Recenzja komiksu The Walking Dead Volume 13

    The Walking Dead tom 13

Dwunasty tom The Walking Dead okazał się komiksem, co tu dużo mówić, mocno przeciętnym, a momentami całkiem nijakim. Nie gwarantował już nawet rozrywki, a co dopiero czegoś więcej. Dopiero na ostatnich stronach złapał nieco wiatru w żagle, ale to było zdecydowanie za mało. Ciąg dalszy wydarzeń w nim przedstawionych prezentuje się nieco lepiej – niestety tylko nieco.

    1

Rick i jego ludzie wreszcie znaleźli spokojną przystań. Społeczność, której przewodzi Douglas, zdołała zachować w sobie jak najwięcej z dawnego życia, zorganizować własne struktury i wypracować pewien system. Każdy ma swoje miejsce, każdy też ma swoją rolę i zajęcie. Czy wszyscy są bezpieczni? Prawie – ktoś w końcu musi budować ogrodzenie, a żywe trupy często pojawiają się na terenach za miastem. Co więcej niektórzy zajmują się poszukiwaniami niezbędnych rzeczy, takich jak na przykład leki, co wiąże się z jeszcze większym zagrożeniem. Ricka jednak niepokoi coś innego, a mianowicie kłopoty ze strony wszelkich zorganizowanych grup, jakie spotkał na swojej drodze. Poza tym nie zamierza pozostać bezbronnym, na wypadek gdyby trzeba było poradzić sobie z mieszkańcami miasteczka, ale musi mieć pełne poparcie swoich ludzi. Zaangażowanie w problemy rodzinne jednej z kobiet prowadzi jednak do wybuchu tłumionych emocji, co okazuje się tragiczne w skutkach…

    2

Akcja tego albumu jest powolna, ale na szczęście pojawia się w niej kilka elementów potrafiących zaciekawić. Zaczynając od nielicznych scen grozy z udziałem zombie, przez zmiany charakteru Ricka, który powoli staje się taki jak jego dotychczasowi wrogowie, po całkiem sporą ilość wątków obyczajowych, fabułaleniwie posuwa się do przodu. Nie jest może dynamiczna, ale nie jest też nużąca, jak to było w poprzednim tomie. Ma jednak swoje ewidentne minusy.

    3

Pierwszym z nich jest brak dobrego pomysłu na to, co zrobić dalej, więc tak naprawdę fabuł kręci się w kółko. Scenarzysta mógł to zakończyć już dawno, mógł wyjść z twarzą, zamiast tego powiela schematy, które od dziesięcioleci stanowią popkulturowe klisze i przestały się sprawdzać. Drugim zasadniczym minusem są głupie rozwiązania fabularne – jak w przypadku telefonu. Po wydarzeniach z tego albumu można przypuszczać, że temat zostanie porzucony, ale niestety zdecydowanie zbyt późno. Ciekawy i zaskakujący był tylko przez chwilę, potem zaczął żenować i, mimo umotywowania go, przestał przekonywać. O wiele lepiej sprawdziłby się, gdyby zniknął symbol w postaci aparatu, a pozostały same rozmowy, Kirkman jednak uparł się i robi swoje. Jednocześnie postawił na prostacką dosłowność, nie zostawiając niczego wyobraźni. W pierwszych komiksach z serii to nie raziło, bo oferowały konkretną rozrywkę, a teraz, kiedy zabawa dobiegła końca, czytelnik nie dostaje niczego, na czym mógłby skupić uwagę. Bo nawet wątki obyczajowe, poprowadzone poprawnie, nic nie wnoszą – to wszystko widzieliśmy już setki, tysiące razy. I to o wiele lepiej ukazane.

Co więc jest tu dobrego? Na pewno rysunki Adlarda, który jak zawsze nie zawodzi. I kilka scen, w tym ta z obroną jednej z mieszkanek przed zombie. Czy to nie za mało na 130 stron historii – oceńcie sami. Mi nie wystarcza, choć zapewne zagorzali fani nie będą mieli aż takich zastrzeżeń.

    4

Michał Lipka

Michał Lipka

Rocznik 88. Próbuje swoich sił w pisaniu, w tworzeniu komiksów także. Przede wszystkim jednak czyta – dużo, namiętnie i bez chwili wytchnienia. A potem stara się wszystko to recenzować. Prowadzi także książkowego bloga http://ksiazkarnia.blog.pl/