Dzień jak co dzień na superprzedmieściach. Recenzja komiksu Grace Randolph’s Supurbia Volume 1

Grace Randolph’s Supurbia komiks

Superman podsłuchuje wszystkich ludzi na Ziemi (z papieżem włącznie); Batman ma romans z Robinem; Kapitan Ameryka dogorywa na łożu śmierci (ale z Bucky’im nie sypiał); Green Lantern jest reprezentantem mniejszości etnicznej w zespole; Thor to seksista. Akcja serii Supurbia autorstwa Grace Randolph (scenariusz) i Russela Dautermana (rysunki) nie rozgrywa się oczywiście w uniwersum DC bądź Marvela, ale przedstawia znanych wszystkim superbohaterów odbitych w krzywym zwierciadle, więc powyższe analogie nasuwają się same. Człowieka ze Stali zastępuje wszechmocny kosmita Sovereign, Mrocznego Rycerza i Cudownego Chłopca – para Night Fox plus Agent Twilight, zamiast Steve’a Rogersa mamy Marine Omegę (oraz jego partnera Bulldoga), w roli Johna Stewarta występuje Cosmic Champion – członek Kosmicznego Korpusu, zaś mityczną, półboską istotą na kształt Boga Gromów jest pochodząca z Mongolii Batu, jedna z Córek Świetlistego Księżyca (Daughters of the Bright Moon). Wszyscy oni należą do Meta Legionu i mieszkają przy tej samej ulicy, w uroczych willach z wypielęgnowanymi ogródkami. Ale to nie superbohaterowie są tutaj głównymi postaciami.

Supurbia meet

Pierwsze skrzypce grają bowiem partnerki (oraz partnerzy) nadludzi, dbające na co dzień o wspomniane domy i trawniki. Eve, świeżo poślubiona żona Roberta White’a (alias Bulldog a) wprowadza się do Smithów – Mike’a (Marine Omegi) oraz Ruth. Supersąsiedzi zgotowują jej ciepłe przyjęcie – oprócz Meta Legionistów poznajemy: Helen Heart, dawną przestępczynię, mieszkającą i sypiającą z najpotężniejszą istotą na Ziemi, Alexis Frische – szefową fundacji swojego imienia, dostarczającą mężowi (Night Foxowi) zaawansowanych technologicznie gadżetów, Tię Jenkins, która zrezygnowała z etatu superbohaterki na rzecz wychowywania córki Zari, a także Jeremy’ego Metzgera, ojca Sary oraz Eliego, byłego odkrywcę i podróżnika, obecnie pisarza i koguta domowego.

Osiedle domków jednorodzinnych jest idylliczne, bezpieczne (w końcu straż sąsiedzka dysponuje tu nadludzkimi mocami) i na wskroś zakłamane. Każda z kobiet skrywa mroczną tajemnicę z przeszłości bądź też nosi w sobie problemy i rozterki, o których nie mówi supermężowi. Jedynie debiutantka Eve – była pielęgniarka – robi tutaj za pierwszą naiwną i nie dostrzega, jaki bagaż życiowy dźwigają jej nowe sąsiadki. Partnerki legionistów zajmują się praniem (również kostiumów mężów), gotowaniem, zakupami, wychowaniem dzieci lub prowadzeniem biznesu – czyli wszystkimi tymi przyziemnymi rzeczami, na które ich drugie połówki nie mają czasu ani ochoty. Wybuch konfliktu burzącego małą stabilizację, a zarazem rozwiewającego nudę, jest tylko kwestią chwili…

Supurbia Hella

Jeśli powyższe wprowadzenie kojarzy się wam z Gotowymi na wszystko, to jesteście na właściwym tropie – bez wątpienia Wisteria Lane i jej mieszkanki były jednoznaczną inspiracją dla scenarzystki. Połączenie dwóch poetyk – serialu obyczajowego oraz konwencji superbohaterskiej – daje w efekcie bezpretensjonalną rozrywkę, odmienną od poważniejszych serii komiksowych. Czytanie Supurbia przypomina oglądanie wspomnianej telewizyjnej produkcji – w każdym odcinku pełno jest zaskakujących cliffhangerów, niepozwalających oderwać się od lektury. Niestety, często owe zwroty akcji są mocno przewidywalne, nie psują jednak ogólnego wrażenia – ot, taki urok kryminalno-obyczajowego gatunku. Na pewno całokształt Supurbii – szybka, sprawna narracja i różnorodne postacie – zachęca do sięgnięcia po tom kolejny. Grace Randolph z pełną świadomością wykorzystuje tutaj superbohaterskie stereotypy, nie w celu zredefiniowania gatunku (jak robił to Moore, Morrison czy Ellis), lecz by osiągnąć efekt komiczny, gdy okazuje się, że nadludzie nie potrafią dać sobie rady z prozą życie codziennego. A skoro oni mają z tym problem, to jak nam – śmiertelnikom – może się udać?

Supurbia Dion

    Tytuł: Grace Randolph’s Supurbia Volume 1
    Scenariusz: Grace Randolph
    Rysunki: Russel Dauterman
    Wydawnictwo: BOOM! Studios
    Rok wydania: 2012
    Liczba stron: 112

Marcin „Martinez” Turkot

Marcin „Martinez” Turkot

Jestem geekiem trzydziestego któregoś poziomu, a także niepoprawnym fanboyem Supermana. W magisterce pisałem o związkach komiksu superbohaterskiego z mitami. W życiu zajmowałem się redagowaniem czasopisma o grach fabularnych i planszowych, tłumaczeniami gier, moderowaniem forów, pisaniem tekstów dla największego polskiego portalu internetowego oraz do "Tygodnika Powszechnego". Obecnie pracuję w reklamie. Uwielbiam komiks, w szczególności frankofoński, oraz animacje wszelakiego rodzaju (może poza anime, na którym się nie znam). Od ponad 20 lat gram w erpegi. Na gry komputerowe nie starcza mi już czasu...