Pisanie o Sadze jest strasznie trudne. To wspaniała, wzruszająca space opera, mnóstwo się w niej dzieje, czytelnik wpada jak w studnię… I czasem ciężko mu po wstrzymywaniu oddechu tak długo wydukać jakąś sensowną opinię. Zwłaszcza jeśli zorientuje się, że to wcale nie taki optymistyczny komiks, jak dotąd myślał.

Piszę tę recenzję, mając za sobą całość wydanej jak dotąd Sagi. Znam już tom IX (na razie niewydany po polsku), coraz wyraźniej widzę „morał” wyłaniający się na półmetku serii. Na dzisiaj ma 59 zeszytów, będzie sto z górką. I wiecie co? Smutna ta historia. W końcu jest o wojnie.

Ale wracam do piątego tomu, do zeszytów 25-30. Na początku pojawia się właśnie ona, wojenka, wojenka. Hazel, zamiast opowiadać o byciu porwaną przez biednego robota-terrorystę, zatrzymuje nas w pędzie po fabułę. Pyta: dlaczego ludzie decydują się zaciągnąć do wojska? Po co, skoro (szczęściarze) mogliby żyć na swojej wielkiej planecie i małym księżycu, balować, mieć rodziny, czuć się bezpiecznie. Przecież nikt nie domaga się od nich nawet refleksji nad tym, że ich lokalny konflikt rozpełzł się po krańce galaktyki. Kto by się bawił w takie wyrzuty sumienia. Przecież to już zwykły biznes…

Porwanie głównych bohaterek, równoległe poszukiwania prowadzone przez bohaterów (ten tom troszkę gra z toposem damy w opałach) przeplatają się z historią polowania na smoki. Uparty ma szansę wrócić do życia jedynie dzięki bardzo wyrafinowanej mieszance zawierającej składnik smoczego pochodzenia. Chodzi konkretnie o samca smoka… Trzy dziewczyny, którym na freelancerze jeszcze zależy, są zdecydowane wygrać z jego śpiączką, zdobyć lekarstwo. Brzmi jak uroczy, dowcipny wątek? Uważajcie, Vaughan i Staples mają tendencję do mieszania humoru, wzruszenia i dramatu. Pociągną jeszcze chwilę wątek narkotyków, ale tym razem, żeby opowiedzieć o przemocy. Zobaczycie scenę, której fragment widzieliśmy już na okładce drugiego tomu – Marko, zbroczony cudzą krwią, w łagodnym świetle zmierzchu. Jak żyje się po przejściu przeszkolenia mówiącego, że wroga trzeba zaje…, i to skutecznie? A straty własne to, może heroiczna, ale matematyka? Dokąd się wraca z takiej przeszłości? Czy można naprawdę wierzyć w make love, not war?

Pisałam o poprzednim tomie, że to „pierwszy z tych najsmutniejszych”. Ten jest drugi, w każdym razie chronologicznie. Uciekanie przed prawie całą galaktyką wcale nie jest radosną przygodą jak z Indiany Jonesa. Czasami waląca się starożytna świątynia spada na głowy nie złolom, ale bardzo pozytywnym postaciom, takim, z którymi się zaprzyjaźniliśmy. Vaughan i Staples nie są Martinem, nie wybijają po kolei wszystkich głównych bohaterów. Staples tak naprawdę nawet nie wie, zanim nie nadejdzie ten zeszyt, że rysowana z miłością i ogromnym talentem osoba ma tu ostatni występ. A Vaughan? Może losuje, na pewno chce nas czegoś nauczyć. Że niekoniecznie można obstawiać kolejną śmierć, wierząc w zasady tworzenia scenariusza, przeprowadzając psychoanalizę autora, obliczając popularność i opłacalność danego storyline. W Sadze, jak w Vonneguta, „zdarza się”.

Wiem, że niektórzy, nawet bardzo mądrzy ludzie, utknęli w tej serii gdzieś w połowie. Trochę to rozumiem, IV tom marudził o dragach, ten z kolei zaczyna się jakimiś terrorystami i smokami. Nowe postacie do galerii, pościgi, latanie rakietami w tę i nazad. Faktycznie, dopiero w okolicach trzydziestego zeszytu zaczynamy rozumieć, po co ta cała akcja, o czym chce powiedzieć Hazel przy okazji mówienia o sobie i swojej rodzinie. Ja tylko uprzedzę wrażliwych, że wielkim tematem tego komiksu wydaje sięstrata, doświadczana przez ludzi na wiele sposobów, zwykle zupełnie przypadkowych. A nieprzekonanych: nie bójcie się, nie będzie wielkiego morału, tak po prostu się zdarza.

Dziękuję wydawnictwu Mucha Comics za egzemplarz recenzencki!

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Saga Volume 5
Wydawnictwo: Image Comics (Mucha Comics w Polsce)
Scenariusz: Brian K. Vaughan
Rysunki: Fiona Staples
Typ: komiks
Data premiery: 2015 (2017 w Polsce)

Dodaj komentarz

avatar