Czerwcowe upały zelżały, jest środek lipca i wielkimi krokami zbliża się ostatni miesiąc wakacji. Za pasem 300. numer Spawna, który ukaże się pod koniec sierpnia. Liczba robi niesamowite wrażenie. Na moment przenieśmy się jednak dwadzieścia kilka lat w przeszłość. Zewsząd z głośników dobiegały piosenki Spice Girls, na ekranach kin królował Kiler, a o Klubie Świata Komiksu nikomu się jeszcze nie śniło. W kioskach niepodzielnie królował Kaczor Donald i amerykańskie zeszytówki. Był rok 1997, gdy TM-Semic postanowił rozszerzyć swoją ofertę o autorski komiks Todda McFarlane’a, znanego z łamów m.in. The Amazing Spider-Man. Oczywiście mowa o Spawnie – flagowej serii nowopowstającego wówczas Image. Dziś oficyna McFarlane’a jest jednym z największych wydawnictw niezależnych z szerokim wachlarzem tytułów autorskich.

Spawn zadebiutował w maju 1992 roku w Stanach, natomiast w Polsce niespełna 5 lat później. Wydawany był w cyklu dwumiesięcznym w formie podwójnego zeszytu. Numer 24 był ostatnim spod szyldu TM-Semic, potem przyszedł czas na kontynuację od nieistniejącej już Mandragory, zwieńczoną trzema tomami wydań kolekcjonerskich. I choć minęło już 12 lat, od tamtej pory nikt w Polsce nie podjął się wznowienia. I póki co na to się nie zanosi. Mimo iż nasze wydawnictwa komiksowe konsekwentnie omijają Spawna szerokim łukiem, wciąż ma on u nas wiernych fanów. Nie inaczej jest w Ameryce, gdzie seria – mimo problemów i kontrowersji – ukazuje się do dziś.

W 2009 roku Image pokusiło się o wydanie wzbogaconej o kilka numerów (względem ostatniej kolekcji) Spawn Origins Collection w 20 tomach, zawierających łącznie 122 zeszytów. Szata graficzna komiksu została odświeżona, TPB dostały nowe okładki, ponadto albumy wzbogacono krótkim słowem wstępnym oraz dodatkami w postaci kopii oryginalnych czarno-białych plansz rysowanych przez Todda McFarlane’a i Grega Capullo. W tej przystępnej formie dostajemy pierwszy rozdział historii o Alu Simmonsie, byłym agencie specjalnym, zwiedzionym przez demona najemnikiem na usługach Piekła.

Tyle w ramach ogólnego podsumowania. Pozwólcie, że nie będę się wgłębiał w meandry scenariusza ani rozczulał nad znaczeniem serii, całkiem udanie dekonstruującej superbohaterski mit i odciskającej swe piętno na kartach historii. Są to fakty, z którymi dyskutować nie sposób. Zabranie się do ponownej lektury po latach i obserwowanie, czy komiks godnie się zestarzał, dało mi jednak wiele frajdy. Podróż tyleż nostalgiczna, co odkrywcza, gdy obie perspektywy dzieli ponad 20 lat. Zacznę od tego, że podobno nowe Origins Collection posiada odnowioną szatę graficzną. Faktycznie, gdy przeglądałem plansze, rzuciły mi się w oczy jaskrawsze, żywsze kolory, ale trudno stwierdzić, ile w tym zasługi grafika, gdy do porównania z cyfrowym wydaniem kolekcji masz tylko wyblakłe TM-Semikowskie zeszyty drukowane na słabej jakości papierze. Inna sprawa ma się z ilustracjami Todda McFarlane’a, którego charakterystyczny styl można kochać albo nienawidzić. Zdolności do tworzenia nieproporcjonalnie narysowanych twarzy, sylwetek i innych części ciała mogłyby zrobić z niego wspaniałego karykaturzystę. Jak nikt potrafi też uplastyczniać postaci, wyrażać nimi emocje. Jest również mistrzem dynamicznego kadrowania. Mimo pewnych niekonsekwencji (proporcje; Spawn raz posiada nos, raz nie) komiks ogląda się całkiem przyjemnie. Oczywiście swoje trzy grosze do cyklu dorzuciło również wielu innych rysowników, między innymi Greg Capullo, jednak to McFarlane zdefiniował Spawna, a przynajmniej w tej kolekcji.

Jednak jedną ze słabszych stron Spawna są elementy scenariusza. Nie szukając daleko – najbardziej irytowały mnie ogromne ściany tekstu, przez które z czasem coraz trudniej przychodziło się przebijać, oraz nadmiernie rozbudowane dialogi, będące de facto upustem grafomanii McFarlane’a. Sposób prowadzenia narracji trąci archaizmem i nie ułatwia odbioru. Motywacja głównych bohaterów nie zawsze jest jasna, a główny protagonista miota się bez celu praktycznie przez całe 100 numerów. Mnożenie pytań bez odpowiedzi na dłuższą metę frustruje, podobnie jak nagminne zabiegi nagłego urywania losowych wątków. Mimo tych wad Spawn był w swoich debiutanckich czasach prawdziwym fenomenem. Cykl przełamywał wiele tematów tabu. Jedno z nich to dekonstrukcja pojęć Nieba i Piekła (czyli dobra i zła), pomiędzy którymi różnice praktycznie się pozacierały. Odzianie w pelerynę płatnego zabójcy w tamtych czasach wciąż stanowiło odważny krok. Spawn nie miał litości dla swych przeciwników, a wielu z nich pozbawiał życia na najwymyślniejsze sposoby. Stworzono go człowiekiem z krwi i kości posiadającym własne dylematy i niosącym brzemię cierpienia – tęsknoty do żony. I to czyniło go bardziej ludzkim od całej rzeszy kolorowych trykociarzy. Proza jego prostego życia sprawiła, że przeciętny czytelnik łatwiej utożsamiał się z Alem Simmonsem niż z Peterem Parkerem czy Tonym Starkiem. A przypomnę, że facet mieszkał w slumsach wśród bezdomnych.

Spawn Origins Collection ma nie tylko dla mnie, ale zapewne i dla wielu polskich czytelników ogromną sentymentalną wartość. Jest to komiks, którego nie wypada nie znać. Nie sposób też odebrać mu należnego miejsca w historii medium. Seria stała się kultowa już w dniu premiery, a obecnie to superbohaterski klasyk i fundament, na którym McFarlane zbudował potęgę Image. I nie zepsuła tego nawet nieudolna adaptacja filmowa z 1997 roku. Pozycja z pewnością warta odświeżenia, choć już nieco nadgryziona zębem czasu. Opisowa narracja, rozlazła akcja i nudne dialogi będą stale o tym przypominać. Fanów nie powinno to jednak zniechęcić. W końcu nie ma drugiego takiego chojraka jak Al Simmons, który wydał wojnę Piekłu. I z niej powrócił.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Spawn Origins Collection vol. 1–20
Wydawnictwo: Image
Typ: komiks
Gatunek: komiks superbohaterski
Data premiery: Maj 2009
Autorzy: Todd McFarlane, Greg Capullo i inni
Liczba stron: ok. 160/tom

Dodaj komentarz

avatar