Recenzja komiksu The Walking Dead Volume 12

    The Walking Dead tom 12

Ile razy można wciąż prezentować to samo? Takie pytanie zadaję sobie niemal od samego początku The Walking Dead. Wiemy doskonale, że amerykańskie serie komiksowe ciągną się latami, a liczba zeszytów najstarszych z nich zbliżyła się już do tysiąca. Czasem jest w nich lepiej, innym razem gorzej, powtórek także nie brak. Ale twórcy tych hitów zmieniają się ciągle, a nowe nazwiska wprowadzają nieco świeżości do skostniałych fabuł. Trupy natomiast w garści trzyma Robert Kirkman, ich twórca i ani na chwilę nie chce dopuścić do głównej opowieści nikogo innego. A szkoda, bo najwyraźniej nie ma już pomysłów, a seria z każdym tomem zaczyna mieć się coraz gorzej. Dopadł ją wirus? Tak, ale nie chodzących trucheł, tylko tasiemca cierpiącego na przerost ambicji. I zjadającego coraz szybciej swój ogon.

    1

Kiedy Rick i jego towarzysze poznają prawdę na temat wyprawy, nadzieja opuszcza ich po raz kolejny. Zawód, rozczarowanie, smutek, gorycz i złość… Ile jeszcze podobnych chwil będą w stanie znieść? I wtedy, jak deus ex machina, pojawia się tajemniczy mężczyzna, który przedstawia się jako Aaron i proponuje naszym bohaterom możliwość normalnej egzystencji. Jest bowiem przedstawicielem pewnej społeczności żyjącej niedaleko w spokoju – można nawet rzec, że w dostatku i bezpieczeństwie. Zupełnie tak, jak przed inwazją żywych trupów. Czyżby w końcu Rick, jego syn i reszta ich ekipy znaleźli wymarzoną przystań? Nadzieję i szansę? Wszystko na to wskazuje. Miejsce rządzi się swoimi prawami, a mieszkańcy mają wymagania, ale oferują bardzo wiele. Rick zostaje stróżem prawa, pozostali powoli odnajdują się w społeczeństwie, czy jednak powinni oni ulec poczuciu bezpieczeństwa?

    2

Powtórkowość, fabularne mielizny i wiejąca ze stron nuda to znaki rozpoznawcze tego albumu. Nie mogę powiedzieć, że brakowało mi akcji – chociaż tej rzeczywiście nie było – bo lubię przegadane komiksy i jakakolwiek dynamika zdarzeń jest mi zbędna. Warunek pozostaje jednak jeden: by dzieło miało w sobie coś ciekawego do zaoferowania. By był o czymś. A 12. tom TWD zdaje się opowiadać o niczym. I nieważne, że to już było, fabuła przedstawia się po prostu nijako, nie wciąga, nie ciekawi… W sumie to też sztuka zrobić 120 stron opowieści, z której nie wynika absolutnie nic, ale nie takiej sztuki oczekuję. Zdziwiłbym się, że seria ma tylu fanów, wysokie noty i wciąż ludzie ją czytają, ale z drugiej strony właśnie taka pulpa od zawsze sprzedaje się najlepiej – jeśli coś jest ambitne i choćby tylko sprawia wrażenie mądrego, kończy w niszy. A szkoda.

    3

Oczywiście ten tom TWD spodoba się wszystkim niewymagającym czytelnikom, którzy nie lubią myśleć ani doszukiwać się jakichś wartości w dziele. Prostota, kolokwialnie mówiąc, wali po oczach– tak samo jak brak pomysłów. Czy sięgnę po kolejne części? Tak, ale żeby przekonać się, ile jeszcze można ciągnąć coś tak nijakiego, miałkiego i co można wcisnąć na jego łamy. Na dobrą zabawę ani emocje już nie liczę. Zostaje tylko bardzo dobra strona graficzna, ale nawet ona przestaje wystarczać, kiedy scenarzysta swoją fabułę opiera na kopiowaniu własnych pomysłów, które były niczym innym jak kopią klisz, od dekad eksploatowaną już do znudzenia.

Podsumowując – TWD 12 to komiks tylko dla najwytrwalszych fanów. I najgorszy album z serii. Reszta nie ma tu czego szukać.

    4

Michał Lipka

Michał Lipka

Rocznik 88. Próbuje swoich sił w pisaniu, w tworzeniu komiksów także. Przede wszystkim jednak czyta - dużo, namiętnie i bez chwili wytchnienia. A potem stara się wszystko to recenzować. Prowadzi także książkowego bloga http://ksiazkarnia.blog.pl/