Recenzja komiksu The Damned: Three Days Dead

The Damned

W czasach prohibicji nie żyło się łatwo, a co dopiero w mieście kontrolowanym przez gangi handlarzy dusz, którzy są, tak przy okazji, demonami. The Damned Cullena Bunna i Briana Hurtta jest właśnie o tym. To miniseria wydawana przez Oni Press w latach 2007-2006. W marcu przyszłego roku ukaże się kolorowa edycja zbiorowa Three Days Dead przeczytaną przez nas dzięki serwisowi NetGalley.

Eddie pracuje dla rodziny Alighieri. Trzymają go przy niej długi, niechęć do innych gangów i być może jakaś lojalność. Każdy w tym mrocznym mieście ma swoje dziwactwa, on jest nieśmiertelny. Właściwie może umrzeć, ale nie na długo. Ta szczególna przypadłość jest skutkiem klątwy, rzuconej na niego w ramach kary za „duchowe” zadłużenie przez członków innego rodu o włoskim nazwisku. Więc Eddie czasem znika na jakiś czas, po czym ktoś go łaskawie odkopuje, żeby mógł wrócić na łono familii i pełnić posługi. Z tego wszystkiego zostają mu tylko kolejna blizna i coraz głębszy cynizm.

The Damned to mroczny horror noir, pokazujący hordy demonów i piękną femme fatale, która już Eddiego nie chce. Klasyką gatunku jest też to, że potencjalnie prosta robota bardzo szybko zaczyna niedobrze pachnieć i się komplikować. Główny bohater, zamiast załatwić sprawę szybko i sprawnie, czego stanowczo by sobie życzył, będzie biegać po licznych schodach i kryć się przed kulkami czyichś pomagierów. W tym bowiem sęk, że nie bardzo wie, z czyjego polecenia tylu ciemnych typków za nim gania.

Rysunki Hurtta łączą klasyczną gangsterską estetykę z demonicznymi motywami. Potężny rogaty boss o czerwonej skórze (znacznie przystojniejszy od Diablo, być może spokrewniony z Hellboyem) nosi nienaganne białe koszule i czarne garnitury. Eddie przypomina wychudzonego Bogarta, chociaż bez prochowca. Konkurencja eleganckich Alighierich chodzi za to w białych podkoszulkach, przez co sceny bezpośrednich starć gangów kojarzyły mi się z ustawkami socjalistów i endeków z Króla Twardocha. W The Damned zdarza się przemoc: bójki i strzelaniny, ale faktycznie szokujące czy mocne może być raczej coś innego – robactwo i larwy znaczące ślad jednej z postaci.

Miasto Eddiego jest szare albo deszczowe i szare, ewentualnie pogrąża się w głębokim mroku. A on snuje się po nim lub ucieka, wpadając czasem na dawnych przyjaciół, przeklętych jak on. Niektórzy próbują się ukrywać, inni korzystają z życia, póki mogą. On nie dziwi się nikomu i nie walczy ze swoją klątwą. Wie, że mogło być znacznie gorzej, a przecież nie spodziewał się też po niej niczego dobrego.

Na Three Days Dead składa się pięć pokolorowanych i odświeżonych zeszytów oryginalnej serii i jeden nowy rozdział. Ten ostatni otwiera kolejny wątek, można się więc liczyć na powrót Eddiego i jego demonów po dziesięciu latach zapomnienia. Takie zmartwychwstanie byłoby bardzo w jego stylu. Niestety, nie ma na razie żadnych szczegółowych zapowiedzi. Czekamy zatem na pojawienie się pierwszego tomu w księgarniach i aktualizacje strony Bunna,  na której póki co królują Uncanny X-men i Grave Lillies, jego nowa seria superbohaterska mająca się ukazywać od grudnia 2016.

The Damned robi wrażenie smutkiem, mrokiem i wiarygodnością klimatu czasów prohibicji. Bunn i Hurt tworzą bardzo dobry zespół, co udowadniają także w świetnie przyjmowanym The Sixth Gun. Muszę przyznać, że Eddie i jego szary świat są intrygujący i chętnie poczytałabym o nich więcej. Jak wiadomo, nigdy dosyć deszczu na rondzie filcowego kapelusza i odległego echa strzałów z portowej dzielnicy pełnej nielegalnego towaru.

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).