Niedawno recenzowaliśmy bardzo klasyczne josei, dzisiaj pokażemy wam coś zrywającego ze standardami tego gatunku. Mangi Higashimury są zwykle reklamowane pod hasłem „tu nie będzie romantycznego happy endu”, „żadnego księcia na białym koniu”, „nie spodziewajcie się ślubu”. Jednocześnie są ciepłe, zabawne i nie porzucają najważniejszego postulatu japońskiego komiksu kobiecego – są wzruszające i „dokidoki”, przyspieszają bicie serca.

A przynajmniej taka była Princess Jellyfish (Kuragehime), największy hit tej mangaczki, urocza historia o grupie współlokatorek, hardkorowych kobiet-otaku stanowczo nielubiących mężczyzn, ani żadnych innych elementów psujących ich wychuchaną rutynę. Tamte dziewczyny miały po mniej więcej trzydzieści lat, nie zarabiały, były ogólnie nieprzystosowane do życia, krótko mówiąc reprezentowały „przegrane” pokolenie wyżu demograficznego łamanego przez kryzys gospodarczy. Jeśli czytaliście tę mangę, od razu zobaczycie, że punkt wyjścia Tarareba jest bardzo podobny: mamy trójkę kobiet (tym razem pracujących) i jednego blondyna, który namiesza im w życiu. Niewątpliwie serie łączy także kreska, do tego stopnia, że główne bohaterki są do siebie szalenie podobne. Rysunki Higashimury są miękkie i opływowe, bardzo jasne, w Tarareba tła są bardzo oszczędne, co dodatkowo dodaje mandze światła. Jednak poza tymi „strukturalnymi” podobieństwami oba komiksy mają zupełnie odmienne nastroje.

Tarareba oznacza „co by było, gdyby…”. Bohaterki tej mangi, Rinko i jej dwie przyjaciółki, samodzielne, ale niezamężne, na okrągło zadają sobie to pytanie wspominając chłopaków, za których nie wyszły. Bo gdyby jednak znalazły mężów? Gdyby nie były takie marudne w młodości? Gdyby na ich drodze wreszcie pojawił się jakiś idealny facet? Albo nawet nieidealny, byle wolny? Wszystkie nagminnie zapominają, że nie są zupełnie przegranymi osobami – stworzyły sobie kariery, o jakich marzyły, mieszkają w Tokio, mają siebie. Wbrew pozorom ta historia nie jest irytująca, gdybające dziewczyny są sympatyczne, a sama manga pełna (lekko czarnego) humoru. Mnie chciało się z nimi przejść pierwszy tom, czekałam niecierpliwie na drugi (tyle wyszło na razie po angielsku)… Ich problemy wydają się bardzo mocno osadzone w konserwatywnym japońskim społeczeństwie, ale nie oszukujmy się, każda z nas „ma taką koleżankę”, która nie chce już być singielką, wątpi w sens obecnego związku, a na pewno na piwie z kumpelkami gadamy czasami jak żywcem wyjęte z Tarareba Girls.

Fabuła najnowszej serii Higashimury kręci się wokół zwalniającej kariery Rinko, jej babskich wieczorów z Kaori i Koyuki oraz zamieszania wprowadzonego w ich świat przez sporo młodszego, ślicznego i bezczelnego blondyna Key. Któregoś wieczoru pojawił się w knajpce prowadzonej przez jedną z nich i od razu usadził rozgadane przyjaciółki w kącie za bycie „złymi kobietami” marnującymi życie na alkohol i koleżanki. Niewiele zapowiada, żeby ten bohater stał się pozytywną postacią. Po innej autorce czy autorze spodziewalibyśmy się romansu między Key i Rinko, ale Higashimura raczej nie będzie bawić się w takie triki… Być może chłopak jest personifikacją irytacji samej mangaczki, która w postscriptum do pierwszego tomu pisze, jak bardzo denerwują ją czasami znajome narzekające, że do niczego w życiu nie doszły, bo są same. Zamykające wszystkie tomy odautorskie komentarze wydają się być w tej serii bardzo ważne, rzucają nieco łagodniejsze światło na desperujące bohaterki, ich prawdziwe i wydumane problemy, no i ujednoznaczniają perspektywę Higashimury.

Tokyo Tarareba Girls to realistyczne, jednocześnie wściekle zabawne i depresyjne, wolno rozwijające się, prawdziwe josei – manga dla dorosłych kobiet o innych dorosłych kobietach. To także autorski głos na temat japońskiego społeczeństwa i sposobu, w jaki są mu i przez nie opowiadane historie. Higashimura jest znana ze zrywania z narracyjnymi schematami gatunku, pogrywania z nimi, a do tego z budowania wiarygodnych, wielowymiarowych postaci o skomplikowanych motywacjach. Trochę opowiada jakąś fabułę, ale jednak dużo bardziej pokazuje nam relacje międzyludzkie i uwikłanie w wyobrażenia na temat siebie i tego, co jest dobre, wypada, należy. Mam nadzieję, że jej prace w końcu zaczną ukazywać się także po polsku, póki co czekam na angielskie tłumaczenia kolejnych tomów.

Ocena: 8/10

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Agnieszka „Fushikoma” CzoskaMartyna Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Martyna
Gość

Piękny wpis!!