki kompozycję kadrów. Puste, wypełnione delikatną teksturą przestrzenie rozdzielają skupiska linii tworzących krawędzie ścian, fałdy na ubraniach i rysy twarzy. Te ostatnie wyraźnie przekazują mimiką emocje bohaterów, nadają im rozpoznawalność (przynajmniej wizualną) i podkreślają wszystkie braki estetyki ich facjat. Prawdziwy strzał w dziesiątkę, bo jakiekolwiek próby graficznego idealizowania historii tak nastawionej na ekspozycję wad całkowicie zrujnowałyby wiarygodność.

Jupiter's Legacy Skan 3

Nie należę do przeciwników trendu na wydawanie prawie wszystkiego w twardej oprawie, więc cieszy mnie format, w jakim wydawnictwo Mucha Comics popełniło ten tom. Można było zastanowić się nad wyborem nieco innej okładki. Za obecną przemawia jedynie to, że jest taka sama jak w wersji anglojęzycznej. Nie jest za to reprezentatywna w kontekście zawartości tego albumu – no chyba że miała obrazować jego (początkową) miałkość. Wrażenie poprawia porządny przekład i szesnaście stron urodziwych materiałów dodatkowych. Dla niektórych to niepotrzebny bajer, ja zawsze chętnie nacieszę oczy ładnymi ilustracjami.

Jak w końcu jest z tym Dziedzictwem Jowisza, dobry komiks? Trochę, nie do końca w całości, no po prostu średnio ze sporym plusem. Jest głównie doskonałym, świetnie narysowanym teaserem dobrze zapowiadającego się drugiego tomu, o mocnym skoku jakościowym ostatnich stron. Czerpie całkiem sporo z podstawowego kanonu komiksowego, ale w tej inspiracji brak bezczelności. To wszystko czyni z niego jak najbardziej pożądanego gościa na półkach miłośników umiarkowanie ekstremalnej zabawy gatunkiem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio komiks tak zręcznie wmanewrował mnie w oczekiwanie na następną część, więc biję pokłony, przegrałem. A czy spodoba się przeciwnikom Millara? Bądźmy poważni, to nadal Millar, nie spodoba się.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Jupiter’s Legacy 1: Dziedzictwo Jowisza
Wydawnictwo: Image Comics/ Mucha Comics
Autorzy: Mark Millar, Frank Quietly, Peter Doherty, Rob Miller
Typ: komiks
Data premiery: 12.12.2017
Liczba stron: 136

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o