Recenzja komiksu Pacific Rim: Tales from the Drift

Pacific Rim Tales from the Drift cover

Legendary Pictures nie ustaje w próbach rozwinięcia marki Pacific Rim. Na temat kontynuacji „jedynki” krążą na razie pogłoski i plotki, a producenci długo nie moglinawet znaleźć reżysera, który byłby godzien zastąpić Guillermo Del Toro. W celu utrzymania zainteresowania odbiorców oraz osiągnięcia dodatkowych zysków, wydano kolejny komiks o zmaganiach Pan Pacific Defense Corps z wyłaniającymi się z mórz potwornymi najeźdźcami.

Pacific Rim Tales from the Drift splash

Poprzedni album (Tales from Year Zero) ukazał się przy okazji premiery filmu w 2013 roku i, mimo że rozwijał tło fabularne produkcji, jako komiks był niezbyt udany – zupełnie odwrotnie niż omawiana tutaj limited series (zebrana teraz w formie pojedynczego wydania). Tales from the Drift stanowi odkupienie grzechów poprzednika. Opowieść została narysowana w cieszący oko sposób, historia jest wciągająca i posiada wreszcie jakiś ładunek emocjonalny. Z drugiej strony – nic nie wnosi do uniwersum; to kolejna fabuła o walce Jaegerów z Kaiju. Dostajemy dwa nowe mechy oraz trzy nowe potwory, będące powieleniem istniejących już elementów układanki. W pakiecie po raz kolejny pojawia się postać Stackera Pentecosta, który jak zwykle robi za dobrego ojczulka dla podwładnych, przejmując się wszystkimi ich problemami; w tym świecie posada marszałka to ciężki kawałek chleba.

Pacific Rim Tales from the Drift fight

Tym razem scenariusz napisał Joshua Fialkov, zaś Travis Beacham, pomysłodawca oryginalnej produkcji (a także nieudanego Tales from Year Zero) zadowolił się stworzeniem ogólnego zarysu historii. Porównując ze sobą oba wydania otrzymujemy wyraźny dowód na to, że materia kinowa rządzi się zupełnie innymi prawami niż komiks i rozwiązania, które przechodzą w kinie, niekoniecznie sprawdzają się w formie graficznej. Dlatego lepiej, żeby filmowcy zajęli się kręceniem pełnometrażówek, a nie przenoszeniem swoich pomysłów na papier. Za rysunki odpowiada Marcoz Marz ze wsparciem El Garinga. Bogate, wielowarstwowe grafiki przydają głębi poszczególnym scenom. Niektóre strony powstały bez położenia tuszu, a ich malarski styl wywołuje odrealnione wrażenie (i słusznie, ponieważ epizody te rozgrywają się w wyobraźni).

Pacific Rim Tales from the Drift dream

Miniseria opowiada o losach małżeństwa pilotów Jaegera o kryptonimie Tacit Ronin – Kaori oraz Duca Jessupów. Obrazy z roku 2016 (akcja wciąż rozgrywa się przed wydarzeniami z oryginalnego filmu) przeplatają się ze wspomnieniami z chwili, kiedy bohaterowie się poznali i zaczęli wspólnie trenować. Są bardzo do siebie podobni – tak samo odważni, uszczypliwi i uparci, dlatego początkowo darzą się wręcz nienawiścią. Stanowią jednak dowód na to, że miłość przezwycięża wszystko – nawet bariery językowe. Do tej pory produkty z metką Pacific Rim nie eksploatowały wystarczająco zagadnienia driftu i konsekwencji wynikających z głębokiego połączenia dwóch umysłów, współdzielących wszystkie wspomnienia oraz największe sekrety. Tutaj ten motyw jest mocno obecny, a malowane ilustracje podkreślają jego inność. Dzięki takim momentom, a także retrospekcjom, sceny akcji nie są monotonne, zaś dynamiczne kadrowanie oraz niesztampowe ujęcia nadają bitwom rozmachu. Historyjka jest mocno stereotypowa, jednak poprowadzona w sposób miły dla oka i przyjemny dla umysłu – wszak najbardziej lubimy te opowieści, które już skądś znamy.

Pacific Rim Tales from the Drift the fall

Komiks stanowi zamkniętą całość fabularną i nie wprowadza do uniwersum niczego nowego. Tak, jak pisałem przy okazji poprzedniej części – brak mi rozwinięcia świata przedstawionego w Pacific Rim i ukazania zmian, jakie zaszły w społeczeństwie żyjącym w cieniu permanentnego zagrożenia ze strony Kaiju. Być może serial animowany uzupełniłby te dziury, jednak takowy zapewne nigdy nie powstanie.

Tytuł: Pacific Rim: Tales from the Drift
Scenariusz: Joshua Hale Fialkov
Rysunki: Marcos Marz, El Garing
Wydawnictwo: Legendary Comics
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 116

Marcin „Martinez” Turkot

Marcin „Martinez” Turkot

Jestem geekiem trzydziestego któregoś poziomu, a także niepoprawnym fanboyem Supermana. W magisterce pisałem o związkach komiksu superbohaterskiego z mitami. W życiu zajmowałem się redagowaniem czasopisma o grach fabularnych i planszowych, tłumaczeniami gier, moderowaniem forów, pisaniem tekstów dla największego polskiego portalu internetowego oraz do “Tygodnika Powszechnego”. Obecnie pracuję w reklamie. Uwielbiam komiks, w szczególności frankofoński, oraz animacje wszelakiego rodzaju (może poza anime, na którym się nie znam). Od ponad 20 lat gram w erpegi. Na gry komputerowe nie starcza mi już czasu…