STUART MALUTKI I WEIRD FICTION: Recenzja komiksu Niesłychane losy Ivana Kotowicza

Niesłychane losy Ivana Kotowicza komiks

Oto jeden z nielicznych w Polsce przedstawicieli popularnego w Stanach gatunku Weird Fiction. Gatunku, który splata ze sobą historię, zjawiska nadprzyrodzone, teorie spiskowe, technologiczne i naukowe wątki oraz dziwne stworzenia. Tym razem jest to komiks wyłącznie naszych rodaków udowadniając, że Polacy znakomicie czują się i w tych klimatach, i potrafią opowiedzieć świetną historię.

Rok 1924. Ivan Kotowicz, syn Siergieja i Kariny, wiedzie spokojne życie u boku rodziców w malutkiej i cichej rybackiej wsi na granicy Rosji i Azerbejdżanu. Nie zaznał wielkiego świata, a jedynym niezwykłym wydarzeniem, jakiego był świadkiem, stały się odwiedziny przyjaciela ojca, który przywiózł ze sobą tajemniczą substancję. Wkrótce jednak przychodzi mu wyruszyć w świat, bo oto kraj potrzebuje zarówno jego samego jak i Siergieja. Tak zaczyna się wielka i niebezpieczna przygoda, ale ani ojciec, ani syn nie są świadomi, że ktoś chce wykorzystać wiarę w komunizm do własnych celów…

Historia drogi, bo do takich także można zaliczyć Ivana Kotowicza, to niemal zawsze historia dorastania i wewnętrznej przemiany. Opowieść o odkrywaniu samego siebie i tego, co w życiu ważne. Nie inaczej jest w tym przypadku. Ivan ze strachliwego kotka przeradza się powoli w prawdziwego charyzmatycznego wojownika, czego zapowiedź dostajemy już na pierwszych stronach albumu. Jego przemiana odbywa się na tle dwudziestowiecznej Rosji, ale Rosji pełnej dziwacznych wynalazków, nie mniej dziwnej broni i istot jakby rodem z dzieł Lovecrafta (swoją drogą najsłynniejszego chyba przedstawiciela Weird Fiction). A wszystko to uatrakcyjnione o zabieg animalizacji, nie w pełnym jednak wymiarze, a bliższe choćby takiemu Stuartowi Malutkiemu. Matka Ivana to kotka, poruszająca się w pozycji wyprostowanej, mówiąca etc., ale kotka. Ojciec zaś to zwyczajny człowiek.

Strona graficzna albumu w pewnym stopniu przypomina Hellboya (a bardziej swojsko Toshiro) – podobne operowanie czernią, podobna skuteczna i przyjemna dla oka prostota. Ale, jak i we wspomnianym Toshiro, tak i tutaj, kreska jest oryginalna i niezaprzeczalnie autorska. Świetna jest tu mimika bohaterów, a przesympatyczny Anton Świnojew za każdym razem budził uśmiech na moich ustach. Podobnie znakomicie prezentują się także aspekty techniczne, w szczególności pojazdy.

To wszystko plus staranne wydanie, wzbogacone o szkice i alternatywne okładki, daje razem kolejny znakomity polski komiks, który nie ustępuje standardom szerokiego świata. Dlatego, jeśli cenicie sztukę historii graficznych, polecam go Waszej uwadze, szczególnie że to dopiero początek opowieści o Ivanie, a wydawnictwu Kultura Gniewu składam serdeczne podziękowania za udostępnienie mi egzemplarza do recenzji.

Michał Lipka

Michał Lipka

Rocznik 88. Próbuje swoich sił w pisaniu, w tworzeniu komiksów także. Przede wszystkim jednak czyta - dużo, namiętnie i bez chwili wytchnienia. A potem stara się wszystko to recenzować. Prowadzi także książkowego bloga http://ksiazkarnia.blog.pl/