Kiedy dziecko staje się rodzicem. Recenzja komiksu The Best We Could Do

The Best We Could Do

„Rodzina jest teraz czymś, co stworzyłam, a nie jedynie tym, gdzie się urodziłam”(„Family is now something I have created and not just something I was born into”). Thi Bui narysowała piękną i głęboką powieść o tym, jak zmienia się spojrzenie na bliskich w miarę dorastania, dowiadywania się o świecie i o nich, wreszcie stawania się samemu rodzicem. The Best We Could Do (Najlepsze, co mogliśmy zrobić) zaczyna się sceną porodu, chociaż tak naprawdę powinno się je czytać od wstępu nadrukowanego na skrzydełku okładki. Jak każda sztuka, jest to dzieło polityczne, bo opowiada o uchodźcach i ich emocjonalnym bagażu zbieranym przez wojny, morza, przeprowadzki i zatrudnienia poniżej kwalifikacji.

„Może bycie ich dzieckiem oznacza po prostu, że zawsze będę czuć ciężar ich przeszłości” („maybe being their child simply means that I will always feel the weight of their past”). Katarzyna Dworaczyk (autorka Wszystko, co jest teraz, zaczęło się tam/Everything that is now, started there) powiedziała niedawno na spotkaniu z czytelnikami, że kiedy była mała, twierdziła, że będzie mieć dziecko, ale nie męża. Dopiero dużo później zrozumiała, że ta „buntownicza” postawa była po prostu jej rodzinnym standardem, bo pradziadkowie i dziadkowie umierali na wojnach lub emigrowali za chlebem zostawiając babcie same. Z kolei w zeszłym roku rozmawiałam o fenomenie trzeciego pokolenia z dwiema Izraelkami: Hadas Reszef i Hadas Tapuchi (wywiady do znalezienia w Fabulariach IX i X; http://fabularie.pl/), które analizowały, jak doświadczenia wojny i wysiedleń przodków po dwóch generacjach skupiają się we wnukach tęskniących za nigdy niewidzianymi „prawdziwymi” domami, kupujących wygodne buty i ciepłe płaszcze (na wszelki wypadek) i zawsze potrafiących się szybko spakować. Thi Bui i jej rodzeństwo też ciągle mają pod ręką najważniejsze dokumenty, żeby móc je w każdej chwili chwycić i uciekać – dlatego kiedyś udało im się przeprowadzić wzorcową ewakuację, gdy w ich domu wybuchł pożar. W The Best We Could Do  autorka opowiada raczej historie swoich rodziców niż swoją – wojnę wietnamską, reżim komunistyczny, pobyt w obozie przejściowym. To, że ojciec nie umiał nawiązać z dziećmi bliskości, opisuje przez pryzmat rozpadu jego rodziny, gdy był jeszcze mały, późniejszego ukrywania się i mieszkania u dziadków na wsi. To bardzo prawdopodobne, że jej syn, noworodek z pierwszej sceny, będzie znał te opowieści lepiej niż jakiekolwiek inne, stanie się właśnie trzecim pokoleniem.

Bui nie oskarża swoich rodziców, stara się ich zrozumieć mimo ich sztywności czy wciąż kultywowanych tradycyjnych przekonań, które zupełnie nie pasują do współczesnej Ameryki. Doświadczenie bycia matką i lęku o swoje dziecko pozwala jej poczuć ich troskę i staranie, żeby zrobić najlepsze, co mogą. Nie wiem, czy w takim powrocie do rodziny wyraża się „kolektywny charakter” wietnamskiej kultury, ale na pewno pozwolił on autorce pogodzić się nie tylko ze swoją przeszłością, ale także bagażem poprzedniego pokolenia – imigrantów, którzy zawsze będą nie u siebie i stęsknieni, nigdy naprawdę spokojni.

Ciepło i czułość tego niełatwego odnajdowania drogi do rodzicielstwa wyraża się wspaniale w rysunkach, pełnych kolorów letniego zmierzchu – lekkiego pomarańczu, różu, złamanych czerwieni i (rzadziej) błękitu, otoczonych wyraźnym konturem. Bui udało się pokazać piękne, młode twarze matki i ojca przyjmujących na świat jej liczne rodzeństwo i opłakujących kilkoro straconych dzieci. I to, jak zmieniały się w miarę przechodzenia od nadziei do twardego radzenia sobie z nieobiecującą już niczego codziennością. Niepokój wyraża drżącymi zarysami miejskich i wiejskich pejzaży i narracją. Jednocześnie jej rysunki nie są przeestetyzowane.

The Best We Could Do wydaje mi się ważnym i przemyślanym dziełem dotykającym kwestii tworzenia rodziny, konfrontowania się z traumami z nieswojej przeszłości, komunikacji między pokoleniami najbliższych sobie ludzi, którzy mogą pochodzić z zupełnie różnych światów. Doskonale wpisuje się w dyskusję o drugiej i trzeciej generacji po traumie, dziedziczeniu strachów i tęsknot przy jednoczesnym zerwaniu z wieloma elementami tradycji. Może też być czytana jako rzecz o relacjach z bliskimi i stawaniu się dorosłym, jak chociażby tak ostatnio chwalona Codzienna walka (która jednak bardziej skupia się na codzienności bohaterów) czy (mocno historyczne) Ósme życie, Fun Home Bechdel albo książki Ewy Kuryluk opowiadające o jej rodzicach.

Recenzja została napisana na podstawie kopii komiksu z NetGalley.

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).