Recenzja komiksu Mass Effect Omnibus Volume 1

Mass Effect Omnibus 1

Mass Effect to seria ogromna. Przedstawione w niej wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni kilku lat, mają miejsce na kilkunastu planetach, a wpływ na nie ma wiele mniej lub bardziej istotnych dla losów galaktyki postaci. Nic więc dziwnego, że w trzech grach i kilku dołączonych do nich dodatkach nie udało się poruszyć wszystkich wątków i przedstawić wszystkich wydarzeń. Z pomocą przychodzą więc komiksy spod tego samego szyldu, próbując zapełnić luki. Czy im się to udaje? Na pewno. A czy udaje im się to dobrze?

Tom pierwszy Omnibusa Mass Effect zawierający w sobie cztery komiksy: Redemption, Evolution, Invasion oraz Homeworlds. Niemal wszystkie umiejscowione zostały pomiędzy wydarzeniami znanymi z gier; wyjątkiem jest tu Evolution, które rozgrywa się w okresie Wojny Pierwszego Kontaktu. W żadnym nie uświadczymy jednak Sheparda – jak podkreślali twórcy, postać ta ma w całości należeć do gracza, który steruje jego poczynaniami. Dlatego, by nie narzucać jego wyglądu ani zachowania, zdecydowali się skupić na przygodach jego towarzyszy oraz sojuszników i ukazać, czym zajmowali się, gdy pierwszego ludzkiego Widma nie było w pobliżu. Fabuła jest więc rodzajem „spojrzenia za kulisy”, pozwalającego sprawdzić, jak świat radził sobie, kiedy akurat go nie ratowaliśmy.

Mass Effect 2

Pierwszy z komiksów, Redemption, opowiada o losach Liary T'Soni, po tym, jak po wydarzeniach przedstawionych na początku Mass Effect 2 załoga Normandii zmuszona była tymczasowo rozejść  się w swoje strony. Jest to chyba najważniejszy komiks w tym zbiorze, gdyż wypełnia on pewną lukę, która pojawiła się w fabule gier. Evolution z kolei przedstawia wydarzenia wcześniejsze – przybliża on nam postać Człowieka Iluzji na długo przed tym, jak został on przywódcą Cerberusa. W trzecim komiksie, Invasion, znów wracamy do czasów bliższych grom i śledzimy, jak Aria T'Loak, nieoficjalna władczyni Omegi, zmuszona jest bronić swojej stacji przed nowym zagrożeniem, jakie sprowadził Cerberus. Ostatni zawarty w zbiorze komiks to Homeworlds, które zostało podzielone na cztery części – każda przedstawia jakieś istotne wydarzenie z życia jednego z towarzyszy Sheparda: James Vegi, Tali, Garrusa Vakariana i Liara T’Soni.

Ponieważ każdy z czterech komiksów to zupełnie odrębna historia, każdemu z nich można by poświęcić osobną recenzję. Jednak oceniając je jako całość należy zwrócić uwagę, że ich poziom jest dość wyrównany: wszystkie są dobre, ale wszystkim daleko do wybitności. Powody tego oczywiście są różne – od schematyczności fabuły, po problemy z utrzymaniem prawidłowego tempa akcji – ale trudno tam znaleźć zdecydowanie najlepszy i najgorszy fragment. Mimo to czyta się je całkiem przyjemnie, bez większych zgrzytów. Nie jest to może lektura, która nie pozwala nam się od siebie oderwać, ale solidne wykonanie sprawia, że trudno uznać poświęcony jej czas za zmarnowany.

Mass Effect 3

W moim osobistym odczuciu, większość komiksów w tym zbiorze cierpi jednak na pewną przypadłość – swoistą zbędność, jaka często towarzyszy prequelom. Przedstawione w nich historie wypełniają pewne luki w fabule serii, ale są to luki, których wypełnienie nie było konieczne. Do tego, w przypadku prawie każdej przedstawionej tam przygody, doskonale wiemy jak się ona skończy, ponieważ ich rezultaty poznaliśmy, przechodząc grę. A trudno jest wywołać u czytelnika poczucie napięcia, gdy doskonale zdaje on sobie sprawę, że śledzone przez niego wydarzenia muszą mieć takie, a nie inne zakończenie. Lepiej wypadają tu te komiksy, które trzymają się na uboczu głównej fabuły serii.

Ilustracje, choć tworzone przez różnych rysowników, we wszystkich komiksach są niemal równie ładne. Oczywiście któraś kreska można nam się bardziej podobać, ale żadna nie odstaje poziomem od pozostałych. Wszystkie również świetnie nawiązują to stylistyki, do której przyzwyczaiły nas gry – w tłach dominują czernie i szarości, poprzetykane błękitami, pomarańczami i różami. Komiksy czyta się szybko i łatwo, bez konieczności zatrzymywania się i zastanawiania, co autor miał na myśli, tworząc ten konkretny kadr.

Mass Effect 4

Tym, co mi natomiast przeszkadzało, było nadmierne podkreślanie seksowności bohaterek przez rysowników. Oczywiście wiem, że gry są kierowane przede wszystkim do mężczyzn i materiał źródłowy sam nie stronił od zbliżeń na atuty poszczególnych postaci, ale mimo to wciąż uważam to za wadę. Szczególnie źle wypada to w scenach o poważnym tonie, w których zdarza się, że najbardziej wyeksponowanym punktem całego rysunku jest… światło odbijające się na – bardzo imponujących – pośladkach bohaterki. Mogłabym jeszcze zrozumieć takie podejście, gdyby dotyczyło to postaci pokroju Mirandy Lawson – kobiety, która zdaje sobie sprawę z tego, jak jest piękna i silnie to podkreśla. Miranda to typowa femme fatale, co w grze widać w jej ruchach i słychać w jej głosie, więc uwypuklenie pewnych części jej ciała w komiksie byłoby czymś w pełni zrozumiałym. Zabieg ten jednak całkowicie nie pasuje do Liary, której najlepszą bronią był jej umysł. Tymczasem ilustrator Redemption (w Homeworlds jest z tym o niebo lepiej) dał jej kombinezon, którego krój wręcz idealnie nadaje się do podkreślania jej biustu w każdym możliwym ujęciu.

Mass Effect 5

Dość istotnym jest tu fakt, że było to moje pierwsze spotkanie z komiksami Mass Effect – oczywiście wiedziałam o ich istnieniu, ale nigdy nie zdołały mnie do siebie przyciągnąć. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ uważam, że czas, kiedy po nie sięgamy, odgrywa sporą rolę. Mają one zdecydowanie większą szansę przypaść do gustu tym, którzy właśnie po raz pierwszy sięgają po tę serię lub przynajmniej odświeżają sobie wspomnienia o niej. Ci, którzy podobnie jak ja, przechodzili gry zaraz po premierze (czyli w przypadku ME3 już prawie 5 lat temu!), mogą poczuć się rozczarowani. Sam omnibus nie jest bowiem zły, ale jego największy problem polega na tym, że ukazał się akurat teraz – na długo po tym, jak opadły już emocje po zakończeniu przygód Sheparda i właściwie nie ma większego powodu, by nagle do nich wracać. Już dawno temu przestaliśmy gorączkowo szukać fanficków z naszymi ulubionymi bohaterami; znamy zakończenie trylogii, a związany z nią niedosyt przeminął. Bardzo mocno wpływa to na odbiór komiksu – zupełnie inaczej musiało się go czytać, gdy ratowanie galaktyki mieliśmy jeszcze przed sobą, a zupełnie inaczej się czyta, gdy jest ono już daleko za nami. Zwłaszcza, że zaprezentowane w komiksach wątki nie są w większości aż tak istotne, by ich poznanie cokolwiek zmieniało w naszym podejściu do całości uniwersum.

Mass Effect 6

Ogółem jednak Mass Effect Omnibus to zbiór całkowicie poprawnych komiksów, których przeczytanie na pewno zapewni chwilę rozrywki wszystkim fanom uniwersum. Lektury nie polecam tym, którzy jeszcze nie sięgnęli po gry – część przedstawionych tam historii może okazać się zupełnie niezrozumiała dla tych, którzy wcześniej nie mieli styczności z serią. Natomiast gorąco polecam tym, którzy swoją przygodę ze światem Mass Effecta właśnie zaczynają – to właśnie im komiksy te mają największa szansę sprawić prawdziwą radość. Pozostali powinni zdecydować, czy mają ochotę na sentymentalną wycieczkę w głąb kosmosu i od tego uzależnić swoją decyzję o zakupie.

Tytuł oryginalny: Mass Effect Omnibus volume 1
Autor: praca zbiorowa
Ilość stron: 428
Wydawca: Dark Horse Books
Data premiery: 29 listopada 2016

Barbara „Libelo” Kciuk

Barbara „Libelo” Kciuk

Z wykształcenia programista, w praktyce człowiek-orkiestra. W sztuce ponad wszystko cenię sobie oryginalność oraz nowatorskie rozwiązania. Interesuje się grami, zwłaszcza tymi kładącymi nacisk na fabułę i ciekawe wykorzystanie możliwości, jakie daje interaktywność. Chętnie sięgam też po produkcje w jakiś sposób nietypowe – im dziwniejsze, tym lepsze. W wolnych chwilach lubię roleplayować, poznawać nowe rzeczy i przeczesywać Internet w poszukiwaniu ofert sprzedaży starych konsol.