Recenzja komiksu Rain Wolf Volume 1

Rain Wolf

Dziki Zachód jest jednym z najbardziej oklepanych motywów w popkulturze. Liczba nakręconych filmów, napisanych książek i stworzonych gier niejednego przyprawiłaby o zawrót głowy. Mimo tego każde dziecko w pewnym momencie marzy o byciu kowbojem i podbijaniu dzikich stepów Ameryki. Niesłabnący popyt skutkuje kolejnymi pozycjami utrzymanymi w takich realiach. Jedną z nich jest recenzowany przeze mnie Rain Wolf.

Fabuła komiksu obraca się wokół tytułowego Indianina, którego poznajemy, gdy w obronie swojego życia zabija człowieka w pojedynku na rewolwery. Pod względem prawnym czyn taki jest automatycznie usprawiedliwiony, ale w przypadku, gdy wygranym jest biały człowiek, a nie rdzenny mieszkaniec Ameryki. Deszczowy Wilk (tłumaczenie imienia bohatera jest co najmniej zabawne) trafia do więzienia, ale zostaje uwolniony przez swojego przyjaciela, a zarazem syna magnata kolejowego, McDella. Zapada jednak na niego wyrok wydany przez matkę zabitego kowboja, a przed naszą postacią pojawia się śmiertelne niebezpieczeństwo– ciążąca na nim pogoń.

Mam nadzieję, że nie zaspoilerowałem zbyt wiele, jeśli chodzi o komiks, lecz cały wolumin jest tak naprawdę jednym wielkim prologiem. Przez 54 strony zeszytu twórcy zdążyli raptem wstępnie nakreślić charakterystyki przedstawionych postaci i przeprowadzić nas przez parę epizodów nadających bieg historii. Ciężko mi zatem oceniać Rain Wolfa pod względem fabuły, gdyż w sumie nic jeszcze o niej nie wiemy. Posługując się analogią powiem, że jest to taka sytuacja, jakbym musiał zrecenzować książkę po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Zaprezentowane wydarzenia mogą być wstępem do ciekawej, westernowej opowieści, lecz nie stanowią one odrębnej całości, która może podlegać ocenie. Dlatego też rozwinę temat przy okazji recenzji drugiego tomu, zaś teraz jedynie powiem, że fabuła ta może okazać się całkiem ciekawa i wciągająca.

Więcej z pewnością mogę napisać o warstwie artystycznej, gdyż styl graficzny zaprezentowany w pierwszym zeszycie raczej będzie powielany w następnych. Ten cechuje się prostotą, widoczną głównie w przedstawieniu twarzy postaci. Z drugiej jednak strony pozostałe elementy, które zostały umieszczone w ilustracjach, przygotowano ze sporą dbałością o detale. Za część wizualną odpowiada niejaki Ruben Pellejero. Nie spotkałem się wcześniej z twórczością tego artysty, lecz skorzystanie z wyszukiwarki internetowej pomogło mi zrozumieć, że zastosowana kreska nie jest próbą odwzorowania klimatu westernu, a znakiem rozpoznawczym autora. Jako przykład może posłużyć The Adventures of Dieter Lumpen, który mimo zgoła odmiennej tematyki charakteryzuje się znacznym podobieństwem w kwestii ilustracji. Całość została pokolorowana z użyciem ciepłych barw oddających urok piaszczystych stepów i wąwozów. To połączenie z pewnością może cieszyć oko i znajdzie wielu zwolenników wśród czytelników. Oprawa Rain Wolfa ostatecznie zdobyła moje uznanie, wciągając mnie w obmyśloną przez twórców wizję Dzikiego Zachodu.

Podsumowując, ciężko mi jakkolwiek wyrokować o jakości fabuły komiksu, biorąc pod uwagę wyłącznie pierwszy zeszyt. Przedstawione na kolejnych stronach wydarzenia są zaledwie wstępem przygotowującym nas na właściwą przygodę. Rain Wolf: Volume 1jako samodzielny produkt rozczarowuje, lecz jako część większej całości jest zwiastunem ciekawej, wciągającej historii. Jeżeli chodzi o kwestie artystyczne, wizja Dzikiego Zachodu autorstwa Lumpena może się podobać, połączenie prostych szkiców ze szczegółowymi rysunkami ma swój urok i nadaje woluminowi unikalny klimat. Czas odpowiedzieć na podstawowe, stawiane w każdej recenzji pytanie: czy warto? Uważam, że jeżeli fabuła rozwinie się w dobrym kierunku, to jak najbardziej, lecz jedynie w pakiecie z innymi zeszytami. Jako samodzielny byt Rain Wolf będzie krótkim przerywnikiem, niewartym wydanych pieniędzy.

Tomasz „Snah” Rosłon

Tomasz „Snah” Rosłon

W skrócie na mój temat: zmęczony student, zawzięty rzeźbiarz tekstów, entuzjasta dobrej książki, oddany gracz. Urodziłem się w 1995 roku i jestem rówieśnikiem takich filmów jak Desperado i Batman Forever. Wolny czas spędzam przy dobrym kryminale lub innej wciągającej produkcji. Swoją karierę recenzencką prowadzę nieprzerwanie od 2013 roku tworząc mniej lub bardziej udane oceny wszelkiej maści tytułów. Do ekipy NTG trafiłem przypadkiem i zostałem na dłużej. W chwili, gdy to czytasz jestem dumnym redaktorem bloga i troskliwym członkiem ekipy.