Recenzja komiksu The Walking Dead Volume 4

1

Tak to jest z każdą serią – komiksową, filmową, książkową czy jakąkolwiek inną – że w końcu zaczyna zaniżać poziom albo najzwyczajniej w świecie zjadać własny ogon. Chociaż The Walking Dead dopiero się rozkręca, a ten tom to zaledwie czwarta część przygód bohaterów cyklu o świecie opanowanym przez zombie (a więc zawierająca zeszyty 19-24), można już zacząć mówić o pewnym przesycie. Nie zmienia się bowiem nic poza scenerią i konfiguracją postaci, chociaż fabularnie to nadal ta sama, dobra historia z gatunku survival horror.

Poznajcie Michonne, milczącą kobietę z samurajskimi mieczami, prowadzącą ze sobą zombie niczym psy na smyczach. Jej pojawienie się przypada na bardzo trudny moment w życiu naszych bohaterów. Rick i reszta znaleźli bowiem idealny azyl w więzieniu, jednakże jeden z skazańców nie ma najmniejszej ochoty pozwolić przybyszom zamieszkać w murach zakładu. Gdy atmosfera zagęszcza się, a napięcie wzrasta do niebezpiecznego poziomu – wszystko wskazuje na to, że nic nie uratuje „tych dobrych”. O dziwo to żywe trupy przychodzą im z pomocą, kiedy ich kolejny atak zmusza przeciwników do zawarcia kruchego sojuszu. A przy okazji sprowadza także Michonne, która od teraz staje się częścią ekipy Ricka. Jednakże w trakcie walki sam Rick dopuszcza się czynu uważanego przez siebie dotychczas za absolutnie zakazany. Od tej chwili zaczyna się wewnętrzna metamorfoza bohatera; zmianie ulega też jego wizerunek w oczach ludzi, którzy dotychczas mieli go za swojego przywódcę.

2

Charakterystyka tego tomu jest prosta – twórcy nie oferują nam niczego więcej poza kolejną porcją dokładnie tego samego: dramatu, który powoli zaczyna nieuchronnie zmierzać w kierunku tasiemca przepełnionego zdradami, manipulacjami, zagrożeniami i zgonami kolejnych doskonale znanych nam postaci. Na ich miejscu od razu pojawiają się jednak kolejne, a te – taka jest brutalna prawda – po prostu musimy polubić. Albo więc zaakceptujemy tę zagrywkę twórców (w przeciwnym razie nie mieliby o kim robić komiksu), albo też uznamy ją za tani chwyt, zbyt naiwny dla nas i odrzucimy całość.

Abstrahując jednak od tego, co napisałem powyżej, a skupiając się na samej fabule – czwarty tom Żywych Trupów (Walking Dead) czyta się lekko, szybko i bez bólu.

3

Od strony graficznej tom ma się znakomicie, bo odpowiedzialny za rysunki Charlie Adlard doskonale czuje się w scenerii grozy. W końcu ten znany z ilustrowania takich komiksów jak The X Files czy Hellblazer autor potrafi operować czernią; na elementach gore także zna się całkiem nieźle. Widać w nich niechlujność czy pospiesznie stawiane kreski, a jednak tkwi w tym jakiś urok. To w końcu horror, gatunek uważany za nieszczególnie ambitny. Utworom tego typu wiele uchodzi na sucho, bo mają dostarczyć przede wszystkim mocnych wrażeń, a The Walking Dead zapewnia ich całkiem sporo.

I tylko jedno spostrzeżenie na koniec. Mam nadzieję, że kolejne tomy odejdą od schematu, który powielany jest tutaj, bo nie można w nieskończoność uśmiercać kolejnych postaci i zastępować ich nowymi. W końcu takie zabiegi odrzucą nawet najwierniejszych fanów, a plan Kirkmana, pomysłodawcy i scenarzysty całej serii, by zrobić niekończącą się telenowelę z zombie, spotka wielka klęska.

4

 

Ocena: 6/10

Plusy
+ duszny klimat
+ ciekawa psychologia bohaterów w obliczu końca ludzkości
+ udana strona graficzna

Minusy
– powtarzalność wątków i pomysłów
– drażniący główny bohater
– brak powiewu świeżości

Autor: Michał Lipka

Michał Lipka

Michał Lipka

Rocznik 88. Próbuje swoich sił w pisaniu, w tworzeniu komiksów także. Przede wszystkim jednak czyta - dużo, namiętnie i bez chwili wytchnienia. A potem stara się wszystko to recenzować. Prowadzi także książkowego bloga http://ksiazkarnia.blog.pl/