Zapewne większość spotkanie z Kick-Assem rozpoczęła od głośnego filmu z 2010 roku. Zaczynając lekturę, cieszyłem się na powrót do znajomych postaci i fajnej historii, która miała w sobie potencjał na jeszcze większe rozbudowanie za sprawą scenarzysty Marka Millara. Spodziewałem się zmian na plus, ale to, co zostało mi zaprezentowane, rozłożyło mnie kompletnie na łopatki i utwierdziło w zdaniu, że jest to wybitny scenarzysta.

Fabuła opowiada historię Dave’a Lizewskiego, który najłagodniej ujmując, jest przegrywem, a przy tym fanem superbohaterów. Pewnego dnia postanawia wyruszyć na walkę z przestępczością, z tą zasadniczą różnicą, że nie motywuje go żądza zemsty czy inny tego typu motyw znany z komiksów, tylko chęć czynienia. Autor zresztą przez cały komiks dokonuje dekonstrukcji mitu superbohaterskiego. Dzieje się to za sprawą rzeczy takich jak choćby to, że matka bohatera nie żyje. Nie została ona jednak zabita przez superprzestępcę, a po prostu zmarła na tętniaka. Wspomniałem wcześniej, że komiks rozłożył mnie na łopatki w porównaniu z tym, co zaprezentowano w filmie. To przede wszystkim za sprawą nieszablonowych rozwiązań wątków, które powodują jeszcze większą immersję w świat komiksu. Chodzi o to, że w przeciwieństwie do filmu bohater nie zdobywa dziewczyny, ale dostaje po ryju, a niektóre akcje superbohaterskie są dużo bardziej urealnione, choć nadal pozostają w sferze brutalnej fikcji. Nie bójmy się tego stwierdzić – Mark Millar jest scenarzystą wybitnym, a jego dziecko przepełnione satyrą, dekonstrukcją często występujących tropów, pozornego urealnienia oraz masą brutalności jest jedną wielką przyjemnością do czytania.

Nie pisałem zbytnio o drugiej części komiksu, ponieważ elementy charakterystyczne dla filmu zostają zmienione w sposób szokujący, a jest ich na tyle mało, że szkoda wyjawiać. Cała reszta miejsca poświęcona jest na jedną wielką brutalną rzeź bez ogródek.

Za warstwę wizualną odpowiada John Romita Jr., twórca dosyć kontrowersyjny. Niektórzy jego sztukę uwielbiają, inni natomiast nienawidzą. Osobiście nie posunąłbym się do tak mocnego określenia jak nienawiść, ale fanem kreski nie jestem. Mimo to uważam, że pasuje ona do tego komiksu wyśmienicie. Ostre linie tworzące karykaturalne kształty oddają całościowy charakter dzieła. Dean White także wykonał swoją robotę znakomicie, zapewniając matowe barwy oddające nastrój i brutalność świata. Artyści nie skupiając się na rysowaniu dokładnie elementów tła, zostawili miejsce na zabawę kolorami pozwalającą uwydatnić najważniejsze elementy całości i podkreślić ich znaczenie. Brak teł został natomiast nadrobiony starannością wykonania ran. Ilość szczegółów dotycząca każdych obrażeń, zniszczeń i pokrywającej wszystko krwi jest zdumiewająca.

Teraz może kilka słów o samym wydaniu. Mucha Comics jak wszystkie swoje produkcje, tak i tę wydała w bardzo ładnej twardej oprawie. Komiks jest minimalnie większy niż standardowy format znany z Marvela czy DC, ale czyta się go równie wygodnie. Pierwszy tom z trzech wydanych zawiera 208 stron i w zupełności jest wart swojej ceny.

Komiks Marka Millara nie jest czymś, co spodoba się każdemu, ale to komiksowa perełka, z którą każdy fan powinien spróbować się zapoznać. Czytelnikowi zostaje zaprezentowana niesztampowa historia, która rozkłada na części i prezentuje jako pastisz popularne tropy popkulturowe.

Serdecznie dziękujemy wydawnictwu Mucha Comics za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Kick Asss Tom 1
Wydawnictwo: Mucha Comics
Autorzy: Mark Millar i John Romita Jr.
Typ: komiks
Data premiery: 2013
Liczba stron: 208

Dodaj komentarz

avatar