Recenzja komiksu The Walking Dead Volume 11

    The Walking Dead tom 11

Bohaterowie Żywych trupów nie ustają w wędrówce. Bez chwili wytchnienia, bez szansy na znalezienie spokoju czy ukojenie bólu. Paradoksalnie im gorsze rzeczy ich spotykają, tym bardziej cieszy się czytelnik. Trudności i straty po ich stronie to porcja emocji i rozrywki dla nas, odbiorców. Taki już sadystyczny urok horrorów. Niestety łatwo się tym przesycić i tak jest w tym przypadku. Bo niestety, ale 11 tom TWD, choć mocny, doszedł do granicy autoparodii, a jego najostrzejsze momenty – zamiast przerażać – drażniąbrakiem logiki i powtórkowością.

    1

Trzeba być gotowym, gdyby na horyzoncie pojawił się ktoś taki jak Gubernator. A może nawet ktoś gorszy. Tylko czy koniecznością jest wypatrywać go gdzieś poza niewielką społecznością Ricka? Kiedy jeden z bliźniaków morduje swojego brata, rodzi się pytanie o granice kary. Dziecko, które zabiło, nie jest świadome wagi swojego czynu, ale czy można pozostawić je bez rozliczenia? Szczególnie, że owa niewiedza czyni je jeszcze bardziej niebezpiecznym. Jedynym rozsądnym wyjściem wydaje się być zabicie winnego, kto jednak pozbawi życia dziecko? Kolejne pytania nakładają się na siebie, a spirala lęku i wątpliwości narasta. Gdy wkrótce bohaterowie odkrywają, że ktoś ich obserwuje, a na ich drodze staje kaznodzieja, sytuacja tylko się pogarsza. Co mają zrobić w obliczu zniknięcia członka ich grupy? I z jakim nowym niebezpieczeństwem przyjdzie im się zmierzyć?

    2

Brzmi ciekawie? I po części tak jest, niemniej kolejne tomy The Walking Dead niczym nie różnią się od siebie. Nadal czyta się je przyjemnie, ale emocje opadły i nawet próby podkręcenia okrucieństwa niewiele zmieniają. Najlepiej z nich wypada chyba wyjaśnienie, kim są tajemniczy obserwatorzy; to jednak następuje w połowie albumu, ale tak naprawdę już nie intryguje. Wiadomo bowiem – ktoś zginie, ktoś zostanie okaleczony, a ktoś pewnie znów dołączy do ekipy. I tak to już się toczy, aż… właśnie? Jak długo taki schemat będzie się jeszcze sprawdzał?

    3

Coraz więcej jest także niepotrzebnych wątków. Dziecko-morderca? Zważywszy na rodzaj zadanych prze niego ran –tak, mały chłopiec byłby do tego niezdolny, ale, abstrahując od takich rozważań, samo zdarzenie wypada nijak. Nie przeraża, nie przejmuje, śmieszy głupotą i sprawia wrażenie stworzonego na siłę, by wstrząsnąć – bądź też zwyczajnie z powodu braku pomysłu na coś więcej. Podobnie rzecz ma się z przemianą syna Ricka. O ile ma ona konkretne uzasadnienie fabularne, o tyle już wykonanie i jego tempo nie przekonują. A szkoda. Na szczęście niezmiennie dobra pozostaje grafika w wykonaniu Adlarda. Nie jest może wybitna, ale jego brudna kreska, mrok i makabra znakomicie pasują do historii. Czy dla samych rysunków warto sięgnąć po komiks? Pewnie nie, ale dodając do nich strony dobrej fabuły(bo jednak takie tom jedenasty mimo wszystko posiada) już tak. Dlatego jeśli lubicie horrory o zombie i czytaliście poprzednie tomy, sięgnijcie. Ale nawet wierni fani mogą się już poczuć znużeni.

    4

Michał Lipka

Michał Lipka

Rocznik 88. Próbuje swoich sił w pisaniu, w tworzeniu komiksów także. Przede wszystkim jednak czyta - dużo, namiętnie i bez chwili wytchnienia. A potem stara się wszystko to recenzować. Prowadzi także książkowego bloga http://ksiazkarnia.blog.pl/