Recenzja komiksu Star Wars Original Trilogy: A Graphic Novel

1

Recenzja napisana na podstawie wersji cyfrowej.

Wrzawa wokół Przebudzenia Mocy co prawda trochę już ucichła, ale pochylmy się na moment nad graficzną powieścią, wydaną pierwszego marca bieżącego roku przez Disney Lucasfilm Press. Mowa tu oczywiście o Star Wars Original Trilogy. A Graphic Novel. Jak sama nazwa wskazuje, prześledzimy na papierze przygody bohaterów starej trylogii. Co nas czeka? Przekonacie się niżej.

2

W życiu każdego fana przychodzi taki moment, gdy w jego ręce wpada komiks/książka/gadżet „przecudnej urody”, koszmarek, obok którego nie można przejść obojętnie. Wydaje mi się, że właśnie dotarłam do czegoś takiego. Spójrzcie tylko na okładkę. Maska Dartha Vadera wygląda, jakby w miejsce oczodołów wstawiono mu dwa denka od słoików i, powiem szczerze, wygląda najbardziej kawaii ze wszystkich bohaterów. Brakuje wyłącznie kokardki i doczepionego gdzieś Hello Kitty. W dodatku maska wyraża wszelkie emocje Vadera, na przykład „marszczy brwi”, gdy jej właściciel jest wściekły.

3

Han Solo nie przypomina siebie, a twarz Chewbacki wygląda jak bezkształtna masa z dorysowanym nosem, ustami i oczami – reszta wcale nie jest lepsza, bo postać Chewiego można przerabiać na plakaty z dopiskiem „Chewbacca. Najlepsze nogi w całej galaktyce!”. Luke i Leia jeszcze „jakoś” wyglądają, chociaż i tak na tle wszystkich bohaterów najlepiej prezentuje się Gwiazda Śmierci. Kreska jest okropna. I nie broni jej nawet fakt, że powieść skierowana jest do odbiorców w wieku od ośmiu do dwunastu lat. Pewne rzeczy są po prostu niewybaczalne.

4

Cóż, elementów niezamierzenie komicznych jest więcej. Darth Vader nie dość, że porusza się jak aniołek Victoria’s Secret po wybiegu, to jeszcze, żebyście byli pewni, że to Lord Sithów, jego dymki dialogowe zaznaczone są na czarno. Leia momentami wygląda tak, jakby miała wodogłowie, a R2D2 wypowiada się… kolorowymi kropkami. Chociaż to ostatnie jest akurat ciekawe. Niesłychanie boli również to, że część grafik, głównie tło, jest wykonana ładnie oraz bez konturów, nie ma tej tragicznej kreski, którą nadano postaciom. Co więc w tym złego? Ano to, że jak już bohaterowie na tym tle się pojawiają… cóż, wyglądają jak wycięci z innego komiksu.

5

Jak sprawa się ma od strony fabularnej? No cóż, w książce nie uświadczycie niczego, czego nie było w filmie. Historia rozgrywająca się na kartach powieści nie dotyczy bowiem ani czasów przed, ani po, nie opowiada nawet czegoś, co mogłoby się dziać równolegle. To po prostu wydarzenia z filmu w słabej oprawie, przeniesione na papier.

Irytujące są również przeskoki w postaci urywanych scenek, gdy Vader przesłuchuje księżniczkę Leię, by dwa kadry dalej pojawiło się magiczne „TatooineDesert.”, gdzie znowu zaserwowano nam całe dwa (!) kadry dziejące się w tym miejscu i już w kolejnym ukazuje się „MosEisley. Later.”. Myślę, że to doskonale obrazuje, jak kończy się próba zamknięcia całej filmowej trylogii w jednym około dwustustronicowym zeszycie.

6

Zawiedzeni będą również fani Hana Solo, który w tej odsłonie wygląda jak ogolony Kudłaty ze znanego serialu animowanego o gadającym psie, łamane przez młody Severus Snape. I wcale w tym momencie nie żartuję.

Niedociągnięć graficznych jest więcej. Momentami miałam wrażenie, że całość tworzono na szybko, bo wydawcy zależało na czasie, byleby tylko odciąć jak najwięcej kuponów od pięciu minut sławy Przebudzenia Mocy. Niestety, jak zwykle, cierpią na tym zarówno produkty jak i fani. Wystarczy spojrzeć na twarz Obi-Wana, która, podczas sceny rozmowy w barze, wygląda jakby była niedokończonym szkicem. O ile kreska jest tragiczna w całej książce, tak w tym miejscu widać wyraźną różnicę na tle reszty: linie konturów są urywane i niewygładzone. Zupełnie jakby grafik zapomniał o ich doszlifowaniu. Podobnych, pomniejszych, „niedokończonych” kadrów jest oczywiście więcej.

7

Nie oszczędzono nawet Luke’a, który wygląda, jakby miał problem z nieproporcjonalnie szeroką szczęką i raz po raz, kiedy tylko otwiera usta, wydaje się, że stara się ułożyć je w dzióbek. Momentami wygląda bardziej kobieco niż Leia.

Wiecie, co jeszcze wygląda źle? Ewoki. Ewoki wyglądają przerażająco.

Na plus zdecydowanie można zaliczyć to, jak kolorami dymków rozróżniono pilotów konkretnych eskadr w czasie ataku na Gwiazdę Śmierci. W dodatku symbol zwany Feniksem (lub Alliance Starbird) informuje nas, że mamy do czynienia właśnie z pilotami Przymierza. To całkiem ciekawe rozwiązanie i muszę przyznać, że od razu mnie kupiło.

8

Co ciekawe, pominięto scenę kazirodczego pocałunku Lei i Luke’a, ale niewolnicze „bikini” Lei, gdy przetrzymywał ją Jabba, jest już spoko. Nie ocenzurowano też w żaden sposób momentu, w którym Luke traci rękę, chociaż morderstwo wujostwa Skywalkera zostało zamknięte na jednym, niewiele mówiącym kadrze. Nie bardzo wiem czym kierowali się twórcy, skoro powieść kierowana jest do grupy wiekowej w przedziale osiem do dwunastu lat.

9

Czy warto sięgnąć po to wydanie? Cóż, trudno powiedzieć. Jeśli nie przeszkadzają wam ani graficzne koszmarki, ani to, że nie dowiecie się z tego wydania niczego nowego – droga wolna. Nie nastawiajcie się jednak na przesadną rozrywkę. To tylko kolejny, niezbyt estetycznie wykonany gadżet dla kolekcjonerów, ot, Disney niespecjalnie ukrywa się z tym, że to skok na kasę.

Ocena: 4/10

Plusy
+ Powieść jest wierna filmowej trylogii
+ Ładne oznaczenie dialogów w miejscach występowania wielu postaci
+ Miło powrócić do wydarzeń ze starej trylogii

Minusy
– Tragiczna oprawa graficzna
– Skrócenie filmów, by wcisnąć je na karty graficznej powieści
– Odcinanie kuponów po premierze Przebudzenia Mocy

Autor: Deneve

Izabela "Deneve" Ryżek

Izabela "Deneve" Ryżek

Studiuję archeologię na UMK w Toruniu... a tak naprawdę mieszkam w Internecie, lubię koty, flejmy i (nie)śmieszne memy. Rekreacyjnie katuję się analizą słabych książek (ale ćśś, to przecież guilty pleasure!). Można mnie spotkać na koncertach, konwentach i imprezach naukowych. Trochę nie mam życia, a trochę je przegrywam – głównie w karcianki, planszówki, RPGi, a ostatnio również gry typu moba. Człowiek-siedem-nieszczęść. Psuję wszystko, co jest do zepsucia (głównie siebie), kolejna plaga egipska pewnie nosiłaby moje imię.