Recenzja komiksu Love in vain

Love in vain

Love in Vain to album absolutnie zniewalająco narysowany, acz fabularnie jedynie dobry. Nie do końca typowo komiksowy, o treści bardziej przypominającej zbiór ilustrowanych faktów, niż typową powieść graficzną, ale na pewno wart poznania. Szczególnie jeśli należycie do miłośników czarnych, bluesowych rytmów podanych w równie czarny sposób.

Robert Johnson przeżył na tym świecie zaledwie 27 lat, pozostawiwszy po sobie niespełna trzydzieści piosenek, ale do historii przeszedł jako największy bluesman wszechczasów. Będąc wychowanym bez ojca, w biedzie i trudach dzieckiem, szybko spróbował nie tylko wyrwać się z szarej, a raczej czarnej rzeczywistości, ale także wybić. Pokazać. Zaistnieć. Z harmonijką radził sobie całkiem nieźle, na gitarze jednak nie potrafił grać. Mimo to miał fanki, wiele fanek, które teraz nazwalibyśmy mianem groupies. Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. Jak głosi legenda, Robert na rozstaju dróg zaprzedał duszę w zamian za talent. W jednej chwili zaczął grać jak prawdziwy muzyczny geniusz, rozpoczynając swoją krótką, acz intensywną karierę, której wpływy po dziś dzień mamy okazję obserwować w twórczości takich gwiazd, jak Led Zeppelin, Eric Clapton czy The Rolling Stones…

Ten komiks jest niczym muzyka bluesowa. Smutny, brudny, czarny, ale i dający nieco nadziei. Krótkiej, naznaczonej cierpieniem, ale nadziei właśnie. Bieda, kompulsywny seks i rytmy harmonijki i gitary przesycają życie Roberta, tak jak przesiąkają strony tego komiksu. Co jednak wspominałem, nie jest to stricte komiks. Mamy strony dzielone na kadry, mamy rysunki, mamy chmurki z dialogami i ramki z tekstem, gdzie więc ta różnica? W narracji. Jak zauważyłem na wstępie, album przypomina bardziej relacjonowanie faktów w formie graficznej, niż cokolwiek innego. Jest więc mniej płynny, a dialogi stanowią bardziej cytaty niż pełnoprawną wymianę zdań. Nie jest to zarzut, chociaż warto ten fakt, jako że nie każdego takie podejście do opowieści może przekonać. Nie mniej wcale nie przeszkadza to w odbiorze biografii Johnsona. Scenariusz Love in Vain to dobra robota, ale tylko dobra.

Czego nie można oczywiście powiedzieć o rewelacyjnej szacie graficznej. Rysunki Pascala „Mezzo” Mesemberga przypominają najlepsze prace Charlesa Burnsa. Podobnie mroczne, pełne detali, chociaż stworzone grubymi pociągnięciami pędzla, z pracami autora Black Hole kojarzą się także pod względem metod ich wykonania.

A wydawnictwu Kultura Gniewu dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

 

Michał Lipka

Michał Lipka

Rocznik 88. Próbuje swoich sił w pisaniu, w tworzeniu komiksów także. Przede wszystkim jednak czyta - dużo, namiętnie i bez chwili wytchnienia. A potem stara się wszystko to recenzować. Prowadzi także książkowego bloga http://ksiazkarnia.blog.pl/