Starlight Okładka

Kilka dekad temu literatura science-fiction i komiksy z tego samego nurtu oddychały dosyć utartym schematem opowieści przygodowych. Bohater, zwykle wojskowy albo kosmonauta, zostaje wyrwany z codzienności przez mimowolne wplątanie w konflikt na innej planecie. Niezwykle szybko udaje mu się stłamsić miejscowych tyranów, wspomaga ruch oporu i wraca do swojego świata w blasku chwały. W tym momencie większość tych historii się urywa, a my, znając ich niewielki urywek, możemy jedynie domyślać się, jak dalej potoczyły się losy chrobrych bojowników. Tutaj z pomocą przychodzi nam Mark Millar i jego Starlight – komiks, który nie będąc kontynuacją żadnego konkretnego tytułu, jednocześnie może funkcjonować jako ciąg dalszy dla wszystkich historii z tego nurtu.

Muszę od razu zaznaczyć, że będę omawiał bezpośrednio sposób poprowadzenia fabuły, więc musicie spodziewać się kilku znaczących spoilerów.

Duke McQueen to żywy archetyp bohatera opowieści wspomnianego gatunku. Sylwetka, historia, charakter i nawet nazwisko – każdy atom jego ciała przesiąknięty jest staroszkolnym science-fiction. Jak wielu sobie podobnych, na obcą planetę trafił przez zupełny przypadek. Połknęła go dziura międzywymiarowa, wylądował, stłukł dziesiątki pozaziemskich pośladków i obalił okrutnego hegemona podczas epickiego pojedynku na szpady. Fantazyjne i nierealne? Niestety tak samo pomyśleli ci wszyscy parszywi, sceptyczni Ziemianie, gdy heros powrócił do domu. Jego własne dzieci traktują go z zimnym politowaniem, jest powszechnie wyśmiewany, a jedyną ostoją pozostaje mu ukochana żona. Problem w tym, że Duke’a poznajemy na pogrzebie ukochanej, czterdzieści lat po zakończeniu kosmicznej przygody. Szczęśliwie nie jest mu dane długo pogrążać się w rozpaczy – pewnej burzowej nocy przed gankiem murszejącego domostwa ląduje młody, różowowłosy przybysz z gwiazd i oznajmia, że Tantalus znowu potrzebuje pomocy swojego wyzwoliciela.

Starlight Strona

To właśnie główna oś fabularna jest największym zaskoczeniem. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że mówimy o komiksie napisanym przez Marka Millara. Człowieka o szalonych oczach, który lubił wbijać ciernie w fabularną integralność trykociarskich idoli szerokiej publiki, autora sięgającego po kontrowersyjne motywy tylko po to, aby kontrowersje wzbudzać. Można się było spodziewać, że i tym razem zechce choć postarać się stworzyć historię mocną, mroczną i wywrotową, przynajmniej w swoim mniemaniu. Paradoksalnie może właśnie to zrobił, nie robiąc tego wcale – Starlight to komiks prosty i przyjemny. Po przedstawieniu mi statusu quo żywota Duke’a McQueena spodziewałem się opowieści o radzeniu sobie ze starością i wykluczeniem, a tu bach! Rakieta, powrót w kosmos i ponowny sukces w walce z pozaziemskim zagrożeniem, spotęgowanym tylko przez bóle reumatyczne i korzonki.

Starlight Strona

Zgodnie z tym, co napisałem ostatnio w recenzji Jupiter’s Legacy, Millar na starość wyraźnie kwestionuje samego siebie. Pragmatyzm w Starlight mógł pojawić przynajmniej się dwukrotnie. Zamiast tego siwiejący śmiałek nie tylko wyrusza z powrotem na Tantalus, ale i odnosi sukces, wraca do domu i zyskuje wreszcie zasłużoną chwałę i uznanie rodziny. Początkowo byłem rozczarowany takim obrotem spraw. Moja psycha, karmiona przez lata defetyzmem skrywającym się pod płaszczem realizmu w wielu historiach, domagała się krwi i wykrzywiającej twarz goryczy. Ostatecznie dostałem komiks, którego główny wątek jest skrajnie ludzki i satysfakcjonujący w taki ciepły sposób, co to czytelnika otula po lekturze jak kocyk z dzieciństwa. Dobrze napisanym, nostalgicznym rupieciem, odrestaurowanym tak dobrze, że jawi się jako całkowity powiew świeżości. Ku swojemu własnemu zaskoczeniu, jestem zachwycony.

Starlight Strona

Kapkę mniej urzekła mnie robota ilustratora – Gorana Parlova. Jego oszczędny, często kanciasty styl potrafi być momentami prawdziwie urokliwy. Niestety pomiędzy świetnie skomponowanymi kadrami, które w zrozumiały i dynamiczny sposób prowadzą narrację, czai się sporo zaniedbań i niedociągnięć. Część rysunków zachwyca perspektywą i doskonałym projektem egzotycznych pejzaży w tle, ale na większości krzyczy pustka niesprawiająca wrażenia świadomego zabiegu artystycznego. Rozsądna i wyważona kolorystyka cieszy oko, chociaż powszechny brak cieniowania dokłada tylko cegiełkę do mocno średniego wyglądu całokształtu. Kilku szanowanych przeze mnie recenzentów w mniejszym lub większym stopniu zachwycało się kreską chorwackiego ilustratora, więc dopuszczam możliwość, że to jeden z tych przypadków, w których stronę graficzną albumu się albo kocha, albo wzrusza na nią ramionami.

Starlight Strona

Starlight może być ostatnim, czego byście się spodziewali, sięgając po komiks z nazwiskiem Marka Millara na okładce. Dla wielu to powinna być zaleta – przez lata pracy twórczej autor zebrał sobie całkiem zagorzałe grono antyfanów. Dopiero takie dzieła mogą być dla nich szansą na pozytywny kontakt ze scenariuszami szkockiego scenarzysty. Jeszcze łatwiej będą mieli czytelnicy mniej uprzedzeni, zarówno ci pamiętający klasykę kosmicznych przygodówek, jak i całkowicie zieloni w temacie, uhm, zielonych ludzików i ich interakcji z pozornie zwykłymi ludźmi rzuconymi w wir niezwykłych okoliczności. Gwiezdny Blask da im okazję do wsiąknięcia w komfortową, pełną nadziei fantazję, w której człowiek nie jest tym słabszym gatunkiem w kontakcie z pozaziemską inteligencją, a i swoje wewnętrzne słabości może pokonać. Nawet jeśli znamion wybitności w tym tytule nie ma prawie wcale, to w swojej porządnej przeciętności skutecznie odkopuje wiele z uciech, które zwykły motywować nas do wielogodzinnego wdychania farby drukarskiej przed laty.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Starlight – Gwiezdny Blask
Wydawnictwo: Image Comics / Mucha Comics
Autorzy: Mark Millar, Goran Parlov
Typ: komiks
Data premiery: 26.11.2018
Liczba stron: 168

Dodaj komentarz

avatar