Moby Dick cover

W odniesieniu do literatury nie znam lepszej definicji klasyki niż ta autorstwa Marka Twaina: „Dzieła, które wszyscy chwalą, ale których nikt nie czyta”. Pośród tytułów obarczonych tą czytelniczą klątwą znajduje się Moby Dick Hermana Melville’a. Opowieść o białym kaszalocie została wpisana wielkimi literami w zakres wiedzy ogólnej obok przygód Don Kichota, Guliwera czy dobrego wojaka Szwejka. Coś jednak stanowi o wartości tych dzieł, wykraczającej poza czysto hasłowe przyporządkowanie odpowiednio do wiatraków, Liliputów i kufla piwa, w wypadku Moby Dicka zaś poza albinizm tytułowego walenia. Gdzieś w ich układzie każdorazowo odsłania się człowiek, wraz ze swą siłą i słabościami. O żywotności i fundamentalności tych i innych, zaliczających się do „klasycznych” ludzkich portretów, stanowi każdorazowo rozległa siatka cytatów, przetworzeń, parodii i innych zabiegów, adaptujących charakterystyczne motywy.

Dla tak pojętego kształtu klasyki znalazło się też miejsce w komiksowym medium. Ale co może sprawić, że klasyczne dzieła w rysunkowej oprawie nie będą tylko odpowiednikiem biblia pauperum, uboższą, uproszczoną wersją oryginału? Że graficzna narracja zyska również pełnoprawne istnienie, wzbogacające obiegowy kształt fabuły i reinterpretujące ją?

Twierdzącej odpowiedzi może dostarczyć komiksowa adaptacja Moby Dicka, której twórcą jest Christophe Chabouté, znany polskiemu czytelnikowi z autorskich tytułów Samotnik, Czyściec i Henri Désiré Landru. Na 250 stronach francuski rysownik i zarazem scenarzysta opowiada historię obsesyjnej pogoni za białym wielorybem z zachowaniem wszystkich kluczowych scen i wiernym odmalowaniem galerii postaci wraz z istniejącymi między nimi relacjami. Czyni to starannie, wybierając 30 spośród 135 rozdziałów literackiego pierwowzoru, zachowując ich oryginalne tytuły i opatrując pochodzącymi z nich cytatami. Wybór ten w niczym znaczącym nie uszczupla treści utworu Melville’a, upłynniając akcję, którą dla recenzenckiej uczciwości (i wychodząc naprzeciw stwierdzeniu Twaina) mogę zarysować następująco:

Moby

Młody marynarz, Izmael, po nawiązaniu wymuszonej deficytem miejsc noclegowych znajomości z harpunnikiem-kanibalem, Queequegiem, zaciąga się wraz z nim na pokład Pequoda, statku wielorybniczego. Okrętem dowodzi kapitan Ahab – dla jednych charyzmatyczny, bezkompromisowy człowiek morza, dla innych naznaczony przekleństwem szaleniec. Podczas rejsu poznajemy powody, dla których te opinie stają się sobie coraz bliższe. Ahab z pogoni za legendarnym już pośród wielorybników białym kaszalotem, który przed laty pozbawił go nogi, czyni życiową misję, uświęconą szeregiem rytuałów: od przysięgi złożonej przez załogę, przez wykucie specjalnego harpuna i zahartowanie go krwią trzech „pogańskich” harpunników (wspomnianego Queequega, Indianina Tasztego i Murzyna Daggoo) po zniszczenie kwadrantu (cóż, głównym narzędziem nawigacyjnym pozostaje zemsta). Nie przyjmuje do wiadomości ani racjonalnego głosu swego oficera Starbucka, ani uznawanych za złowróżbne omenów, ani też świadectw napotkanych po drodze załóg innych okrętów i finalnie staje naprzeciw znienawidzonego wroga.

Powieść Melville’a obfituje w encyklopedyczne wywody dotyczące cetologii, morskiego folkloru i historii wielorybnictwa, prowadzi zróżnicowaną, wieloosobową narrację, w której wybijają się rozbuchane stylistycznie monologi. Chabouté pomija tę część na rzecz treści najistotniejszej dla atmosfery dzieła, a jest nią obcowanie z wodnym żywiołem, bezmiarem przestrzeni. Morska opowieść w jego wydaniu porywa graficzną dyscypliną i dawkowanym z wyczuciem dialogiem, opartym wiernie na oryginalnym tekście. Oba te zabiegi jednoznacznie wskazują na szacunek, jakim autor darzy pierwowzór, i odsłaniają osobisty stosunek, który doń żywi. Nie znaczy to jednak, że kosztem wierności oryginałowi rezygnuje z własnego wkładu interpretacyjnego, który w najoczywistszy sposób obejmuje warstwę graficzną.

Moby

Chabouté operuje wyłącznie czernią i bielą, w sposób wyraźnie wywodzący się z europejskiej szkoły, reprezentowanej przez takie nazwiska jak Jacques Tardi i Hugo Pratt. Wyraźny kontur, ostra, cieniująca plama, białe obrysy potrafią wypełnić kadry z detalicznym wyczuciem przestrzeni, by w innych pozostawić nas z gładkim tłem i wycinankowymi, płaskimi sylwetkami. Ta oszczędność kapitalnie służy rozróżnieniu scen odbywających się na Pequodzie. Gdy jesteśmy na pokładzie niemal czuć napierający na kadry bezmiar nieba i wód, gdy schodzimy do wnętrza statku, doznajemy prawie klaustrofobicznego odcięcia. Jest to proste, czytelne, świadome podjęcie obecnego w dziele Melville’a toposu morskiej podróży, z całą przypisaną mu metaforyką. Lecz oddając pisarzowi, co pisarskie, Chabouté nie zapomina, co tak naprawdę tworzy to pole odniesień i równie sprawiedliwie oddaje, co morskie, morzu. Kadry, na których pojawiają się elementy olinowania, maszty, żagle, są pełne rozkołysania, przechyłów, zmian perspektywy i owego wrażenia konfrontacji z żywiołem. W mojej opinii autorowi udało się uchwycić tę atmosferę, jaka towarzyszy człowiekowi po długotrwałym obcowania z szumem fal, odgłosami wiatru czy cywilizacyjnym, wielkomiejskim gwarem – zmysły przywykają do ciągłości bodźców, a wywoływany przez nie nastrój podskórnie się w nas zadomawia.

Moby

Najwyraźniej zaznacza się on w sekwencjach niemych plansz. Kto miał okazję poznać Chabouté’a poprzez poetykę Samotnika, wie, jak bliska jest autorowi ta czysto graficzna forma. Rysownik podkreśla w ten sposób zarówno napięcie towarzyszące powtarzającym się scenom okrętowej „gotowości” (wypatrywania, oczekiwania, odpoczynku), jak i dynamikę połowów. Te ostatnie w kompozycji nieprzypadkowo przypominają dawne ryciny dokumentujące historię wielorybnictwa. Jednak mój ulubiony, mistrzowsko rozrysowany epizod ilustrujący mozół wielorybniczego fachu, to rozdział poświęcony pozyskiwaniu samego drogocennego surowca, czyli wytapianiu oleju. Zaparowany, duszny, pierwotnie alchemiczny…

Moby

Chabouté prowadzi nas przez poszczególne odsłony melville’owskiej historii z zachowaniem wszystkich elementów, które wyniosły Moby Dicka do rangi klasyki. Jest tło historyczne, jest symbolika, jest marynistyczny hołd, jest niuansowanie ludzkiej pasji i zaślepienia. Zachowując podział na rozdziały o zróżnicowanej objętości, treści i poetyce, podtrzymuje uwagę czytelnika, a jednocześnie daje potrzebny oddech i to kluczowe wrażenie, że pomiędzy tymi wybranymi partiami opowieści zamknięty jest też czas, obejmujący więcej niż 250 stron komiksu czy przeszło 800 stron powieści. Coś, czego zabrakło, moim zdaniem, w pochodzącej z 1990 r. diametralnie innej, onirycznej graficznie, ale nieporównanie krótszej komiksowej adaptacji Moby Dicka autorstwa Billa Sienkiewicza i Dana Chichestera.

Po ukończonej lekturze, patrząc na okładkę zdradzającą malarskie, kolorystyczne wyczucie Chabouté’a, pojawiła się we mnie kusząca wizja całej historii odmalowanej właśnie w pastelowej palecie szarości z dodatkiem kolorowych akcentów przy zachowaniu całej inkerskiej roboty. I całkiem bez słów. Ale to chyba byłby nieco pretensjonalny przykład ilustrujący prawidłowość maksymy, że lepsze jest wrogiem dobrego. Lepiej więc wziąć pod uwagę opinię pana Twaina i jeżeli nie przeczytać klasycznej powieści Melville’a, to przynajmniej obejrzeć ją oczyma Chabouté’a.

Szczegóły:

Tytuł: Moby Dick
Wydawnictwo: Vents D’ouest (Francja), Dark Horse Comics (USA)
Typ: komiks
Gatunek: komiks autorski
Data premiery: 2014 r. (Francja), 2017 r. (USA)
Scenariusz: Christophe Chabouté; na podstawie powieści Hermana Melville’a
Rysunki: Christophe Chabouté
Liczba stron: 256

Dodaj komentarz

avatar