Recenzja komiksu The Sound of the World by Heart

The Sound of the World by Heart

Giacomo Bevilacqua to młody włoski komiksiarz, tak mało znany, że Wikipedia pisze o nim jedynie po włosku. Co nie znaczy, że Sound (a właściwie Il suono del mondo a memoria) to jego pierwsza nowela graficzna. Jak dotąd wydawał jednak serie: humorystyczną i szkicową A Panda piace (Panda lubi)oraz dużo bardziej mroczne urban fantasy Metamorphosis. Obydwie zostały świetnie przyjęte przez czytelników. Jak na razie do tłumaczenia trafiło tylko Sound: komiks wydało Magnetic Press, którego plan biznesowy polega na wzbogacaniu anglojęzycznego rynku o najciekawsze europejskie pozycje. Mają na swoim koncie pozbawione słów historie o zwierzętach, łączące klasyczny rysunek z przyrodniczą obserwacją, tworzone przez Brrémauda i Bertolucci’ego, oraz książki Sandovala. Sound bywa porównywany do prac meksykańskiego artysty, gdyż obaj zestawiają realistyczną narrację z wyraźnie rysunkowym stylem.

Sound jest historią po części autobiograficzną – opowiada o zagubieniu i izolacji młodego artysty w wielkim Nowego Jorku. Bevilacqua wziął własne poczucie obcości i oderwania od miasta, zintensyfikował je, stworzył bohatera także będącego artystą wizualnym, dołożył do wszystkiego wątek romantyczny i magiczny (z braku lepszego słowa niebędącego spoilerem). Tak powstała opowieść o Samie, samotnym fotoreporterze w żałobie po zbyt szybko zakończonym związku, który postanawia odbyć rodzaj terapeutycznej medytacji i nie odzywać się do nikogo przez dwa miesiące. A przynajmniej tak rozumiemy na początku ideę nieodzywania się do nikogo. Pomysł mógł zostać zrealizowany jedynie dzięki temu, że entuzjastycznie przyjął przez przyjaciel głównego bohatera, a przy okazji jego redaktor, dzięki czemu to ich wspólny magazyn pokrywa koszty wyjazdu Sama. Na narrację komiksu składają się więc nie tylko monologi wewnętrzne fotografa, ale także fragmenty pisanego przez niego artykułu. Całość jest nieoczekiwanie smutna, chociaż odnajdą się tu echa komedii romantycznych.

Życie Sama to reguły i przepisy, patrzenie, robienie zdjęć, drobiazgowe kontrolowanie swoich kroków, uczuć i wspomnień. Bohater obsesyjnie słucha jednego jazzowego kawałka, nigdy nie zdejmuje z uszu słuchawek. Nie ogląda swoich zdjęć zanim ich nie wydrukuje (zawsze w tym samym zakładzie), choć pamięta każdy złapany kadr. Kompulsywnie liczy, czasem rzeczy i ludzi, kiedy indziej po prostu rytm. Trzyma się na dystans. Urodził się w Nowym Jorku i zawsze wraca do niego, gdy życie staje się zbyt bolesne. Celowe odcięcie się od komunikacji z innymi prowadzi go coraz głębiej w miasto, ma odciągnąć go coraz dalej od przeszłości, relacji, miłości i, po prostu, ludzi. To mają być spokojne dwa miesiące, tylko dla Sama i jego smutku. Do czasu, kiedy na swoich czarno-białych zdjęciach odnajduje barwną kobiecą postać, której nie zna i nie przypomina sobie ani jej, ani momentu uchwycenia tych kadrów.

Ogromną siłą Sound są obrazy. Prawie każdy układa się w gotowe zdjęcie, zwykle o klasycznej kompozycji, z wyraźnym elementem centralnym. Sam chodzi po tłumnym mieście, zwiedzając jego ulice i obserwując mieszkańców, dlatego bardzo często (jak na powieść o samotności) kluczowy element wielu ujęć stanowią ludzie: pogrążeni w kontakcie z innymi, żywi, niezwracający uwagi na spadającą migawkę. Nowy Jork pokazywany jest także przez swoją eklektyczną architekturę, słynne na cały świat schody przed kamienicami, na których bohaterowie niezliczonych seriali omawiają sens życia, żółte taksówki… Sam rejestruje obraz i mechanizmy napędzające ciągły ruch pieszych, metra, samochodów. Próbuje odkryć rządzący nimi rytm, podziemny szum metropolii.

The Sound of the World by Heart ma w sobie piękne kadry, melancholię godną Inio Asano, trochę patosu… No i ma wątek miłosny, zupełnie nierealistyczny i pełen tajemnic. Sam i Joanna spotykają się w grudniu, według niego – najbardziej melancholijnym miesiącu roku. To między innymi stąd moje skojarzenie z komedią romantyczną, ale mocno allenowską, przywodzącą na myśl Manhattan skoncentrowany nie tyle na Wielkim Jabłku, co na micie o dwóch połówkach… To jeszcze nie Zakochany bez pamięci, już nie Ja cię kocham, a ty śpisz, a przy tym coś dużo smutniejszego od wymienionych klasyków. Bevilacqua opowiada w Sound o utracie – nagłej i przypadkowej, więc niechcianej, ale także kontrolowanej i świadomie wybieranej przez Sama zamiast bliskości. Bardzo udany debiut w gatunku pełnometrażowej noweli graficznej.

SOUND OF THE WORLD BY HEART – 2017 trailer 720p FULL from Neurobellum on Vimeo.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: The Sound of the World by Heart
Wydawnictwo: Magnetic Press
Autor: Giacomo Bevilacqua
Typ: komiks
Gatunek: obyczajowy
Data premiery: 11 kwietnia 2017

Recenzja napisana na podstawie kopii komiksu z NetGalley. Bardzo dziękujemy portalowi za przedłużenie nam dostępu do tego komiksu.

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).

  • Butchy Butch

    Asafa to jeszcze Ci wybaczę, ale to? najbardziej pretensjonalny i pusty komiks jaki czytałem w ostatnich latach. 3/10